czwartek, 22 sierpnia 2013

Rozdział 15.

- Aleks… No wstawaj… - czy ja nie miałem czasami nie żyć? - Grubasie, rusz się. Ciężki jesteś.
A jednak. Wyraźnie czułem poszturchiwanie w ramię, pod głowę miałem coś miękkiego i słyszałem czyjś głos… Zaraz, chwileczkę… To był JEJ głos.
Gwałtownie otworzyłem oczy i podniosłem się do pozycji siedzącej.
Znajdowałem się w jakimś brudnobiałym pomieszczeniu, przez przysłonięte wykrochmalonymi firanami duże okna przebijały się pojedyncze promyki zachodzącego słońca, nieco rozpraszając panujący wokół mrok. Pokój nie był duży; znalazło się w nim miejsce na mały stolik pod oknem, drewnianą, pomalowaną na biało, wiekową szafę, krzesło, na którym siedziałem i łóżko. Metalowe, szpitalne łóżko, nic specjalnego. Skrzypiące sprężyny, sztywna od wielokrotnego prania, śnieżnobiała pościel i drobna postać, niemal w całości pod nią schowana. W półmroku nie mogłem dostrzec zbyt wielu szczegółów. Tylko długie, kręcone włosy i duże oczy. Ale to mi wystarczyło.
- Mary - wyszeptałem drżącym głosem, którego nie potrafiłem kontrolować. Serce biło mi jak oszalałe - to ty żyjesz?
Moje oczy powoli przyzwyczajały się do otaczających, niemal egipskich, ciemności, więc zdołałem dostrzec, jak dziewczyna marszczy brwi w geście dezorientacji.
- Taaak - powiedziała ostrożnie, przyglądając mi się - jest w tym coś dziwnego?
- No tak jakby. Przecież w nocy omal nie udławiłaś się własną krwią, a potem po operacji lekarz powiedział, że tętniak…
- Ejejej, hola, hola, zwolnij, kowboju. Jaka operacja, jaki tętniak, o czym ty mówisz? - dziewczyna wpadła mi w słowo, przerywając mój monolog, który widocznie nie był dla niej zrozumiały.
- No przecież mi się to nie przyśniło - prychnąłem. Zacząłem odnosić wrażenie, że nie kontrolowałem tego, o czym mówię - Tylko w takim razie dlaczego ja żyje?
Mary chyba już nic nie rozumiała.
- Acha, to my oboje mieliśmy nie żyć, tak? Czyli jesteśmy duchami? - powiedziała sarkastycznie, ale po chwili ton jej głosu złagodniał - Aleks, powiedz mi, co się dzieje. Nic nie rozumiem.
Olśnienie przyszło nagle. Tak nagle, że aż poderwałem się z miejsca i udeżyłem otwartą dłonią w czoło. Słowa, które sam przed chwilą wypowiedziałem, nareszcie dotarły do mojego mózgu.
To był sen.- O Boże… - sapnąłem z niedowierzaniem wymieszanym z ulgą - to był tylko sen.
- Co było snem? Aleks, do cholery jasnej, powiedz mi wreszcie, co tu się dzieje. - Rudowłosej chyba wyczerpała się cierpiwość. Wyglądała na strasznie zdezorientowaną i chyba też trochę na mnie wściekłą. Wolałem nie ryzykować i nie poznawać tej rozzłoszczonej Mary.
- Spokojnie, nie denerwuj się. Już ci mówię. - Podniosłem ręce w obronnym geście i już miałem siadać na krześle, z którego chwilę wcześniej się poderwałem, gdy coś mi przeszkodziło. A raczej ktoś.
Zawiasy zaskrzypiały, kiedy ktoś powolnym ruchem otwierał drzwi. Po chwili do sali wślizgnęła się drobna postać. Była to pielęgniarka, która - jak sama powiedziała - miała podać Mary leki. Ja, rzecz jasna, musiałem się oddalić. Wyszedłem na korytarz i podążyłem w stronę baru. Zamówiłem duże latte i dwie drożdżówki z serem i usiadłem przy jednym z nielicznych stolików. Rozglądałem się niewidzącym wzrokiem po pomieszczeniu, myślami będąc zaledwie kilkanaście metrów dalej. Konkretnie w sali 114.
To wszystko wydawało mi się niewiarygodne. Mary żyła miała się dobrze, za kilka dni pewnoe będzie mogła wyjść ze szpitala. Nie było żadnego tętniaka, jej zdrowiu nic nie zagrażało. A przecież ten sen był taki rzeczywisty… A może ja teraz śnię? Nie, to niemożliwe przecież martwi nie śnią.
To idiotyczne podsumowałem swój jakże inteligenty dialog, który prowadziłem w głowie z samym sobą i odsunąłem od siebie te myśli. Zajmij się rzeczywistością podpowiedział mój wewnętrzny głos. Odstawiłem więc pusty kubek po kawie na stół, zostawiłem nietknięte drożdżówki i poniosłem się z krzesła. Wróciłem do sali Mary tą samą drogą.
Do drzwi dotarłem w dwie minuty. Zdążyłem wejść do sali i zamknąć za sobą drzwi, gdy…
- No, jesteś nareszcie. Możesz mi łaskawie wyjaśnić o co Ci wcześniej chodziło? - Mary przywitała mnie niezwykle serdecznie.
Odwróciłem się od drzwi, o które się opierałem i podszedłem do łóżka. Rudowłosa siedziała, opierając się o ścianę. Miała na sobie białą, szpitalną pidżamę,która odkrywała wystające obojczyki i mostek. Pod dużymi, zmęczonymi oczami dziewczyny zarysowały się sine worki. Wyglądała mizernie.
Usiadłem na moim krzesełku. Pielęgniarka szybko się uwinęła, byliśmy tylko we dwójkę. Przez chwilę przyglądałem się nastolatce. Raptem zmarszczyłem brwi i odwróciłem wzrok na okno. Przez dłuższą chwilę nie mogłem zebrać się w sobie, aby powiedzieć choć jedno słowo, ale ona cierpliwie czekała, nie ponaglając mnie. W duchu podziękowałem jej za to.
- Jak się czujesz? - odważyłem się wreszcie odezwać, nie odpowiadając jednak na jej prośbę, nadal wiszącą w powietrzu.
- Całkiem dobrze, tylko trochę boli mnie głowa. - Mary zachowała spokój i nie wybuchł. Cierpliwie czekała, aż sam się wygadam… - A powiesz mi wreszcie, co to był za sen? -
Cofam te słowa. Jej niecierpliwa natura jednak dała o sobie znać.
Rudowłosa wpatrywała się we mnie ze zmarszczonym czołem, jakby chciała odgadnąć moje myśli. Na szczęście dla mnie, nie była Edwardem ze “Zmierzchu” i nie mogła zajrzec do mojego umysłu. To naprawdę duża ulga.
- No… - zacząłem, nie wiedząc, czy powinienem powiedzieć jej prawdę, czy może jednak nie. W tej kwestii miałem wolną ręką, w końcu we śnie może zdarzyć się wszystko, wyobraźnia ludzka nie zna granic.
Stwierdziłem jednak, że dziewczyna nie zasłużyła na to, aby wciskać jej jakieś wyssane z palca bajeczki i powiem jej, jak było naprawdę (o ile sen ma jakąkolwiek rację bytu).
- To było niesamowicie realistyczne. Spałem tu, na tym krześle, kiedy ty zaczęłaś szarpać mnie za rękaw i próbowałaś mnie obudzić. Kiedy się ocknąłem, nie było z tobą najlepiej, dusiłaś się - po co się wdrażać w szczegóły, dziewczyny nie lubię krwi - więc poszedłem po lekarza. On i kilku innych wywieźli cię stąd, a ja zasnąłem. Potem znowu się obudziłem. Na korytarzu spotkałem lekarza, tego, który wcześniej gdzieś cię wiózł, a on zaczął mi tłumaczyć, że bardzo mu przykro, ale nie mógł nic zrobić. Potem zaczął mi coś nawijać o tętniaku, operacji, ale mówił tak chaotycznie, że ciężko było go zrozumieć. W końcu jakoś zdołał mi przekazać, że zmarłaś przez krwotok wewnętrzny. Postanowiłem, że muszę to wszystko przetrawić i wyszedłem ze szpitala się przewietrzyć. Przechodziłem przez pasy, kiedy usłyszałam klakson i pisk, a potem coś we mnie uderzyło. Wyleciałem w powietrze, a potem spadłem na asfalt. Później była tylko ciemność. Aż nagle na nowo zacząłem czuć, słyszeć, obudziłaś mnie i dotarło do mnie, że to był tylko niesamowicie realistyczny sen - zakończyłem swoją opowieść. Przepełniona kłamstwami i niedomówieniami jak dla mnie sprawiała wrażenie całkiem realnej. Teraz tylko czekać na jej reakcję.
Mary patrzyła na mnie z tą samą miną co wcześniej, aż wreszcie się odezwała:
- Wiesz co? Coś tak czuję, że kręcisz. To nie był twój sen, a już na pewno nie w stu procentach, tylko wymyślona przez ciebie historyjka. Jest zbyt realistyczna. Ale nie będą naciskać, w końcu to tylko sen, jak sam twierdzisz. Mogłeś powiedzieć, że nie chcesz do tego wracać ani sobie tego przypominać… Szkoda, że nie jesteś ze mną szczery. No, ale cóż.
Tą swoją krótką wypowiedzią, dziewczyna (świadomie lub nie) wzbudziła we mnie wyrzuty sumienia.
Nie pierwszy raz zresztą. Tylko jak ja miałbym być z nią szczery? Przecież nie powiem jej, że popełniłem samobójstwo z rozpaczy po jej śmierci…
Rudowłosa odwróciła wzrok od mojej osoby i spojrzała w stroną okna. Po krótkiej chwili odsunęła z siebie pościel, opuściła nogi poza łóżko i usiadła plecami do mnie. Podniosła się ostrożnie, podpierając rękoma, i stanęła na nogach. Jednak niemal w tej samej sekundzie zachwiała się i opadła z powrotem na materac, który cicho zaskrzypiał pod nagłym naciskiem.
Przyłapałem się na tym, że siedzę z rozdziawionymi ustami i wgapiam się w plecy Rudej. Szybko trzepnąłem się po głowie w myślach, wróciłem do świata żywych i już po chwili kucałem przed siedzącą dziewczyną. Ruda mocno zaciskała powieki i przygryzała wargę, powstrzymując się od wydania z siebie najcichszego jęku bólu.
- Bardzo boli? Może zawołam pielęgniarkę po jakieś leki? - oparłem delikatnie dłonie na jej szczupłych kolanach i patrzyłem na jej wykrzywioną z bólu twarz. Cierpiała, a ja nie mogłem jej pomóc. Okropne uczucie.
Mary w odpowiedzi na moje pytanie pokręciła głową, a spod jej zaciśniętych powiek wypłynęły dwie lśniące łzy. Musiało ją naprawdę boleć.
Podniosłem się z kucek, jednocześnie próbując uspokoić galopujące serce, i usiadłem obok dziewczyny. Jedną ręką łagodnie objąłem ją w talii, przysuwając tym samym bliżej siebie. Ruda nie odsunęła się, więc wciągnąłem ją zwinnie na swoje kolana tak, że siedziała na nich bokiem, i przytuliłem do siebie. Mary zastygła w bezruchu, ale po chwili rozluźniła się i chwilę wierciła, szukając wygodnej pozycji. Schowałem twarz w jej gęstych włosach i zaciągnąłem się ich słodkim, czekoladowym zapachem, jakby były upragnioną działką anfetaminy dla narkomana. Ona była moim narkotykiem. Zapach jej włosów, jej dużo, szaroniebieskie oczy, ten łagodny uśmiech, który tak często pokazywał się na jej twarzy. Wiem, że znamy się niewiele ponad jedną dobę. Ale… Ech, już sam siebie nie rozumiem. Z jednej strony jest najważniejsza na świecie i czuję, że mógłbym oddać za nią wszystko, ale z drugiej… przecież znamy się niewiele ponad jedną dobę. Niby to “zakochanie od pierwszego wejrzenia” istnieje (teoretycznie przynajmniej), ale czy to co czuję to właśnie miłość? Boże, to takie trudne. Dlaczego zawsze musi być to “ale”?


*** Uff, udało się. Dodałam. (:
Większość rozdziału już od wtorku czekała na przepisanie, ale jakoś się nie złożyło. No nic, dodaję teraz, lepiej późno, niż wcale, jak to mówią. Mi osobiście rozdział się jakoś specjalnie nie podoba, no cóż. Nie będę Wam tutaj marudzić. 3majcie się, Stokrotki. :* Dobranoc i kolorowych snów. xx ;*

niedziela, 18 sierpnia 2013

Matrix reaktywacja!

