Byli tam, wszyscy.
Wszyscy, których kiedykolwiek widziałam na oczy: starzy, dorośli, dzieci i
zmarli; kobiety i mężczyźni; przyjaciele, znajomi, obcy i wrogowie. Wszyscy.
Stali tam i wszyscy się na mnie patrzyli.
Śmiali się.
Zdezorientowana, patrzyłam po nich, zatrzymując na chwilę wzrok na każdej parze oczu, ale oni nadal się śmiali. Wszyscy równocześnie podnieśli ręce i wskazali na mnie palcami. Pochyliłam głowę i wtedy zrozumiałam.
Byłam ubrana w białą suknię. Z napisem „SIEROTA”.
Byłam w szoku. Ze zdumienia szeroko otworzyłam oczy i znów spojrzałam na otaczający mnie tłum.
Teraz już się nie śmiali.
Zamiast tego skandowali to przeklęte słowo: „SIE-RO-TA! SIE-RO-TA! SIE-RO-TA!!!”
- Nie! – krzyczałam rozpaczliwie. Zacisnęłam powieki, czując zbierające się pod nimi łzy. Zasłoniłam uszy rękoma i usiałam na ziemi. Skuliłam się najmocniej jak potrafiłam, a łzy spłynęły po mojej twarzy.
Pośród dzikich krzyków tłumu usłyszałam kroki. Ktoś uklęknął przede mną. Chwycił mnie za ramiona i potrząsał.
- Nieee! – krzyczałam i próbowałam wyrwać się z uścisku silnych dłoni – Nie!
- Mary, obudź się! Mary!
Śmiali się.
Zdezorientowana, patrzyłam po nich, zatrzymując na chwilę wzrok na każdej parze oczu, ale oni nadal się śmiali. Wszyscy równocześnie podnieśli ręce i wskazali na mnie palcami. Pochyliłam głowę i wtedy zrozumiałam.
Byłam ubrana w białą suknię. Z napisem „SIEROTA”.
Byłam w szoku. Ze zdumienia szeroko otworzyłam oczy i znów spojrzałam na otaczający mnie tłum.
Teraz już się nie śmiali.
Zamiast tego skandowali to przeklęte słowo: „SIE-RO-TA! SIE-RO-TA! SIE-RO-TA!!!”
- Nie! – krzyczałam rozpaczliwie. Zacisnęłam powieki, czując zbierające się pod nimi łzy. Zasłoniłam uszy rękoma i usiałam na ziemi. Skuliłam się najmocniej jak potrafiłam, a łzy spłynęły po mojej twarzy.
Pośród dzikich krzyków tłumu usłyszałam kroki. Ktoś uklęknął przede mną. Chwycił mnie za ramiona i potrząsał.
- Nieee! – krzyczałam i próbowałam wyrwać się z uścisku silnych dłoni – Nie!
- Mary, obudź się! Mary!
Gwałtownie się wyprostowałam i otworzyłam oczy. Mój oddech
był szybki i płytki, a serce obijało mi żebra. Obok mnie siedział Aleks. W
oczach miał przerażenie.
- Mary! Boże, ale mnie przestraszyłaś! Dobrze się czujesz? Wszystko w porządku? – To chyba ja powinnam o to zapytać. Szatyn, podobnie jak ja, dyszał jak po kilkukilometrowym biegu. Trzymał mnie za ramię i próbował uspokoić swój oddech.
Oparłam głowę o zagłówek, przymknęłam oczy i lekko pokiwałam głową w odpowiedzi na jego pytanie(a). Starałam się dojść do siebie. Aleks puścił mnie i opadł na oparcie fotela. Palcami obu dłoni rysował małe kółeczka na swoich skroniach i brał głębokie wdechy.
Chyba faktycznie się przestraszył.
- Co się stało? – zapytałam drżącym głosem po chwili milczenia, kiedy minął „pierwszy szok”.
- Ty mi powiedz – Aleks nie patrzył na mnie. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w przednią szybę swojego samochodu, aktualnie stojącego na jakimś parkingu. – Jechaliśmy spokojnie, gdy nagle zaczęłaś rzucać się przez sen po siedzeniu, a później krzycz…
- Krzyczeć?! - przerwałam mu gwałtownie – Co krzyczałam?!
- „Nie, zostawcie mnie, proszę!”, coś tego typu – odwrócił wzrok od szyby i spojrzał mi w oczy – Mary, co się stało? Kto miał cię „zostawić”?
Martwił się.
Dziwne. Zna mnie jeden dzień (noc właściwie), a się martwi.
Westchnęłam głęboko. Naprawdę powinnam to nagrać albo spisać. Ile razy można powtarzać to samo? Przeniosłam wzrok na moje drżące, splecione palce.
- Chyba musiałabym zacząć od początku… - niemal wyszeptałam.
- A może wejdziemy do jakiejś kawiarni i spokojnie porozmawiamy, hm? – zaproponował łagodnym głosem. Odpowiedziałam tylko niepewne: „Okay” i wysiedliśmy z samochodu.