Zgłupiałam? Może i tak, ale taka już jestem... Wznawiam to opowiadanie! Zaczęłam za nim tęsknić, do głowy przyszły mi nowe pomysły - czy to nie znak? Oficjalnie ogłaszam, iż wkrótce pojawi się tutaj kolejny rozdział. Nie wiem, ile rozdziałów się jeszcze pojawi... Ale to teraz nieistotne. Witam ponownie i zapraszam do czytania. ;)

piątek, 31 maja 2013

Rozdział 14.

Obudziło mnie lekkie szarpanie. Gdy otworzyłem oczy, w pokoju było ciemno - był chyba środek nocy, a jedynym źródłem światła były przechodzące przez szpary w drzwiach pojedyncze smugi światła z lamp z korytarza. Znów poczułem szarpanie.
Spojrzałem w dół na swoją rękę. Była opleciona drobnymi, dziewczęcymi palcami, które co chwilę ją ściskały i potrząsały. Przeniosłem wzrok na twarz Mary i...
Momentalnie się rozbudziłem.
Dziewczyna była przeraźliwie blada, wręcz biała; dusiła się, a wokół niej na pościeli i na niej samej dostrzegłem ciemne plamy. Pluła krwią.
Natychmiast poderwałem się z miejsca i wybiegłem z sali. Serce biło mi przeraźliwie szybko, czułem bardzo mocne pulsowanie w skroni. Na korytarzu przez oślepiające światło lamp przez pierwsze sekundy nie mogłem niczego dostrzec. Wreszcie w pewnej odległości ode mnie dojrzałem zarys jakiejś postaci.
Bez namysłu ruszyłem w jej stronę.
- Niech mi pan pomoże! - krzyknąłem, kiedy pokonałem połowę dzielącego nas dystansu. Postać, która okazała się być mężczyzną, odwróciła głowę w moją stronę. W kilka sekund do niego dopadłem.
- Ona... krew... i... bo... - mówiłem nieskładnie, z trudem łapiąc oddech.
- Spokojnie, proszę oddychać. - Lekarz próbował mnie uspokoić, co na szczęście poskutkowało.
- Proszę ją ratować. Ona pluje krwią, nie może oddychać, dusi się... - nawijałem jak nakręcony.
- Ale kto, gdzie? - przerwał mi.
- Ta dziewczyna, która wczoraj tu przyjechała. W sali 114.
Mężczyzna nic nie już nie odpowiedział, tylko wyminął mnie i szybkim krokiem szedł w kierunku, z którego przyszedłem. Podążyłem za nim. Po drodze lekarz otworzył jeszcze jakieś drzwi, powiedział kilka słów, których nie dosłyszałem, i ruszył dalej. Po chwili z pokoju wybiegło kilka osób w białych kitlach, które poszły naszym śladem. Pierwszy lekarz wszedł do sali, ale gdy i ja chciałem to zrobić, ktoś odciągnął mnie od drzwi.
Byłem jak w transie. Nie zwracałem uwagi na otoczenie. Jedyne co mogłem robić, to patrzeć przez wychodzące na korytarz okno, jak lekarze odłączają Mary od tych wszystkich kabelków i wywożą z sali. Pojechali w kierunku wielkich, metalowych drzwi, oznaczonych opisem “Blok operacyjny”. Chciałem pobiec za nimi, ale czyjeś ręce zatrzymały mnie w miejscu. Nie słyszałem swojego krzyku ani głosu, który kazał mi się uspokoić. Czas dla mnie stanął.
Poczułem, jak ktoś siłą sadza mnie na krześle, a potem wbija igłę w moje przedramię. Odpłynąłem.


Ocknąłem się i otworzyłem oczy. Rozejrzałem się wokół siebie.
Było już dość jasno. Leżałem na łóżku polowym w jakiejś sali, a poza mną nie było tam żywej duszy. Podniosłem się do pozycji siedzącej i próbowałem cokolwiek sobie przypomnieć, ale bezskutecznie. Po chwili wstałem z łóżka i poszedłem w kierunku drzwi. Wyszedłem na biały korytarz. Spojrzałem najpierw w jedną, potem drugą stronę. Nagle dostrzegłem te duże, metalowe drzwi.
I wtedy wszystko wróciło.
Omdlenie, czekanie, droga, recepcja, spotkanie, rozmowa, sen, pobudka,... krew. Wszędzie krew...
W tej samej chwili, te dotąd szczelnie zamknięte, metalowe drzwi, teraz się uchyliły. Wyszedł z nich ten sam lekarz, którego w nocy wzywałem do Mary. Miał wory pod oczami i zmęczenie wypisane na twarzy. Po chwili spojrzał w moim kierunku. Zacisnął szczękę i zmarszczył czoło. Zauważył mnie.
Nie odrywając od niego wzroku, ruszyłem w jego kierunku. Zatrzymałem się w odległości kilku kroków od niego. Po chwili wahania, lekarz pokonał dzielącą nas odległość i stanął około pół metra ode mnie.
- Żyje, prawda? - spytałem natychmiast - Niech pan powie, że ona żyje - zaakcentowałem ostatnie słowo. Nie dopuszczałem do siebie innej opcji. Ona musiała przeżyć. Nie mogła umrzeć! Nie ona!
Spojrzałem w oczy mężczyzny i czułem jak kolana pode mną się uginają.
- Nie - powiedziałem jakby do siebie - nie, to nie może być prawda - niemal wykrzyczałem.
Lekarz spojrzał na mnie ze współczuciem i już wiedziałem. Wiedziałem, że to koniec.
- Bardzo mi przykro. Krwiak na aorcie pękł, nie mogliśmy nic zrobić... - mężczyzna mówił coś jeszcze, ale ja już go nie słyszałem. Poczułem, jak łzy spływają po mojej twarzy, a dłonie zaciskają się w pięści. Świat dookoła zawirował.
Ona nie żyje.

Nie żyje...
Mary nie żyje.
MARY NIE ŻYJE!
Czułem, jak ból rozsadza mi serce. Chciałem krzyczeć, płakać, gryźć i szarpać jednocześnie. Przepełniały mnie złość i bezsilność. Nie miałem już dla kogo żyć.
Nie kontrolowałem swoich ruchów, instynkty przejęły dowodzenie. Czułem, jak odwracam się na pięcie i zaczynam biec. Z ogromną prędkością pokonuję korytarz i schody. Wybiegam ze szpitala i przebiegam na skróty przez parking. Ludzie, których mijam, próbują mnie zatrzymać, ale jestem dla nich za szybki. Dobiegam do ulicy, która jakby na przekór mnie jest pusta. Zrezygnowany zwalniam biegu, aż wreszcie zatrzymuję się całkowicie. Wkładam ręce do kieszeni i przetrząsam ich zawartość. Ze zdziwieniem stwierdzam fakty.
Nóż.
Wyjmuję niebezpieczne narzędzie.
Ręcznie rzeźbiony trzonek, lśniące ostrze.
Idealny. Odwracam się w kierunku, z którego przybiegłem. Widzę, jak kilkanaście ludzi podąża w moim kierunku, ale są za daleko. Już nie zdążą.
Ostatni raz spoglądam na nóż i sunę palcem po gładkiej powierzchni metalu.
Uśmiecham się lekko.
Przypominam sobie słowa, które zawsze powtarzała mi moja babcia:
Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne. Kiedyś ich nie rozumiałem, nie potrafiłem się z nimi zgodzić. Teraz jednak muszę przyznać, że stary, poczciwy Shakespeare miał rację. W stu procentach.
Podnoszę nóż, a jego ostrze kieruję w stronę swojego serca.
Jeden ruch.
To koniec.


*****

Taaak, rozdział czternasty okazał się epilogiem. Szczerze, nie miałam tego w planach, ale po prostu już nie mam siły dalej ciągnąć tej historii, choć z drugiej strony cieszę się, że tak to się skończyło. Wiem, że nie wszystkie sprawy się wyjaśniły, a niektóre wątki zostały niedokończone, ale było ich po protu za dużo i nie dałabym rady ogarnąć ich wszystkich w jednym rozdziale.
Nie będę robić żadnych statystyk, bo to opowiadanie było kompletnym niewypałem, nie wiem, co mi strzeliło do głowy z publikowaniem go. Tak czy owak chcę bardzo, bardzo podziękować wszystkim, którzy choć raz tutaj zajrzeli, przeczytali choć jeden rozdział, napisali choć jedno słowo. W końcu piszę to dla Was. :)
Nie wiem, co mogłabym jeszcze napisać, nie umiem się żegnać.
Dziękuję Wam raz jeszcze. ♥
~ autorka

poniedziałek, 27 maja 2013

Rozdział 13.

Rozpoznają ją, na pewno ją rozpoznają. Nie mogłam uspokoić myśli. Z bardzo dużą prędkością pokonywałem kolejne kilometry, niemal nie zderzając się z jadącą przede mną karetką. W rzeczywistości minęło tylko parę minut, zanim dotarliśmy do szpitala, jednak to były najdłuższe minuty w moim życiu.
Czy to strach?
Mógłbym zaprzeczać tysiąc razy, okłamywać samego siebie, wmawiać sobie, że tak nie jest,  ale prawda jest nieubłagana i zawsze wyjdzie na jaw.
To ZDECYDOWANIE był strach.
Życie Mary było cenniejsze od wszystkiego innego.
Sama ona była cenniejsza od wszystkiego innego.
Była najważniejsza.
Nasz Alex się zakochał. Ach, no taka prawda, wredny głos miał rację. Nie ma po co się kłócić, bo to i tak niczego nie zmieni.
Zakochałem się.
Zakochałem się w tej niesamowitej dziewczynie z burzą rudych loków na głowie, błyszczącymi niebieskimi oczami i czarującym uśmiechem. Cholera, wpadłem na maksa.
Jakimś cudem minuty, jeszcze przed chwilą dłużące się niemiłosiernie, teraz skurczyły się do postaci kilku zaledwie sekund. Nim się obejrzałem, byłem już na parkingu przed szpitalem. Wysoki, zbudowany z czerwonej cegły, PRL-owski budynek. Wyglądał jak więzienie i w pewnym sensie nim był. Współczuję tym, którzy mają ten obrazek przed oczami na co dzień.
Wyskoczyłem z samochodu i pobiegłem w kierunku wejścia, po drodze potrącając kilka osób w białych kitlach z papierosami w dłoni. Dopadłem szklanych dzrwi i wślizgnąłem się do środka. Wzrokiem odszukałem recepcję i szybkim krokiem do niej dotarłem.
- Przepraszam, przed chwilą przywieziono tu taką rudowłosą dziewczy...
- Czy jest pan kimś z rodziny? - recepcjonistka przerwała mi, nawet na mnie nie spoglądając, zajęta wypełnianiem jakichś papierów.
- Tak, jestem... bratem... - skłamałem, bo co mogłem zrobić. Kobieta podniosła oczy i spojrzała na mnie z powątpiewaniem - przyrodnim - dodałem szybko.
- Czy ktoś może to potwierdzić? - Kobieta wierciła we mnie dziury tym bazyliszkowym spojrzeniem, aż czułem, jak mimowolnie się skurczam.
- Nikt poza nią. To gdzie ona jest? - ponowiłem pytanie.
- Jeszcze to sprawdzimy. Dziewczyna dopiero przyjechała, więc zapewne wciąż jest badana... -
Jezu, kobieto, to naprawdę nie było trudne pytanie! Powiedz mi tylko: GDZIE. ONA. JEST ?!” - jest w sali numer 114 na drugim piętrze, ale...
- Dziękuję - tym razem ja jej przerwałem. Nie zwracając już na nią uwagi, szybko odszukałem schody i po kilkunastu sekundach byłem już na drugim piętrze. Stałem na środku korytarza i rozglądałem się na wszystkie strony. Wokół mnie spokojnie przechodzili lekarze, pielęgniarki, pacjenci i goście, ale na szczęście nikt mnie nie zaczepił. Wreszcie dostrzegłem tabliczkę z numerem 114, wiszącą na przybrudzonych, zielono-burych, z odchodzącą farbą, drzwiach. Nogi same poniosły mnie w ich kierunku, ja już ich nie kontrolowałem. Znowu dopadł mnie strach.
Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Niby to tylko omdlenie, ale czy ona już wczoraj nie była taka blada? Czy już wczoraj nie miała worków pod oczami? Takiego zagubionego wzroku? A co, jeśli to coś poważniejszego? Co, jeśli jest na coś chora? Co wtedy?
Miliony nieskładnych pytań i okrąglutkie zero odpowiedzi.
W pewnej chwili z sali z wyszedł mężczyzna w białym fartuchu, więc szybko do niego podbiegłem.
- Doktorze, co z nią? Wszystko w porządku?
- Pan jest jej...?
- Bratem, przyrodnim - dokończyłem za niego - jak ona się czuje?
- Bratem, mówi pan... no dobrze - Chociaż on dał mi spokój. - A więc z pańską siostrą jest już lepiej, odzyskała przytomność. Sądzimy, że przyczyną omdlenia mógł być nadmierny stres i przemęczenie.
- A... kiedy będę mógł do niej wejść? - spytałem niepewnie, wdzięczny losowi, że jednak nic jej nie jest.
- Właściwie może pan choćby zaraz. Byle tylko nie na długo. Pacjentka jest osłabiona, potrzebuje dużo odpoczynku.
- Oczywiście, doktorze, dziękuję bardzo.
Ten tylko skinął głowę i odszedł z rękoma złączonymi za plecami. Czym prędzej odwróciłem się w stronę sali Mary i podążyłem w kierunku drzwi. Uchyliłem je lekko i wślizgnąłem się do środka z mocno bijącym sercem. Pomieszczenie było niewielkie, ale sprawiało wrażenie pustego. Pod ścianą z prawej strony stało łóżko, naprzeciwko niewielka szafa. Oprócz tego na trzeciej ścianie znajdowało się okno, pod nim mały stolik i dwa proste krzesła. W sali znajdowały się dwie osoby - zmieniająca kroplówkę, niska, blondo-włosa pielęgniarka i leżąca na łóżku, rudowłosa nastolatka. Na sam jej widok uśmiechnąłem się. Mimo potarganych włosów i zmęczenia wypisanego na twarzy, nadal wyglądała pięknie.
Kiedy drzwi samoistnie się za mną zamknęły, obie kobiety odwróciły twarze w moim kierunku.
- Aleks - Ten cichy, melodyjny głos rozpoznam wszędzie. Z prędkością światła znalazłem się przy łóżku Małej, przykucnąłem i odgarnąłem włosy z jej bladej twarzy, na której pojawił się cień uśmiechu.
- Jestem - powiedziałem lekko drżącym nieco głosem i złapałem jej drobną dłoń - Już jest wszystko dobrze.
- Wiem - wyszeptała i przymknęła oczy. Delikatnie zacisnęła palce na moich.
- Prześpij się - odezwałem się i chciałem odejść, ale powstrzymała mnie dłoń Mary.
“Zostań” powiedziała bezgłośnie.
Uśmiechnąłem się lekko i usiadłem na brzegu jej łóżka, gładząc kciukiem wierzch jej dłoni.
- Jak sobie życzysz.
Dziewczyna mruknęła coś niezidentyfikowanego i ułożyła się wygodniej na łóżku. Ja, nie puszczając jej dłoni, drugą ręką przysunąłem sobie jedno z krzeseł. Usiadłem na nim i spojrzałem na Mary, która odpłynęła już w objęcia Morfeusza. Pocałowałem ją delikatnie w czoło i oprałem się bokiem o ścianę. Nie wiem kiedy, zasnąłem.


*****

Witam po długiej przerwie. :)
Oficjalnie pozwalam Wam mnie udusić. Nie wiem nawet, który to już raz. Pisanie zeszło na dalszy plan, przyznaję, ale nie zapomniałam o nim. Mogłabym usprawiedliwiać się szkołą, ale wiem, ze gdybym dobrze rozplanowała sobie dzień, na pewno znalazłabym czas na pisanie. Mam nadzieję, że mi wybaczycie moje lenistwo, postaram się ogarnąć. I przepraszam za ten flakowaty rozdział, chociaż chyba lepszy taki, niż żaden, prawda? :) Pozdrawiam cieplutko. xx :)
~autorka

poniedziałek, 13 maja 2013

Witajcie

No heeej.
Przybyłam do Was z informacją.
Rozdział nie ma pojęcia kiedy się pojawi, bo najbliższe kilka tygodni mam straszne. W tym tygodniu 3 sprawdziany, w następnym wycieczka, potem Boże Ciało, a potem dwa tygodnie i już wystawianie ocen. Dlatego teraz czeka mnie taka harówa, że nie wiem, czy znajdę czas na cokolwiek innego. Jeszcze trzy prezentacje do zrobienia... Właściwie, to nie wiem, co ja tu aktualnie robię, bo powinnam się uczyć na wos. Dodatkowo za pół godziny mam spotkanie do bierzmowania, a jutro śpiewamy z okazji imienin proboszcza. I kiedy tu się uczyć?
Przepraszam Was za tak długą przerwę, ale naprawdę ciężko mi się ze wszystkim wyrobić. Nie mam ani chwili na pisanie, puki co następny rozdział ma jakieś 3-4 zdania... Przepraszam, po 13. czerwca wszystko powinno się uregulować i notka raczej się pojawi. :)
Przepraszam jeszcze raz i pozdrawiam cieplutko. xx
~ autorka

środa, 1 maja 2013

Rozdział 12.

-„… na nasz adres mailowy….”
- Kur*a! – przekląłem i czym prędzej wyłączyłem radio.
- Czym ten biedny przycisk ci zawinił? – usłyszałem cichy zachrypnięty głos za plecami, a fotel, na którym siedziałem, wygiął się lekko do tyłu Co się dzieje?
- Mówią o nas w każdej stacji – wysyczałem przez zaciśnięte zęby, nie odwracając głowy od jezdni.
Usłyszałem lekkie westchnienie, a skórzane oparcie wróciło do swojej pozycji. Ciche plaśnięcie obwieściło powrót Mary do pozycji siedzącej. Zerknąłem w lusterko: włosy dziewczyny były w sporym nieładzie, podkrążone oczy świadczyły o zmęczeniu. Opierała głowę o szybę i wyglądała na zewnątrz. Po chwili spojrzała z małe szkiełko i napotkawszy mój wzrok, uśmiechnęła się lekko.  Znów spojrzałem na drogę.
- Gdzie jesteśmy? – Cichy, melodyjny głos nastolatki przerwał panującą ciszę. Już chciałem jej odpowiedzieć, gdy ponownie się odezwała, tym razem dużo głośniej – Zatrzymaj się!
Zdziwiony odwróciłem głowę w jej kierunku, ale posłusznie zjechałem na pobocze. Kiedy tylko samochód się zatrzymał, dziewczyna wybiegła na zewnątrz.
Znajdowaliśmy się na przedmieściach. Z obu stron otaczały nas pola i łąki, zwieńczane na horyzoncie łańcuchami drzew. Gdzieniegdzie można było dostrzec pojedyncze domy i inne budynki.
Rudowłosa oddaliła się od drogi szybkim truchtem. Widziałem z daleka, jak podbiega do jakiejś kobiety, pracującej wśród gęstej trawy,  i coś do niej mówi. Nie słyszałem, o czym mówiły, mogłem tylko dostrzec, jak kobieta szeroko się uśmiecha i kiwa głową. Uradowany Rudzik wdzięcznie dygnął, chyba podziękował i ruszył w stroną pasących się niedaleko nich koni. Podeszła do czarnego zwierzęcia, które w tym momencie było zajęte jedzeniem trawy, i powoli wyciągnęła dłoń w jego stronę. Delikatnie położyła dłoń na szyi konia i leciutko pogłaskała. Koń nie zareagował, więc dziewczyna już śmielej sięgnęła jego grzywy. Chwilę rozplątywała palcami jego długie włosy, aż wreszcie usiadła na ziemi obok głowy zwierzęcia i głaskała jego pysk.
Uśmiech wypłynął na moje usta. Opierając się o bok mojego auta i przyglądając zafascynowanej koniem rudowłosej, nie zauważyłem, jak podchodzi do mnie wcześniej wspomniana kobieta. Była niska, drobnej postury, wyglądała na trochę starszą ode mnie. Długie jasne włosy zaplecione w kłos spływały po jej ramieniu, a głowę przykrywała wielobarwna chusta.  Miała na sobie prostą, bawełnianą koszulę z długimi rękawami, podwiniętymi do łokci, i jeansowe ogrodniczki.  Stanęła obok mnie, odwróciła się w kierunku, z którego przyszła i założyła ręce na piersi. Cały czas się uśmiechała.
- Niesamowita dziewczyna – odezwała się – poznałam na pierwszy rzut oka. Ja się na tym znam. Ma taki szczery uśmiech.
Odwróciłem głowę w jej stronę. Kobieta przyglądała mi się z uśmiechem i ciekawością.
- To prawda. – Znów spojrzałem na Rudzika. Mary zrywała źdźbła otaczającej ją trawy i podłożyła pod pysk konia. Zwierzę ze smakiem zjadło roślinę, a Mała pochyliła się i pocałowała go w nos. Zaśmiałem się cicho.
- To twoja dziewczyna? – dobiegło do mnie z prawej strony – Dbaj o nią. Jest wspaniała.
- Tak – nie zaprzeczyłem – cudowna.
Kobieta z rozbawieniem pokręciła głową i odeszła. Chwilę postałem przy czarnym samochodzie, aż wreszcie ruszyłem się z miejsca. Podszedłem do Rudzika z rękoma w kieszeniach i usiadłem po turecku obok niej. Dziewczyna zerknęła na mnie i posłała mi lekki uśmiech, po czym ponownie skupiła uwagę na zwierzęciu. Delikatnie wodziła palcami po ciemnobrązowej sierści na głowie konia i patrzyła na niego z czułością.
Rozejrzałem się wokół siebie i zerwałem kilka garści trawy. Podsunąłem pod pysk zwierzęcia, ale to odwróciło głowę w drugą stronę. Mary roześmiała się dźwięcznie. Sekundę później poczułem, jak jej palce chwytają moje i rozprostowują je. Rudzik chwycił delikatnie mój nadgarstek i pociągnął w stronę konia. Zwierzę wąchało trawę, aż wreszcie zabrało je z mojej dłoni. Zerknąłem na Mary. Ta uśmiechała się leciutko, jakby do siebie. Puściła moją rękę, a ja poczułem lekki smutek. Gościu, ogarnij się. Jednak im dłużej nie czułem jej delikatnego dotyku lub nie widziałem jej pięknego uśmiechu, czułem się coraz gorzej. Co się ze mną dzieje? Prowadziłem w myślach dyskusję z samym sobą. Przyznaj się. Do czego niby? Do tego, że ci zależy. Ale tak nie jest, nie znam jej. Nie musisz jej znać, pociąga cię. Być może, ale to nieistotne.  Jak to nie? No tak, to nic nie znaczy. Tak, oszukuj sam siebie. Nie oszukuję! Po prostu się boisz. Nie prawda! Mów, co chcesz, ja i tak wiem swoje. A ja swoje.
- Aaaaleeeeks. – Mary machała mi ręka przed twarzą. Mówiła wolno i wyraźnie, jakbym był niespełna rozumu.
- Słuuuuchaaaam. – Kontynuowałem jej grę.
- Pobuuuudkaaa – zaśmiała się z mojej reakcji. Ten cudny śmiech znowu ten wredny głos. Nie narzekaj. Można to jakoś wyłączyć? – Idziemy?
- Tak, tak, już.
Wstałem z trawy i otrzepałem kolana. Rudowłosa podniosła się z ziemi i objęła rękoma szyję konia. Ostatni raz wtuliła twarz w jego grzywę. Po dłuższej chwili oderwała się od niego i ruszyła w stronę samochodu, nie oglądając się za siebie. Podążyłem za nią.
- Już za nim tęsknie – powiedziała ze smutkiem w głosie i wygięła usta w podkówkę.
- Bardzo szybko się przywiązujesz – zauważyłem.
- Wiele razy to słyszałam. – Delikatny uśmiech powrócił na twarz Mary. Mary… hm…
- Mary – zwróciłem jej uwagę na siebie – myślałaś kiedyś o zmianie nazwiska?
Dziewczyna była chyba nieco zdziwiona, ale odpowiedziała.
- Ano myślałam – potwierdziła.
- I? – Ciężko z niej cokolwiek wyciągnąć.
- Co powiesz na Aleksandrę Rubińczyk? – zapytała zaciekawiona.
- Skąd ty wytrzasnęłaś takie nazwisko? – zaśmiałem się, gdy nagle spostrzegłem  że dziewczyna stanęła. Obróciłem się w jej kierunku.
- Mówiłeś coś, piekarzu?* – spytała ze złośliwym uśmiechem i ironią w głosie.
- Co do tej Aleksandry – zmieniłem temat – będę mógł mówić do ciebie Aleks – uśmiechnąłem się triumfalnie.
Rudowłosa rozszerzyła oczy i klepnęła się dłonią w czoło.
- Och, faktycznie, nie pomyślałam – śmiała się z samej siebie – czyli pozostaje Zuzanna.
- Zuza… Zuzka… - mruczałem pod nosem – nawet ładnie. Pasuje do ciebie.
W odpowiedzi na mój komplement Mary (jeszcze) zaczerwieniła się słodko i odwróciła wzrok. Szliśmy wolnym krokiem w stronę samochodu, gdy usłyszałem coś za plecami. Obróciłem się za siebie i… zobaczyłem Małą leżącą na ziemi  Podbiegłem do niej natychmiast i próbowałem ocucić, jednak Młoda wciąż była nieprzytomna. Serce waliło mi jak oszalałe, krew wrzała w żyłach, ręce trzęsły się niemiłosiernie. Czyli jednak ci zależy. Zignorowałem ten głos. Miałem ważniejsze sprawy na głowie.
Mary leżała bezwiednie na ziemi  rude loki rozsypały się wokół jej głowy, skóra była jeszcze bledsza niż zazwyczaj. Mała, co jest?
Zadzwoniłem na pogotowie i wezwałem karetkę. W oczekiwaniu na jej przyjazd uklęknąłem przy głowie dziewczyny i ułożyłem ją na swoich kolanach. Zagarnąłem kilka niesfornych kosmyków za ucho, próbując uspokoić zszarpane nerwy.  Mimowolnie spojrzałem na jej usta. Teraz były nieco sine, ale nadal niezwykle kuszące. W ich kącikach czaił się uśmiech. Nareszcie mógłbym poczuć ich smak…
Stary, ogarnij się! głos rozsądku próbował przywołać mnie do porządku, ale w chwili obecnej nie miał za dużo do gadania. Przybliżyłem swoją twarz do twarzy Mary, od celu dzieliło mnie niespełna kilka centymetrów. Słyszałem tylko szaleńczy bieg mojego serca i płytki oddech.  Widziałem tylko TE usta.
I…
W ostatniej chwili stchórzyłem.
Kiedy teraz tak o tym myślę, sam nie wiem, dlaczego. Nie miałem czego się bać, no bo co to jest – zwykły pocałunek, nic takiego - ale mimo to nie zdobyłem się na odwagę. Na samą myśl o pocałunku z Mary, działo się ze mną… coś dziwnego. Jestem nienormalny. Sam się sobie dziwiłem. Co się ze mną dzieje?
Moje rozmyślania przerwał przyjazd karetki. Z samochodu wyskoczyło kilku sanitariuszy, którzy zajęli się Mary. Położyli ją na przyniesionych wcześniej noszach i zanieśli do ambulansu. Natychmiast wskoczyłem za kółko w moim aucie i ruszyłem w ślad za karetką do szpitala.
Jednego nie przemyślałem…