Rozejrzałam się dookoła. Byliśmy na jakimś rynku – wzdłuż ulic z „kocimi łbami” stały, przytulone do siebie, wąskie, piętrowe kamieniczki. Ich ściany frontowe były przepięknie zdobione wymyślnymi malowidłami. Nikłe światło latarni nadawało temu miejscu swoistego klimatu tajemniczości.
Nagle zawiał lekki wiatr. Dopiero wtedy spostrzegłam, że nadal mam na sobie tylko pidżamę i moje zielone kapcie.
- Aleks – przeciągnęłam delikatnie drugą spółgłoskę. Ten odwrócił się do mnie i w niemym pytaniu podniósł brwi. – Masz może jakąś zapasową bluzę? – spojrzałam na niego znacząco.
Aleks strzelił majestatycznego facepalma i, otworzywszy bagażnik swojego pojazdu, rozpoczął poszukiwania… czegoś. Po chwili z zadowoleniem zamknął klapę, w ręku trzymał czarne zawiniątko.
- Łap! – rzucił to „coś” w moim kierunku. Moja jakże perfekcyjnie rozwinięta koordynacja ruchowa umożliwiła mi złapanie czarnego przedmiotu, zanim możliwym bliższym spotkaniem z ziemią. Rozwinęłam materiał i podniosłam go na wysokość oczu. To było… duże.
- Co tak stoisz? Zakładaj – nagle przede mną zmaterializował się Aleks. Z westchnieniem włożyłam ręce w rękawy bluzy i naciągnęłam ją przez głowę. Kaptur zasłaniał mi całą twarz, a rękawy luźno zwisały. Usłyszałam cichy, nieskutecznie tłumiony śmiech.
Zdjęłam kaptur z głowy i spojrzałam po sobie. Bluza Aleksa sięgała moich kolan, a wewnątrz niej, razem ze mną, zmieściłby się tam pięciokilowy worek ziemniaków. Podniosłam ręce na boki.
Wyglądałam jak nietoperz.
- Ha ha ha – zaśmiałam się sarkastycznie, patrząc na Aleksa spod przymkniętych powiek, ale ten nic sobie z tego nie robił. Nie zważając na niego, podciągnęłam rękawy do łokci i oparłam ręce na biodrach z miną Superbohatera. Nie minęła sekunda, a wraz z szatynem zanosiłam się niepohamowanym śmiechem. Ciężko było nam się uspokoić, dopiero po kilku minutach mogliśmy ruszyć w drogę.
Niebo było jeszcze dość ciemne, choć z jednej strony chmury zaczęły przybierać jaśniejsze odcienie – świtało. Mimo tak wczesnej pory dnia, nie była tak zimno jak kilka godzin temu. Okna w co poniektórych kamienicach były oświetlone, jednak na ulicy panowała cisza. Kilka sklepów i małych jadłodajni, bank, sklep zoologiczny, odzieżowy, księgarnia. Niby stary rynek, a wcale nie jest tu tak staro.
- Aleks – zwróciłam na siebie jego uwagę – gdzie my jesteśmy? Co to w ogóle za miasto?
Chłopak wzruszył ramionami, co chyba miało oznaczać „nie wiem”. Stanął w miejscu i rozglądał się przez chwilę, aż dostrzegł jakąś tablicę. Podszedł do niej, a ja podążyłam za nim. Tablica przedstawiała mapę miasta, ale nie mogłam dojrzeć jego nazwy. Na szczęście Aleks rozwiązał wszelkie moje wątpliwości. No… powiedzmy.
- Chojnice… Jesteśmy w Chojnicach [tak to się odmienia? – przyp. autorki].
Kto wymyśla te nazwy przemknęło mi przez myśl. Chociaż w jego ustach brzmi to całkiem…
Cisza! Te cholerne, nieproszone myśli!
- To co, idziemy? – poczułam palce chwytające mój nadgarstek. Ocknęłam się z zamyślenia i przytaknęłam ruchem głowy. Podeszliśmy do jakiejś małej kawiarenki. Dziwne, że są otwarte o szóstej rano, ale co tam. Aleks, jak prawdziwy gentelman, przepuścił mnie w drzwiach. Weszłam do środka.
Skądś to znam zaśmiałam się w duchu, bo wystój Sali rzeczywiście był mi znany.
ChocoCafe.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Coś nie tak? – głos Aleksa, po raz kolejny, wyrwał mnie z zamyślenia.
- Nie, skąd – odwróciłam głowę w jego stronę i posłałam mu rozbawione spojrzenie – Chodź.
Usiedliśmy przy jednym z czteroosobowych stolików, koło okna wychodzącego na ulicę.
- Nie możesz się tak o wszystko martwić… - zaczęłam go uspokajać, bo znów nerwowo rozglądał się na boki, ale mi przerwał.
- Muszę. Jestem za ciebie odpowiedzialny.
Zdziwiona, podniosłam brwi.