_________________________
* - przypominam - 
Aleks Jakub Baker (z ang. piekarz :))

Cześć, Stokrotki. :)
Dzisiaj taki jakiś nijaki. Ale nie mam już czasu tego zmienić; do internetu będę miła dostęp dopiero za tydzień, jak wrócę z weekendu majowego. A chciałam jeszcze coś wstawić przed wyjazdem, więc się zawzięłam i dokończyłam rozdział.
No. To teraz z czystym sumieniem (powiedzmy) mogę iść spać. Wiecie - jutro o ósmej wyjazd, jest pierwsza w nocy, a ja chcę się wyspać - Like It! :D
Dobra, już nie zanudzam. Ciekawego miłego weekendu, Kochani, wypoczywajcie.
Dobranoc. xx :*

~ autorka.

PS A, no i mam nadzieję, że rozdział do przeżycia. :) Pozdrawiam. xo

niedziela, 21 kwietnia 2013

Rozdział 11.


- To teraz Ty powiedz mi coś o sobie. – Dziewczyna siedząca naprzeciwko przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się zachęcająco.  Skąd ona ma siłę, żeby się uśmiechać po czymś takim? Najpierw zdrada, potem wiadomość o adopcji…  Byłem w szoku. Dziewczyna jak na swój młody wiek przeżyła naprawdę sporo. Jak ona to robi? Byłem pełen podziwu dla tej drobnej (w porównaniu ze mną) osóbki.
- Halo! Ziemia do Aleksa! – Mary pstryknęła palcami tuż przed moją twarzą, więc natychmiast otrząsnąłem się z zamyślenia. Dziewczyna zaśmiała się z mojej reakcji. – O czym tak myślałeś?
- Co chciałabyś wiedzieć? – Zignorowałem ostatnie pytanie.
- Najlepiej wszystko. – Wyszczerzyła zęby. Miała naprawdę śliczny uśmiech.
- Trochę to potrwa. Naprawdę chce ci się mnie słuchać? – marudziłem, próbując jak najdalej odsunąć w czasie moją opowieść. Jak najdalej to znaczy nigdy.
Rudowłosa pokiwała energicznie głową i opadła delikatnie na oparcie kanapy, patrząc na mnie tymi swoimi przenikliwymi, niebieskoszarymi oczami.
No, stary, chyba się nie wymigasz.
Westchnąłem. Co za uparciuch.
- Niech ci będzie. – Poddałem się; z nią nie warto walczyć, bo i tak nie wygrasz – Nazywam się Aleks Jakub Baker (czyt. Bejker), mam 19 lat, pochodzę z Leszna…
- Czekaj. – Młoda przerwała mój monolog już na samym początku, zanim zdążyłem wspomnieć, żeby zaczekała z pytaniami do jego końca. – Masz dowód osobisty?
- Taaaak – odparłem ostrożnie, przyglądając się jej – czemu pytasz?
- A prawdziwy? – odpowiedziała pytaniem. To się robiło coraz dziwniejsze.
- Oczywiście. – Coraz mniej z tego wszystkiego rozumiałem.
- Dasz na chwilę? - Byłem kompletnie zdezorientowany. O co jej chodzi?
- A… po co? – spytałem podejrzliwie.
- Oj, nie narzekaj, tylko daj. – Nalegała. Ucieszyłem się w myślach.  Trochę się podroczymy…
- A co z tego będę miał? – Udałem, że się zastanawiam.
- I ty też? – Mary westchnęła, chyba rozczarowana. – Wszyscy faceci to materialiści.
- Być może. – Kontynuowałem grę. – To jak? Co mi za to dasz?
- Nic nie mam. O mnie wiesz prawie wszystko, więc to odpada. No nie wiem. – Zmartwiła się.
Boże, uwierzyła. Mimo że na zewnątrz udawałem spokojnego, w środku zwijałem się ze śmiechu. Jak ona mogła się na to nabr…? Nagle się ocknąłem. Przecież ona też gra, stary.
- Myślę, że na początek buziak wystarczy. – Wskazałem palcem na swój policzek. Dziewczyna zastawiała się tylko przez chwilę.
- OK. – Swoje słowa wzmocniła energicznym kiwaniem głowy. Czemu jej tak na tym zależy?
Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem portfel. Chwilę w nim pogrzebałem, aż wreszcie wyciągnąłem ten mały prostokącik. Obracałem go w palcach, skierowałam wzrok na sufit i, grając zniecierpliwionego, zrobiłem skwaszoną minę. W duchu jednak cały czas się śmiałem.
Dziewczyna wstała z sofy i obeszła stolik, a następnie usiadła obok mnie. Przez chwilę podziwiała mój idealny profil, aż wreszcie pochyliła się w moją stronę. Poczułem jej delikatny, ciepły oddech, a potem miękkie usta na moim policzku. Rozkoszowałem się jej nieśmiałym dotykiem. Po chwili odsunęła się ode mnie, a ja ocknąłem się z transu. Obróciłem twarz w jej kierunku i z uśmiechem zadowolenia podałem jej mój dowód. Mary pochwyciła go drżącymi palcami i wróciła na „swoją” sofę. Ostrożnie obracała mały przedmiot  w dłoniach, jakby trzymała nie wiem jakie bóstwo. Wpatrywała się w niego jak zaczarowana.
- Nie mów, że tamta fryzura była lepsza. – Zażartowałem. Dziewczyna natychmiast otrząsnęła się z zamyślenia i  spojrzała na mnie z pytaniem w oczach.
- Mówiłeś coś? – Była naprawdę zdziwiona.
- Nic takiego.  – Machnąłem ręką. – Po co ci ten dowód?
- A nie będziesz się śmiał? – spytała, spuszczając głowę.
Oj, to nie będzie takie proste.
- Postaram się. –Uśmiechnąłem się życzliwie. Niby ma już szesnaście lat, a czasami odnoszę wrażenie, jakby była małą dziewczynką, bojącą się własnego cienia. Taka… bezbronna.
- Bo ja chciałam sprawdzić,  czy ty nie farbujesz włosów – powiedziała cicho, jakby się bała. Idioto, przecież to oczywiste, że się boi. Ale dlaczego rzeczy tak błahych?
Spojrzałem na nią z troską i chwyciłem delikatnie jej małe dłonie, leżące na stoliku. Podniosła na mnie swoje duże, niebieskie oczy i sam już nie wiem, co w nich było – strach czy smutek. Nigdy nie zrozumiem kobiet.
- Mała, co się dzieje? Boisz się czegoś, chcesz stąd iść? – Dziewczyna jednak nie zdążyła mi odpowiedzieć.
-”Dziś w nocy około godziny drugiej trzydzieści nad ranem w Poznaniu dokonano włamania do hotelu przy ulicy Roosevelta. Sprawcą napadu jest około dwudziestoletni mężczyzna; ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu; wysportowany, był ubrany w ciemnoniebieskie spodnie jeansowe i szarą bluzę z kapturem. Po dokonaniu włamania pojmał rudowłosą dziewczynę. Ma ona szesnaście lat i około sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Była ubrana niebieskie spodnie do kolan i niebieską bluzkę na ramiączka. Odjechali czarnym samochodem marki Audi. Pilnie poszukiwani. Jakiekolwiek przydatne informacje prosimy wysyłać na nasz adres mailowy.” – dobiegło do nas z głośnika wiszącego pod sufitem.
To my.
Spojrzałem na Mary. Ona też słyszała. Uśmiechnąłem się uspokajająco. Podniosłem się spokojnie z sofy i lekkim ruchem głowy nakazałem dziewczynie iść ze mną. Podszedłem do baru, z udawanym luzem zapłaciłem za nasze śniadanie i skierowałem się do wyjście. Raz, dwa, trzy…
- Chwileczkę. – Usłyszałem za placami. Cholera, rozpoznał nas przekląłem w myślach. Uciekać. Z mocno bijącym sercem odwróciłem się i spojrzałem na kelnera, który podchodził do mnie. – Nie wziął pan reszty. Dziękujemy za wizytę i życzymy miłego dnia.
- Dziękuję bardzo – wydukałem oszołomiony. Bez słowa pociągnąłem Mary za łokieć i wyprowadziłem z kawiarni. Gdy tylko drzwi się za nami zamknęły, odetchnąłem z ulgą.
- O Boże. – Mała schowała twarz w dłoniach. – Już myślałam, że nas poznał.
Sam byłem w nie mniejszym szoku. Objąłem ją ramieniem i pociągnąłem w stronę samochodu. Dziewczyna posłusznie ruszyła, cały czas jednak drżąc ze zdenerwowania. Szybko doszliśmy do auta. Z trzaskiem zamknąłem za sobą drzwiczki i opadłam na oparcie. Zamknąłem oczy i brałem głębokie wdechy. Dawno nie byłem tak zdenerwowany.
- Jezu, myślałem że tam zawału dostanę – wydusiłem, żeby przerwać tą okropną ciszę.
Odwróciłem głowę w prawą stronę. Rudzik siedział z podkulonymi nogami. Objęła kolana rękoma i delikatnie kołysała się do przodu i do tyłu. Oczy miała zamknięte, a po policzkach spływały wąskie strumyki łez. Zrobiło mi się jej strasznie żal. Musiało ją to wiele kosztować.
Bez słowa wyszedłem z samochodu i podszedłem do drzwi z jej strony. Otworzyłem je i przykucnąłem obok.
- Mała, no już. Teraz nic nam nie grozi. – Próbowałem ją uspokoić. – Proszę, nie płacz.
Dziewczyna nie reagowała na moje słowa. Otworzyła swoje piękne, teraz wilgotne oczy, oparła brodę na kolanach i wpatrywała się w przednią szybę.
- Rudzik, no coś ty.
Chwyciłem jej dłonie, które zaciskała na łokciach i delikatnie rozluźniłem uścisk. Dziewczyna zachowywała się jak marionetka – opuściła ręce, jakby nie potrafiła nad nimi panować. Zsunęła stopy z siedzenia, a tułów poleciał z nogami. Wziąłem ją na ręce i wyciągnąłem z auta. Postawiłem ją na ziemi, opierając o bok samochodu.
Stała na drżących nogach, twarz miała czerwoną i lekko opuchniętą od płaczu. Próbowałem wychwycić jej wzrok pośród tysięcy spojrzeń, jakimi obdarzała świat dookoła, chwytając jej twarz w dłonie. Po chwili niebieskie tęczówki skierowały się na moje brązowe.  Uśmiechnąłem się lekko. Dziewczyna jednym nagłym ruchem zarzuciła mi ręce na szyję i wtuliła we mnie. Objąłem ją ramionami i delikatnie kołysałem. Usłyszałam cichy szloch, poczułem drżenie jej niewielkiego ciała. Spazmatyczne wstrząsy potęgowały się z każdą chwilę. Przycisnąłem ją do siebie mocniej. Biedactwo. Było mi jej strasznie szkoda.
Wszystkie te emocje, uczucia, które kłębiła w sobie od jakiegoś czasu, teraz dały o sobie znać. Jak dotąd była silna i odważna, tak w tej jednej chwili całe jej opanowanie uleciało jak powietrze z przebitego balonika. Była całkowicie bezbronna, a jednocześnie tak naturalna.
Może to było niestosowne, ale na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Pierwszy raz jest stuprocentowo sobą.
Gdy Mała ucichła, a drżenie ustało, podniosłem ją delikatnie i posadziłem w tylnej części samochodu. Położyła się na siedzeniach, a głowę ułożyła na poduszce. Już po chwili spała.
Przykryłem ją kocem i pocałowałem we włosy. Lekko zamknąłem drzwi i zasiadłem z kierownicą. Przekręciłem kluczyk w stacyjce i zwolniłem hamulec ręczny.
Ruszyliśmy do Gdańska.

*    *    *
Witajcie. :*
Pozwalam Wam udusić mnie za ten rozdział, bo jest po prostu ma-sa-kry-czny. Nudny jak flaki z olejem, brak akcji, totalne zero. Nic nie mogłam wymyślić, chyba dopadł mnie kryzys wieku średniego. Przepraszam, wybaczcie.
Hehe, a pojutrze egzaminy, a ja nic nie umiem. xd Tak szczerze to nie mogę się ich doczekać (czy ja już tego nie pisałam?), ale wolałabym żeby się nie kończyły. Mam zapowiedziane jakieś... 8 sprawdzianów? W dodatku trzy w okolicy moich urodzin. No, dzięki za taki prezent! :(
Dobra, skończę to marudzenie.
Do następnego, Stokrotki. ♥
Baj baj. :* xx

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wiadomość

Witajcie!
Mam dwie ważne informacje dotyczące opowiadania.
Pierwsza jest taka, że postanowiłam wprowadzić pewne zmiany w narracji. Od teraz (do nie-wiem-kiedy) rozdziały będą pisane z perspektywy Aleksa (informuję, żeby nie było wątpliwości ;)). Dlaczego tak robię? Bo opowiadanie całej tej historii przez Mary zaczyna mnie męczyć, jej perspektywa... cóż, po prostu jej nie lubię. Chcę też, abyście widzieli, co siedzi w głowie Aleksa.
Taki głupiutki pomysł. :P
A druga informacja dotyczy terminu ukazania się następnego rozdziału. Jak pewnie zdążyliście zauważy, rozdziały ukazują się bardzo nieregularnie (przerwy od dwóch dni do kilku tygodni). A dodając do tego:
a) egzaminy, które są już w przyszłym tygodniu i których już wręcz nie mogę się doczekać (powód? - nauczyciele wreszcie przestaną nam o nich przypominać, choć i tak nie pozwalają nam zapomnieć, ale ok), do których powinnam się uczyć, co naprawdę staram się robić;
b) próby, podczas których w dwa miesiące mamy opracować nowy spektakl i które trwają po kilka godzin, po których jestem wycieńczona i nieobecna duchem przez pewien bliżej nie określony czas;
c) pogodę za oknem, która aż się prosi, żeby z niej korzystać oraz rolki, rower i piłka do siatki, które chcę wreszcie ruszyć się z kąta;
I najważniejsze
d) pewną nieprzyjemną sytuację, w którą sama, przez własną głupotę, bezmyślność, upór, zaciętość, nieodpowiedzialność i inne nieprzydatne, ale niestety obecne cechy charakteru, się wkopałam, a z której wcale nie tak łatwo wyjść (wyjątkowe trafne porównanie do bagna), którą bardzo chciałabym odkręcić, co nie jest proste ze względu na powagę sytuacji.
W skrócie:
Zrobiłam coś bezmyślnego, dziecinnego, idiotycznego i muszę ponieść tego konsekwencje.
(Przypomnę zdanie sprzed wyliczeń: "A dodając do tego: a, b, c i d")
na napisanie rozdziału nie będę miała wystarczająco dużo (o ile w ogóle) czasu, dlatego nie wiem, kiedy takowy się pojawi. Na majówkę wyjeżdżam za granicę, w weekend po testach jadę na osiemnastkę, więc naprawdę nie wiem, czy znajdę wolną chwilę. Tak więc z góry przepraszam za długą przerwę, trzecioklasistom życzę powodzenia na egzaminach, a pozostałym... miłego dnia? ;)
Pozdrawiaaaam, ;)
ruda mycha ♥♥

niedziela, 7 kwietnia 2013

Rozdział 10.


Byli tam, wszyscy. Wszyscy, których kiedykolwiek widziałam na oczy: starzy, dorośli, dzieci i zmarli; kobiety i mężczyźni; przyjaciele, znajomi, obcy i wrogowie. Wszyscy. Stali tam i wszyscy się na mnie patrzyli.
Śmiali się.
Zdezorientowana, patrzyłam po nich, zatrzymując na chwilę wzrok na każdej parze oczu, ale oni nadal się śmiali. Wszyscy równocześnie podnieśli ręce i wskazali na mnie palcami. Pochyliłam głowę i wtedy zrozumiałam.
Byłam ubrana w białą suknię. Z napisem „SIEROTA”.
Byłam w szoku. Ze zdumienia szeroko otworzyłam oczy i znów spojrzałam na otaczający mnie tłum.
Teraz już się nie śmiali.
Zamiast tego skandowali to przeklęte słowo: „SIE-RO-TA! SIE-RO-TA! SIE-RO-TA!!!”
- Nie! – krzyczałam rozpaczliwie. Zacisnęłam powieki, czując zbierające się pod nimi łzy. Zasłoniłam uszy rękoma i usiałam na ziemi. Skuliłam się najmocniej jak potrafiłam, a łzy spłynęły po mojej twarzy.
Pośród dzikich krzyków tłumu usłyszałam kroki. Ktoś uklęknął przede mną. Chwycił mnie za ramiona i potrząsał.
- Nieee! – krzyczałam i próbowałam wyrwać się z uścisku silnych dłoni – Nie!
- Mary, obudź się! Mary!
Gwałtownie się wyprostowałam i otworzyłam oczy. Mój oddech był szybki i płytki, a serce obijało mi żebra. Obok mnie siedział Aleks. W oczach miał przerażenie.
- Mary! Boże, ale mnie przestraszyłaś! Dobrze się czujesz? Wszystko w porządku? – To chyba ja powinnam o to zapytać. Szatyn, podobnie jak ja, dyszał jak po kilkukilometrowym biegu. Trzymał mnie za ramię i próbował uspokoić swój oddech.
Oparłam głowę o zagłówek, przymknęłam oczy i lekko pokiwałam głową w odpowiedzi na jego pytanie(a).  Starałam się dojść do siebie. Aleks puścił mnie i opadł na oparcie fotela. Palcami obu dłoni rysował małe kółeczka na swoich skroniach i brał głębokie wdechy.
Chyba faktycznie się przestraszył.
- Co się stało? – zapytałam drżącym głosem po chwili milczenia, kiedy minął „pierwszy szok”.
- Ty mi powiedz – Aleks nie patrzył na mnie.  Jak zahipnotyzowany  wpatrywał się w przednią szybę swojego samochodu, aktualnie stojącego na jakimś parkingu. – Jechaliśmy spokojnie, gdy nagle zaczęłaś rzucać się przez sen po siedzeniu, a później krzycz…
- Krzyczeć?! -  przerwałam mu gwałtownie – Co krzyczałam?!
- „Nie, zostawcie mnie, proszę!”, coś tego typu – odwrócił wzrok od szyby i spojrzał mi w oczy – Mary, co się stało? Kto miał cię „zostawić”?
Martwił się.
Dziwne. Zna mnie jeden dzień (noc właściwie), a się martwi.
Westchnęłam głęboko. Naprawdę powinnam to nagrać albo spisać. Ile razy można powtarzać to samo? Przeniosłam wzrok na moje drżące, splecione palce.
- Chyba musiałabym zacząć od początku… - niemal wyszeptałam.
- A może wejdziemy do jakiejś kawiarni i spokojnie porozmawiamy, hm? – zaproponował łagodnym głosem. Odpowiedziałam tylko niepewne: „Okay” i wysiedliśmy z samochodu.
Rozejrzałam się dookoła. Byliśmy na jakimś rynku – wzdłuż ulic z „kocimi łbami” stały, przytulone do siebie, wąskie, piętrowe kamieniczki.  Ich ściany frontowe były przepięknie zdobione wymyślnymi malowidłami. Nikłe światło latarni nadawało temu miejscu swoistego klimatu tajemniczości.
Nagle zawiał lekki wiatr. Dopiero wtedy spostrzegłam, że nadal mam na sobie tylko pidżamę i moje zielone kapcie.
- Aleks – przeciągnęłam delikatnie drugą spółgłoskę. Ten odwrócił się do mnie i w niemym pytaniu podniósł brwi.  – Masz może jakąś zapasową bluzę? – spojrzałam na niego znacząco.
Aleks strzelił majestatycznego facepalma i, otworzywszy bagażnik swojego pojazdu, rozpoczął poszukiwania… czegoś. Po chwili z zadowoleniem zamknął klapę, w ręku trzymał czarne zawiniątko.
- Łap! – rzucił to „coś” w moim kierunku. Moja jakże perfekcyjnie rozwinięta koordynacja ruchowa umożliwiła mi złapanie czarnego przedmiotu, zanim możliwym bliższym spotkaniem z ziemią. Rozwinęłam materiał i podniosłam go na wysokość oczu. To było… duże.
- Co tak stoisz? Zakładaj – nagle przede mną zmaterializował się Aleks. Z westchnieniem włożyłam ręce w rękawy bluzy i naciągnęłam ją przez głowę. Kaptur zasłaniał mi całą twarz, a rękawy luźno zwisały.  Usłyszałam cichy, nieskutecznie tłumiony śmiech.
Zdjęłam kaptur z głowy i spojrzałam po sobie. Bluza Aleksa sięgała moich kolan, a wewnątrz niej, razem ze mną, zmieściłby się tam pięciokilowy worek ziemniaków.  Podniosłam ręce na boki.
Wyglądałam jak nietoperz.
- Ha ha ha – zaśmiałam się sarkastycznie, patrząc na Aleksa spod przymkniętych powiek, ale ten nic sobie z tego nie robił. Nie zważając na niego, podciągnęłam rękawy do łokci i oparłam ręce na biodrach z miną Superbohatera. Nie minęła sekunda, a wraz z szatynem zanosiłam się niepohamowanym śmiechem. Ciężko było nam się uspokoić, dopiero po kilku minutach mogliśmy ruszyć w drogę.
Niebo było jeszcze dość ciemne, choć z jednej strony chmury zaczęły przybierać jaśniejsze odcienie – świtało. Mimo tak wczesnej pory dnia, nie była tak zimno jak kilka godzin temu. Okna w co poniektórych kamienicach były oświetlone, jednak na ulicy panowała cisza. Kilka sklepów i małych jadłodajni, bank, sklep zoologiczny, odzieżowy, księgarnia. Niby stary rynek, a wcale nie jest tu tak staro.
- Aleks – zwróciłam na siebie jego uwagę – gdzie my jesteśmy? Co to w ogóle za miasto?
Chłopak wzruszył ramionami, co chyba miało oznaczać „nie wiem”. Stanął w miejscu i rozglądał się przez chwilę, aż dostrzegł jakąś tablicę. Podszedł do niej, a ja podążyłam za nim. Tablica przedstawiała mapę miasta, ale nie mogłam dojrzeć jego nazwy. Na szczęście Aleks rozwiązał wszelkie moje wątpliwości. No… powiedzmy.
- Chojnice… Jesteśmy w Chojnicach [tak to się odmienia? – przyp. autorki].
Kto wymyśla te nazwy przemknęło mi przez myśl. Chociaż w jego ustach brzmi to całkiem…
Cisza! Te cholerne, nieproszone myśli!
- To co, idziemy? – poczułam palce chwytające mój nadgarstek. Ocknęłam się z zamyślenia i przytaknęłam ruchem głowy. Podeszliśmy do jakiejś małej kawiarenki. Dziwne, że są otwarte o szóstej rano, ale co tam. Aleks, jak prawdziwy gentelman, przepuścił mnie w drzwiach. Weszłam do środka.
Skądś to znam zaśmiałam się w duchu, bo wystój Sali rzeczywiście był mi znany.
ChocoCafe.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Coś nie tak? – głos Aleksa, po raz kolejny, wyrwał mnie z zamyślenia.
- Nie, skąd – odwróciłam głowę w jego stronę i posłałam mu rozbawione spojrzenie – Chodź.
Usiedliśmy przy jednym z czteroosobowych stolików, koło okna wychodzącego na ulicę.
- Nie możesz się tak o wszystko martwić… - zaczęłam go uspokajać, bo znów nerwowo rozglądał się na boki, ale mi przerwał.
- Muszę. Jestem za ciebie odpowiedzialny.
Zdziwiona, podniosłam brwi.
- Za mnie? Proszę cię, mam już szesnaście lat – lekko naciągnęłam – sama mogę za siebie odpowiadać, a…
- Nie możesz – ponownie mi przerwał – jesteś zakładniczką, a ja porywaczem. Twoje życie jest w moich rękach.
Zabrzmiało groźnie.
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, ale właśnie w tym momencie podeszła do nas kelnerka.  Złożyliśmy swoje zamówienia, a kobieta odeszła od naszego stolika.
- Tak w ogóle, gdzie są te Chojnice? – zaczęłam  rozmowę na przyjemniejszy dla mnie niż poprzednio temat.
- Niecałe 200 kilometrów na północ od Poznania.
Ale jak to? szeroko otworzyłam oczy.
- To nie jedziemy do Krakowa? -  teraz to on się gapił.
- A dlaczego do Krakowa? – zapytał, zdziwiony.
Kiedy nie odpowiedziałam, tylko  odwróciłam głowę do okna i patrzyłam przez nie na zewnątrz, ponowił pytanie.
- Dlaczego akurat do Krakowa? – jego zdziwienie zamieniło  się w ciekawość.
Ja jednak nadal nie odpowiadałam. Nie byłam zła ani obrażona, po prostu nie miałam siły opowiadać całej tej historii po raz kolejny. Czwarty konkretnie.
I już po raz drugi dzisiaj wybawiła mnie kelnerka, która przyniosła nasze zamówienia – Aleksowi kawę i sernik (Mmm, jakie zdrowe śniadanko), a mnie herbatę owocową. Ciemnobrązowe oczy szatyna rozszerzyły się na widok jedzenia, na które omal się nie rzucił. Kiedy kelnerka poszła, Aleks zaczął pożerać  swoje ciasto, jakby przez rok nic nie jadł.  O dziwo, uszy mu się nie trzęsły.
Patrzyłam na niego z politowaniem – zachowuje się jak kilkuletnie dziecko, chociaż ma już… no właśnie. Ile on tak właściwie ma lat?
- Aleks – ten nieprzerwanie zajadał się sernikiem, więc ciągnęłam dalej – z którego rocznika jesteś?
- Dziewięć cztery, konkretnie ósmy marca.  A czemu? – odpowiedział z pełnymi ustami, patrząc na mnie ciekawsko.
- Nie, nic, tak z ciekawości pytam.
W milczeniu pokiwał głową, ale zaraz rzucił kolejny temat.
- A o co chodzi z tym Krakowem?
Westchnęłam przeciągle.
Trafił swój na swego  usłyszałam ten wredny głos gdzieś z tyłu mojej głowy.
- Bo miałam się tam przeprowadzić? – po chwili wahania zdecydowałam się na odpowiedź.
Tylko błagam, nie pytaj „dlaczego” prosiłam w myślach.
- A dlaczego? – ręce mi opadły. Spojrzałam z niedowierzaniem na siedzącego naprzeciwko mnie chłopaka, który patrzył na mnie z ciekawością i oczekiwaniem.
Boże, za co?
- Czyli nie dasz się spławić – zaśmiałam się – To teraz usiądź wygodnie i słuchaj uważnie.
Aleks wygiął usta w uśmiechu.  
*    *     *
Cześć i czołem! : *
Wybaczcie, że tak późno, rozdział gotowy od tygodnia, ale nie znalazłam wolnej chwili, żeby go przepisać. Dlatego dopiero teraz.
Rozdział mi się nie podoba, cały czas coś kręcę, realizuję każdy pomysł, który wpadnie mi do głowy, a w ogóle nie patrzę na konsekwencje. (Czas na gratulacje od fanów :P) Wiem jednak, jak skończy się to opowiadanie (mam nadzieję, że kiedyś dobiję do końca) i mam nadzieję, że w tej kwestii nic się nie zmieni.
I na dziś to chyba byłoby wszystko.
Pozdrawiam Was, Stokrotki! : *
Miłego tygodnia. : ) xx

piątek, 22 marca 2013

Rozdział 9.


Obudziło mnie dzwonienie… czegoś. Było to tak uporczywe i nieprzyjemne dla uszu, że – chcąc, nie chcąc – musiałam się obudzić. Przetarłam zmęczone oczy, ale nadal nie mogłam nic dojrzeć – w pokoju było ciemno. Wyciągnęłam rękę spod cieplutkiej kołdry i chwilę przesuwałam dłonią po drewnianej powierzchni szafki nocnej w poszukiwaniu telefonu. Poczułam pod palcami chłodny metal, więc pochwyciłam go i odblokowałam w celu sprawdzenia godziny. Zerknęłam w prawy górny róg ekranu…
CO?! Wpół do trzeciej nad ranem?! Czy ktoś jest chory psychicznie?!
Usiadłam gwałtownie na łóżku, o mało nie uderzając głową w pochyły sufit. Spuściłam nogi na podłogą, włożyłam na stopy moje mięciutkie kapcie-żaby i wstałam z hotelowego łóżka. Kilka kroków, drzwi, krótki korytarz, zakręt w lewo, przejście przez salon, zakręt w prawo i ponownie drzwi. Nie wyglądając przez wizjer (drzwi najzwyczajniej nie były w niego zaopatrzone) odkluczyłam zamek i z rozmachem otworzyłam drewniany prostokąt.
Jako, że światło nigdzie nie było zapalone, a za drzwiami było jeszcze ciemniej, zauważenie czegokolwiek znajdującego się na korytarzu zajęło mi dobrą chwilę. 
- Słucham? – spytałam uprzejmie z kwaśnym uśmiechem na ustach, niemal zasypiając na stojąco.
- Dzień dobry – odpowiedział mi niski, męski głos. Po chwili poczułam silne odepchnięcie; wpadłam na ścianę. Gość najwyraźniej sam się wprosił.  Usłyszałam szybkie kroki i chrzęst piasku na drewnianych panelach. Zszokowana całą sytuacją, jak w jakimś transie, zamknęłam i zakluczyłam drzwi. Skierowałam się do kuchni, skąd dochodziły mnie jakieś odgłosy. Weszłam do pomieszczenia  i natychmiast się zatrzymałam. Gwałtownie zamknęłam oczy, przysłaniając je ręką przed rażącym światłem lampy, i szukałam po omacku wyłącznika na ścianie. Pstryk! Udało się.
- Ej! – głośny krzyk pośród ciszy nocy sprawił, że podskoczyłam w miejscu. Usłyszałam szelest i ponownie kroki. Podniosłam wzrok i ujrzałam zarysy jakiejś postaci o trzy kroki przede mną – Co Ty wyprawiasz?! Ja tu czegoś szukam!
- A ja chciałam się tu wyspać! Czego niby możesz szukać w środku nocy w MOIM pokoju?! – odpowiedziałam wrzaskiem.
Moje oczy wreszcie przyzwyczaiły się do panującej wokoło ciemności. Dochodzące z przysłoniętego firanką okna światło latarni ulicznej rozpraszało panujący wszędzie mrok. Przede mną stał wysoki, barczysty mężczyzna  o krótkich, rozczochranych włosach. Był wyższy ode mnie o głowę i z pewnością o wiele silniejszy.
- Nie twój interes. Przeszkadzasz mi, wyjdź stąd.
Że co, do cholery?! Niech mnie ktoś przytrzyma, bo nie ręczę za siebie!
- Masz czelność mówić mi, co mam robić?! Jeszcze czego! To TY masz stąd wyjść, bo wezwę policję! – w tym momencie byłam najzupełniej poważna, a mimo to odpowiedział mi głośny, chrapliwy śmiech, który szybko ucichł.
- Słuchaj uważnie, mała, bo powiem to tylko raz i nie będę więcej powtarzał. Wynoś się stąd natychmiast, jeśli Ci życie miłe.
Tym razem to ja się zaśmiałam.
- Chyba śnisz! Nie ruszam się stąd, dopóki TY nie wyjdziesz! – dumnie uniosłam podbródek i założyłam ręce na piersi. Chłodnymi palcami dotknęłam odkrytych ramion. No tak – ciągle byłam w pidżamie. Spodnie do kolan i bluzka na cienkich ramiączkach to niezbyt dobry strój na tak chłodną noc. Mimowolnie zadrżałam.
- A co powiesz teraz? – głos mojego nieproszonego „gościa” pokrył się ze zgrzytem metalu i grubej skóry. Mężczyzna wyjął coś ze skórzanej torby i podniósł na wysokość moich oczu. Słabe światło odbijało się od metalowej, gładkiej niczym lustro powierzchni.
Nóż.
Oczy momentalnie mi się rozszerzyły, a serce na chwilę zamarło. Nerwowo przełykałam ślinę, czując narastającą w gardle gulę.
- Możemy to załatwić pokojowo, ale możemy też nieco bardziej oryginalnie. Wybieraj.
Poczułam nagły przypływ adrenaliny.
Nie będziesz w taki sposób pogrywał. Nie ze mną.
Nonszalancko przechyliłam głowę i spojrzałam na niego z politowaniem. Już otwierałam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale coś mi przerwało.
Był to głośny huk, od którego oboje podskoczyliśmy. Rozległy się głośne okrzyki i tupot ciężkiego obuwia. Odwróciłam się w stronę drzwi i już chciałam tam ruszyć, gdy poczułam silne szarpnięcie za ramię. Jakaś siła pociągnęła mnie do tyłu.  Cofnęłam się kilka kroków, aż na plecach poczułam silną przeszkodę.  Poczułam jedną dłoń zatykającą mi usta, a drugą krępującą mnie w pasie. Próbowałam wyszarpnąć się z tego żelaznego uścisku, ale nie byłam w stanie nic zrobić.
- I widzisz, co narobiłaś?! – Jasne, wszystko zwal na mnie  - Bądź grzeczna, a nic ci się nie stanie. – wysyczał wprost do mojego ucha.  Wykorzystując chwilę nieuwagi mężczyzny wyrwałam jedną rękę i z całej siły wbiłam łokieć w brzuch napastnika. Ten zgiął się lekko, nie wypuszczając mnie jednak z uścisku, i zaklął pod nosem.
- Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbą. – powiedział złowieszczo. Znów uwięził moją rękę, przyciskając ją do mojego brzucha. Zacisnęłam palce na jego przedramieniu najmocniej jak potrafiłam. Ten odpowiedział mocniejszym ściśnięciem w pasie. Zrezygnowana puściłam jego rękę i lekko odwróciłam głowę w jego stroną, posyłając mu mrożące spojrzenie.
Ten tylko uśmiechnął się lekko z wyraźną satysfakcją i poluźnił uścisk na brzuchu. Moje wnętrzności wróciły na swoje miejsca, a ja wzięłam głębszy oddech.
Nie minęły dwie sekundy, a drzwi kuchenne otworzyły się z rozmachem i uderzyły w ścianę. W progu dojrzałam kilka bliżej nieokreślonych postaci, które w kilka sekund otoczyły nas ze wszystkich stron.
- Rzuć broń, jesteś  otoczony!
Rozbłysło światło.
Pięć postaci. Pięć rewolwerów skierowanych w naszą stronę. Pięć par oczu, wpatrujących się w nas z najwyższą uwagą.
Zacisnęłam powieki, krzywiąc się z bólu przed oślepiającym światłem. Poczułam, jak ręka zatykająca moje usta puszcza. Cichy szelest, a potem chłodny metal na gardle.  Po raz kolejny zadrżałam.
Nóż.
- Jedno słowo, a ona zginie - mój napastnik wcale nie zamierzał się poddać, wręcz przeciwnie.
Ups. Niedobrze.
Zaczęłam się trząść. Nie bałam się, co było dla mnie wręcz szokujące, a mimo to dygotałam na całym ciele. Dlaczego?
Policjancie spoglądali po sobie i po kolei odkładali rewolwery na podłogę. Podnieśli ręce, tym samym się poddając. Wpatrywali się w nas w niemym oczekiwaniu.
- Jeśli usłyszę choćby szelest, zabiją ją – prawie zapomniałam o obejmującym mnie w pasie i przykładającym narzędzie do szyi mężczyźnie.  Poczułam lekkie ciągnięcie do tyłu, więc poddałam się jemu. Szłam do tyłu, ciągnięta przez „gościa”, który okazał się być niebezpiecznym zbiegiem, poszukiwanym przez policję.  Kilka kroków w tył, ostry zakręt, znów kilka kroków i zatrzymanie. Z kuchni nie dochodził mnie żaden, choćby najcichszy, odgłos. Przekręcenie klucza w zamku, skrzypnięcie drzwi i znowu ciągnięcie. Doczłapaliśmy do windy, zostawiając za sobą otwarte drzwi.  Czułam dziwną satysfakcję i odwagę. Mężczyzna odjął nóż od mojej szyi i poluźnił uścisk w pasie.
- Widzisz? – wyszeptał cicho – Jak chcesz, to potrafisz.
Spojrzałam na niego z politowaniem,  ale nie odezwałam się ani słowem.  Wsiedliśmy do windy, która właśnie przyjechała. Porywacz wcisnął przycisk z literką „P” i oparł się o czerwoną ścianę, nadal trzymając mnie w pasie.
- Mógłbyś mnie puścić z łaski swojej? – zapytałam, tracąc powoli cierpliwość.  Mężczyzna pokręcił głową, wykrzywiając usta w uśmiechu.
- Bo?  - ten tylko wyszczerzył zęby.
Kiedy tak się uśmiechał nie wyglądał wcale tak groźnie. Wydaje się być miły przemknęło mi przez myśl. I jest nawet przystojny.
Uśmiechnęłam się do swoich myśli i przyjrzałam mu się z  zaciekawieniem.
Bardzo przystojny. I wcale nie taki stary.
- Wiem, że jestem piękny, nie musisz mi tego powtarzać milion razy – wróciłam do rzeczywistości i po chwili dotarł do mnie sens wypowiedzianych przez porywacza słów. Szczerzył się do mnie, a w jego piwnych oczach dojrzałam iskierki radości.
Przewróciłam oczami i spojrzałam na niego, jakby był chory psychicznie, kręcąc przy tym głową.
Jak dziecko.
- Dokąd mnie zabierasz? – zmieniłam temat, przyglądając mu się ze szczerym uśmiechem. Odpowiedział mi tym samym.
- Niespodzianka – i puścił mi oczko.
Usłyszałam cichy sygnał, informujący dojazd windy do końca zaplanowanej trasy. Rozsuwane drzwi otworzyły się bezszelestnie, ukazując pusty, oświetlony ściennymi lampkami hall hotelu. Po raz kolejny dzisiaj ciągnięta wyszłam z windy.  Mężczyźnie chyba zależało na czasie, bo bez zbędnych ceregieli wziął mnie na ręce i szybkim krokiem skierował się do wyjścia. Podniosłam brwi, a ten tylko uśmiechnął się i dalej brnął przed siebie. Kopniakiem otworzył drzwi wyjściowe i wyszedł na zewnątrz. Natychmiast uderzył w nas chłód nocy. Zimny wiatr targał za włosy i docierał wszędzie. Zadrżałam, tym razem z zimna.
Nadal byłam w pidżamie.
Porywacz chyba poczuł, jak dygoczę w jego ramionach, więc przyspieszył kroku i przycisnął mnie mocniej do siebie.
Drżałam na całym ciele. Na dworze niecałe dziesięć stopni, a ja nie mam nawet długiego rękawa. Cienka pidżama to naprawdę nie jest dobry pomysł na tak chłodną noc. Mimo woli trzęsłam się jeszcze bardziej, zęby szczękały, a na skórze pojawiła się gęsia skórka.
Wreszcie dotarliśmy do celu. Mężczyzna postawił mnie na ziemi, a sam wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył samochód. Nie byłam wstanie postąpić ani kroku, stałam tam więc i zamieniałam się w żywy sopel lodu. Porywacz otworzył drzwi samochodu od strony pasażera i spojrzał na mnie zachęcająco.
Nie myślałam wtedy o tym, że jestem porywana jako zakładniczka.
Nie myślałam wtedy o tym, że wsiadam do wozu obcego człowieka.
Nie myślałam wtedy o tym, że może mnie on wywieźć nie wiadomo gdzie.
Nie myślałam wtedy o tym, jak strasznie się boję.
Myślałam tylko, jak strasznie mi zimno.
Mój nocny „gość” przyglądał mi się z troską i niepokojem. Delikatnie pociągnął mnie za rękę i pomógł usadowić się w samochodzie. Zapiął mi pas i zamknął drzwi z lekkim trzaskiem. Potem obszedł samochód dookoła i usiadł za kierownicą. Przekręcił kluczyk w stacyjce, a silnik zamruczał, niczym wyspany kocur. Ruszyliśmy.
Podciągnęłam nogi pod brodę i objęłam kolana drżącymi rękoma. Skuliłam się najmocniej jak umiałam i starałam się nie myśleć o zimnie. Zacisnęłam oczy. Po chwili poczułam coś miękkiego na ramionach. Otworzyłam ślepia  - mężczyzna przykrywał mnie grubym, fioletowym, ciepłym kocem. Wtuliłam się w niego i od razu było mi cieplej. Uśmiechnęłam się lekko.
- Lepiej trochę? – usłyszałam cichy głos. Odwróciłam głowę w lewo i spojrzałam na porywacza. Lustrował mnie wzrokiem z wyraźnym lękiem, jeśli mogę to tak nazwać.
Pokiwałam głowo i ziewnęłam szeroko.
- Do szczęścia potrzebuję jeszcze tylko kubek gorącej czekolady i jakiś dobry film.
Chłopak (nie będę go dłużej postarzać) zaśmiał się głośno i pokręcił głową, szczerząc się do przedniej szyby.
- Nie przedstawiłem się. Jestem Aleks. A Ty? – rzucił mi krótkie spojrzenie.
- Mary… -  powiedziałam cicho – jeszcze – dodałam po chwili.
- Czemu jeszcze? – zmarszczył brwi.
Westchnęłam cicho, czując jak kleją mi się powieki.
- Jutro – ziewnęłam ponownie i oparłam głowę o nagłówek. Zamknęłam oczy i udałam się do krainy snów.

*    *    *
Siemka. ; *
Sama nie wiem, czemu tak szybko dodaję kolejny rozdział. Jakoś mnie natchnęło i napisałam to tutaj. ^
Ach, co ja Wam mogę jeszcze powiedzieć, hmm. Ogólnie rozdział wydaje mi się całkiem niezły pod względem technicznym, mimo takiej długości, ale starałam się. x ) Ocenę treści pozostawiam Wam, jeśli ktokolwiek to czyta. Nie będę Was prosić o komentarze, bo piszę dla siebie. Bo chcę być w tym coraz lepsza. Bo naprawdę to uwielbiam. Jasne, komentarze są bardzo miłe i na ich widok człowiek dostaje szczękościsku, ale nie o to w tym chodzi. A przynajmniej nie mnie. Jeśli chcecie, piszcie, jeśli nie, to nie i tyle. Ja też czasem najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty pisać komentarza, bo robię to na siłę. I świat się nie zawala. ; )
Wybaczcie to powyżej, wena Fiona chyba już mnie opuściła.
Pozdrawiam Was wszystkich, Stokrotki. ♥
~ ruda mycha (wcz. green daisy)
(>*-*)>

środa, 20 marca 2013

Rozdział 8.


Taksówka zatrzymała się przed moim domem. Zapłaciłam kierowcy i skierowałam się w stronę furtki. Serce biło mi jak szalone. Stanęłam przed białymi drzwiami i wzięłam kilka głębszych oddechów.
Raz kozie śmierć.
Przymknęłam oczy i trzęsącą się ręką nacisnęłam klamkę. Weszłam do środka, a drzwi zamknęły się za mną z charakterystycznym skrzypieniem. Zdjęłam moje ulubione trampki i na bosaka przeszłam do salonu. Było tu przestronne pomieszczenia o ścianach w brązowe i beżowe paski, śnieżnobiałym suficie i podłodze z jasnego drewna. Naprzeciwko wejścia znajdowały się otwarte przeszklone drzwi na taras. Po lewej w narożniku znajdował się kominek, a po przeciwnej stronie stał wysoki regał z wypełnionymi ramkami ze zdjęciami pólkami. Obok – duża, brązowa, skórzana kanapa i dwa fotele o tym samym, czekoladowym obiciu.  Przed nimi niewielki stolik do kawy z ciemnego drewna. Na ścianie naprzeciwko wisiał telewizor,  pod nim stała wieża stereo, a po obu jej stronach – głośniki.
- Mary… jesteś… - ciemnowłosa kobieta, którą kiedyś nazywałam „mamą” , siedząca na wspomnianej wyżej kanapie obok blondwłosego mężczyzny, spoglądała na mnie niepewnie.
Boi się? Mnie?!
- Muszę Wam coś powiedzieć – pewnym siebie głosem odpowiedziałam na jej wahanie i lęk przed nieznanym. Stanęłam przed nimi i założyłam ręce na piersi. Czułam, jak odwaga mnie opuszcza, a jej miejsce zastępuje strach.
No, dalej. Przecież kiedyś muszę im to powiedzieć.
- Postanowiłam…  - że się wyprowadzam. W myślach to nic trudnego, czyż nie? Dobra, jeszcze raz.
Nerwowo przygryzłam wargę i spuściłam wzrok.
- Przeprowadzam się do Krakowa. – powiedziałam to. Bardzo cicho, wręcz niedosłyszalnie, ale jednak. Palce zacisnęłam na ramionach, żeby nie było widać, jak bardzo trzęsą mi się ręce. Rzuciłam moim byłym rodzicom spojrzenie spod rzęs. Oni… śmiali się?
- Żartujesz, prawda? – w ich oczach dostrzegłam rozbawienie. Jednak już po sekundzie, gdy wyraz mojej twarzy się nie zmienił, ono zniknęło.
- Ale dlaczego?
Serio? Po raz kolejny muszę to wszystko tłumaczyć?
Westchnęłam. Usiadłam na fotelu naprzeciwko dwojga wpatrujących się we mnie dorosłych. Wzięłam głęboki wdech i przyglądałam się swoim lekko drżącym palcom.
- Marcin wyjechał, chociaż wcale nie musiał, bo mnie zdradził. W tym roku kończę gimnazjum, a w Krakowie jest najlepsza aktorska szkoła średnia.  A teraz dowiedziałam się - posłałam im wymowne spojrzenie –  że mam innych rodziców. Więc zasadniczo nic mnie tutaj nie trzyma. Ostatniego dnia roku szkolnego wsiadam w pociąg i wyjeżdżam.
- Ale jak to? Przecież  my… Ola...
- WY – przerwałam „mamie” – nie jesteście moją rodziną. 
- Ale…  - spoglądali to na siebie nawzajem, to na mnie.
- Jadę i koniec. Chciałam tylko, żebyście wiedzieli.
Wstałam z fotela i skierowałam się do wyjścia z salonu. W progu odwróciłam się jeszcze i spojrzałam na nich po raz ostatni.
- Zamieszkam w hotelu. Kiedy skończę 16 lat nie będę już pod waszą opieką. Jestem dorosła. Potrafię być odpowiedzialna.
Poszłam do hallu, założyłam buty i wyszłam z domu. Ruszyłam chodnikiem.
Na niebie zbierały się gęste chmury, wiał silny, ciepły wiatr. Na ulicy ruch był niewielki. Tu i tam jechało/ szło/ biegło kilka osób,  samochody można by policzyć na palcach jednej ręki.  Ptaki zamilkły, z daleka dobiegało odbijane echem szczekanie psów. Wybijałam stopami spokojny, cichy rytm. Po krótkim marszu doszłam do przystanku autobusowego. Niedługo później nadjechał autobus. Wsiadłam do niego, a w uszy włożyłam słuchawki od mojego iPoda. Usiadłam w fotelu i wyglądałam przez zabrudzone zaschniętym błotem okna. Stąd świat wyglądał tak szaro i ponuro. Tak smutno.
Nie zauważyłam nawet, kiedy ktoś usiadł na miejscu obok.  Dopiero po chwili zdałam sobie z tego sprawę, ale nic sobie z tego nie robiłam.
Skupiona na widoku za szybą i muzyce brzmiącej w uszach straciłam poczucie czasu. Kiedy wróciłam do rzeczywistości, TA osoba nadal siedziała koło mnie. Była to wyższa ode mnie, przygarbiona postać, w ciemnoszarej bluzie z kapturem na głowie i czarnych dresowych spodniach. Nic więcej nie mogę o tym kimś powiedzieć, jednak odniosłam wrażenie, że skądś znam tego „dresa”. Ale skąd?
Dojechałam do końca pętli. Wysiadłam z autobusu i rozglądałam się za jakimś rozkładem jazdy. Po chwili znalazłam go; udało mi się zorientować, jak dojechać do hotelu. Wróciłam na przystanek i czekałam za tramwajem, gdy po raz kolejny w tym tygodniu poczułam mrowienie na karku. Dyskretnie rozejrzałam się dookoła.  Po drugiej stronie ulicy dostrzegłam TĄ osobę. Stała, lekko schowana za słupem elektrycznym, i przyglądała mi się! Ze strachem czekałam na tramwaj. Te kilka minut okropnie dłużyły się, jak podczas najnudniejszej lekcji. Wsiadłam do mojego wybawiciela. Przed odjazdem rzuciłam ostatnie spojrzenie na przystanek. Ale TEJ osoby już nie było…

*    *    *
Witam moje Słoneczka. ♥
Dzisiaj sama robię sobie imieninowy prezent, bo jakoś nikt - nie wliczając mojej rodziny - nie pamiętał o moim święcie. No, ale cóż. Nie pierwszy, nie ostatni raz. ; )
Wiecie co? Przeczytałam dzisiaj te wszystkie siedem rozdziałów i stwierdziłam, że historia jest tak banalna, nudna, dziecinna i żałosna, że nie wierzę, że ja ją wymyśliłam. Doszłam do wniosku, że jeśli już po siedmiu częściach opowiadania fabuła wydaje mi się tak słaba jak ta, to z moimi opowiadaniami będzie kiepsko. Mój problem chyba polega na tym, że najpierw skaczę, a dopiero potem myślę. Z tym blogiem to naprawdę był jakiś odpał, chociaż cieszę się, że mimo wszystko ciągnę to opowiadanie. Wreszcie mam pomysł na tę historię... To znaczy na następny rozdział. ; ) Polecam film "Buntownik z wyboru", zastępstwo z polonistką i pisanie rozdziału. Połączenie idealne. Mi wyszło na dobre... Chyba. ; )
Tak w ogóle to ostatnio przyszedł mi do głowy pomysł na nowego bloga. Jeśli kiedykolwiek go zacznę, to najwcześniej w maju, albo w wakacje, o ile coś takiego powstanie. Ale nie będę zdradzać. Przynajmniej jeszcze nie teraz. ; )
W zakładce SPAM możecie reklamować swoje blogi. Od razu uprzedzam, że jako pierwsze odwiedzę te, które będą jakoś streszczone/opisane, w następnej kolejności linki do nich. Może to trochę nie fair, ale nie mam 24 godzin na dobę na czytanie blogów. Musicie mnie jakoś do tego zachęcić. ; )
Pozdrawiam Was serdecznie, Stokrotki, i zachęcam do wyrażania szczerej opinii. ; ) xx
(>*-*)> (kocham tego potworka *.* ♥)

czwartek, 7 marca 2013

Rozdział 7.


Wyobraź sobie taką sytuację:
*
Dowiadujesz się, że Twój chłopak zdradzał Cię z inną.
*
Planujesz wyprowadzkę.
*
Twojej rodziny nie ma w domu.
*
Czeka Cię poważna rozmowa z rodzicami na temat wyjazdu (którzy - chcąc, nie chcąc - nadal są Twoimi opiekunami).
*
I nagle...

Dowiadujesz się pewnej rzeczy.
*
Nie, Twoi rodzice nie zginęli w katastrofie lotniczej.
*
Teraz wszystko staje się jasne.
Dlaczego rodzice opóźnili swój powrót.
Dlaczego zawsze wydawało Ci się, że oni nigdy Cię nie rozumieli.
Dlaczego nie masz zdjęć żadnych z dzieciństwa.
Dlaczego zawsze byłaś inna.
*
Bo Ty, jak właśnie się dowiedziałaś, zostałaś....

ADOPTOWANA.

Wow, lekki szok, czyż nie? Po szesnastu latach wychowywania przez praktycznie obcą rodzinę, dowiadujesz się, że ona nią nie jest.
Niemożliwe? A jednak.

Co teraz czujesz?
*
Niedowierzanie? Zdumienie? Rozczarowanie? Może złość?
*
I pewnie zadajesz dużo pytań.
*
Dlaczego dopiero teraz ci o tym mówią? Czy Twoi biologiczni (ugh, co za wstrętne słowo) rodzice żyją? Gdzie są? Kim są? Dlaczego oddali Cię do adopcji? I tak dalej, i tak dalej.
*
Wyobraziłeś/wyobraziłaś sobie tą sytuację?
*
To pięknie. Teraz wróć do rzeczywistości i ciesz się, że to nie Twoja historia.
*
To jest MOJA historią.
To JA zostałam ADOPTOWANA.



Niby o tym jakże zaskakującym  fakcie dowiedziałam się już kilka godzin temu, ale ciągle to do mnie nie dociera. Po prostu jest to dla mnie nierealne.
Dlaczego to wszystko nie może okazać się strasznym koszmarem, z którego po prostu nie mogę się wybudzić? Dlaczego teraz? Dlaczego ja?
Miałam się wyprowadzić. Miałam zacząć wszystko zera. I nagle wszystko zaczyna się walić.
Boże, za co? Dlaczego?

Wyszukałam numeru Pawła i połączyłam się. Po drugim sygnale odebrał.
- No, cześć, Mary? Co tam?
- Cześć, Paweł. - nikły uśmiech mimowolnie wkradł się na moją twarz - Możemy się spotkać?
- Jestem do twojej dyspozycji. - odpowiedział bez wahania - Gdzie, kiedy?
Zastanowiłam się chwilę.
- "ChocoCafe" za pół godziny?
- To do zobaczenia. - dodał jeszcze i przerwał połączenie.
Starałam się już nie myśleć o czekającym mnie spotkaniu, bo zaczęłabym samą siebie przekonywać, że to nie jest dobry pomysł. Spakowałam do torebki najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam z pokoju (byłam w domu). Zbiegłam po schodach, przy drzwiach zmieniłam obuwie, krzyknęłam 'Wychodzę!" i już mnie nie było. Wsiadłam do zamówionej wcześniej taksówki i dojechałam na umówione miejsce niecałe 10 minut przed czasem. Po uregulowaniu rachunku z kierowcą, skierowałam się w stronę kawiarni. Usiadłam przy moim "stałym" stole i zamówiłam - jak zwykle - gorącą czekoladę. Po chwili otrzymałam swoje zamówienie. Paweł zjawił się po dosłownie minucie. Widziałam przez okno, jak szedł od strony hotelu, a wiatr rozwiewał luźne rękawy jego koszuli. Wreszcie dotarł do drzwi i wszedł do budynku. Szybko odszukał mnie wzrokiem i z uśmiechem na ustach podszedł do mojego stolika.
- Heeej - powiedziałam przeciągle, wyginając usta w nieco sztucznym uśmiechu.
Szatyn bez słowa zajął miejsce naprzeciwko mnie i przyglądał mi się badawczym wzrokiem.
- Stało się coś, prawda? - po kilkunastu sekundach zdecydował się przerwać ciszę - Potrzebujesz słuchacza?
Aż tak to widać?
- Oj, tak. - ten uśmiech już z pewnością był szczery.
- Zatem zamieniam się w słuch. - Paweł oparł łokcie na blacie, brodę na dłoniach, a ja zaczęłam swoją opowieść.
*
-... i tak to w skrócie wygląda. - westchnęłam.
Tak, powiedziałam mu o wszystkim. O Marcinie, o przeprowadzce, o adopcji. Całą historię od samego początku aż do obecnej chwili, w której przyglądam mu się w oczekiwaniu na jakąś reakcje. Może to trochę dziwne, że zwierzam się prawie obcemu człowiekowi. Ale musiałam się wygadać.
Paweł zachował kamienną twarz, ale jego oczy zdradzały wszystko. To znaczy może nie wszystko, ale wiedziałam na pewno, że moja historia nie jest mu obojętna. Nie umiem czytać z oczu, ale wiem, że przewinęło się w nich wiele uczuć. Biła z nich przede wszystkim troska. I... podziw? Tego ostatniego nie byłam pewna.
- Wow... nie wiem, co powiedzieć. - wydusił po dłuższej przerwie. Z trudem sklejał zdania. Ale nie dziwię mu się.  Skąd ja to znam.
Uśmiechnęłam się smutno. Szatyn usilnie szukał jakichś słów pocieszenia i wsparcia, ale bezskutecznie. A przynajmniej tak to wyglądało.
- Przepraszam, że musiałeś tego wszystkiego słuchać. Ale wiesz... Musiałam to komuś powiedzieć. To mnie tak... cisnęło od środka, rozumiesz.
Pokiwał głową, jednocześnie kręcąc nią lekko [niby niemożliwe, ale chyba potraficie to sobie wyobrazić :)- przyp. autorki], jakby z niedowierzaniem. Widocznie nadal był w lekkim szoku po mojej opowieści.
- Jezu, wiesz... Ciężko mi w to uwierzyć... Na twoim miejscu tu chyba bym się z mostu rzucił. - stwierdził dyplomatycznie.
- Nie, no, dzięki. - z rozbawieniem patrzyłam, jak dociera do niego sens wypowiedzianych przed chwilą słów.
- To nie miało tak zabrzmieć... Serio. Sorry, nie to miałem na myśli.
- Nie ma sprawy, spoko. - mój dobry humor momentalnie się ulotnił. - Dzięki, że mnie wysłuchałeś.
- Hej, to naprawdę nic wielkiego. - przesiadł się na krzesło obok mnie i objął ramieniem. Lekko przytulił mnie do siebie i pocieszająco klepał po placach.
Nagle pod powiekami poczułam łzy, które następnie  spłynęły po mojej twarzy.
Jeszcze chwilę trwaliśmy w uścisku. Wreszcie, gdy zapanowałam nad oczami i wypływającą z nich cieczą, odsunęłam się od niego i wymusiłam uśmiech. Paweł odwzajemnił go i gestem przywołał kelnerkę. Zapłacił za nasze zamówienia i wyszliśmy z kawiarni. Skierowaliśmy się w stronę jego hotelu. Całą drogę przebyliśmy w ciszy. Szliśmy jakiś kwadrans, napawając się słodkim zapachem bzów i azalii. Wreszcie dotarliśmy do celu. Staliśmy chwilę przed wejściem do hallu, naprzeciwko siebie.
To było nasze ostatnie spotkanie - Paweł jutro wyjeżdża.
Wyciągnęłam do niego rękę i uśmiechnęłam się - lekko, ale szczerze.
- Do widzenia Panu.
- Do zobaczenia. - poprawił mnie z uśmiechem. - Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
Prychnęłam lekko.
- Sam się będziesz o to prosił.
- Zobaczymy. - puścił moją dłoń. Za moimi plecami usłyszałam klakson samochodu. Taxi...- Ja lecę. - ostatni smile i odwrót na pięcie. Otwierając drzwi do taksówki, obejrzałam się jeszcze raz, ale Pawła już nie było. Wsiadłam do auta i podałam kierowcy adres mojego (jeszcze) domu.
Teraz czeka mnie o wiele mniej przyjemna rozmowa.


*    *    *

Oj, powinniście mnie zdrowo opie*rzyć. Cały czas odkładam w czasie tą rozmowę Mary z rodzicami, ale po prostu nie wiem, jak miałaby ona wyglądać. Nie potrafię myśleć "po dorosłemu". Przepraszam, sama jestem na siebie zła. Myślę, że w następnym rozdziale już będzie.
Pozdrawiam cieplutko i słodkich snów. xx ♥
~ green daisy

PS Hehe, a ja już mam weekend. :D