- Za mnie? Proszę cię, mam już szesnaście lat – lekko naciągnęłam – sama mogę za siebie odpowiadać, a…
- Nie możesz – ponownie mi przerwał – jesteś zakładniczką, a ja porywaczem. Twoje życie jest w moich rękach.
Zabrzmiało groźnie.
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, ale właśnie w tym momencie podeszła do nas kelnerka. Złożyliśmy swoje zamówienia, a kobieta odeszła od naszego stolika.
- Tak w ogóle, gdzie są te Chojnice? – zaczęłam rozmowę na przyjemniejszy dla mnie niż poprzednio temat.
- Niecałe 200 kilometrów na północ od Poznania.
Ale jak to? szeroko otworzyłam oczy.
- To nie jedziemy do Krakowa? - teraz to on się gapił.
- A dlaczego do Krakowa? – zapytał, zdziwiony.
Kiedy nie odpowiedziałam, tylko odwróciłam głowę do okna i patrzyłam przez nie na zewnątrz, ponowił pytanie.
- Dlaczego akurat do Krakowa? – jego zdziwienie zamieniło się w ciekawość.
Ja jednak nadal nie odpowiadałam. Nie byłam zła ani obrażona, po prostu nie miałam siły opowiadać całej tej historii po raz kolejny. Czwarty konkretnie.
I już po raz drugi dzisiaj wybawiła mnie kelnerka, która przyniosła nasze zamówienia – Aleksowi kawę i sernik (Mmm, jakie zdrowe śniadanko), a mnie herbatę owocową. Ciemnobrązowe oczy szatyna rozszerzyły się na widok jedzenia, na które omal się nie rzucił. Kiedy kelnerka poszła, Aleks zaczął pożerać swoje ciasto, jakby przez rok nic nie jadł. O dziwo, uszy mu się nie trzęsły.
Patrzyłam na niego z politowaniem – zachowuje się jak kilkuletnie dziecko, chociaż ma już… no właśnie. Ile on tak właściwie ma lat?
- Aleks – ten nieprzerwanie zajadał się sernikiem, więc ciągnęłam dalej – z którego rocznika jesteś?
- Dziewięć cztery, konkretnie ósmy marca. A czemu? – odpowiedział z pełnymi ustami, patrząc na mnie ciekawsko.
- Nie, nic, tak z ciekawości pytam.
W milczeniu pokiwał głową, ale zaraz rzucił kolejny temat.
- A o co chodzi z tym Krakowem?
Westchnęłam przeciągle.
Trafił swój na swego usłyszałam ten wredny głos gdzieś z tyłu mojej głowy.
- Bo miałam się tam przeprowadzić? – po chwili wahania zdecydowałam się na odpowiedź.
Tylko błagam, nie pytaj „dlaczego” prosiłam w myślach.
- A dlaczego? – ręce mi opadły. Spojrzałam z niedowierzaniem na siedzącego naprzeciwko mnie chłopaka, który patrzył na mnie z ciekawością i oczekiwaniem.
Boże, za co?
- Czyli nie dasz się spławić – zaśmiałam się – To teraz usiądź wygodnie i słuchaj uważnie.
Aleks wygiął usta w uśmiechu.
- Mary! Boże, ale mnie przestraszyłaś! Dobrze się czujesz? Wszystko w porządku? – To chyba ja powinnam o to zapytać. Szatyn, podobnie jak ja, dyszał jak po kilkukilometrowym biegu. Trzymał mnie za ramię i próbował uspokoić swój oddech.
Oparłam głowę o zagłówek, przymknęłam oczy i lekko pokiwałam głową w odpowiedzi na jego pytanie(a). Starałam się dojść do siebie. Aleks puścił mnie i opadł na oparcie fotela. Palcami obu dłoni rysował małe kółeczka na swoich skroniach i brał głębokie wdechy.
Chyba faktycznie się przestraszył.
- Co się stało? – zapytałam drżącym głosem po chwili milczenia, kiedy minął „pierwszy szok”.
- Ty mi powiedz – Aleks nie patrzył na mnie. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w przednią szybę swojego samochodu, aktualnie stojącego na jakimś parkingu. – Jechaliśmy spokojnie, gdy nagle zaczęłaś rzucać się przez sen po siedzeniu, a później krzycz…
- Krzyczeć?! - przerwałam mu gwałtownie – Co krzyczałam?!
- „Nie, zostawcie mnie, proszę!”, coś tego typu – odwrócił wzrok od szyby i spojrzał mi w oczy – Mary, co się stało? Kto miał cię „zostawić”?
Martwił się.
Dziwne. Zna mnie jeden dzień (noc właściwie), a się martwi.
Westchnęłam głęboko. Naprawdę powinnam to nagrać albo spisać. Ile razy można powtarzać to samo? Przeniosłam wzrok na moje drżące, splecione palce.
- Chyba musiałabym zacząć od początku… - niemal wyszeptałam.
- A może wejdziemy do jakiejś kawiarni i spokojnie porozmawiamy, hm? – zaproponował łagodnym głosem. Odpowiedziałam tylko niepewne: „Okay” i wysiedliśmy z samochodu.
Rozejrzałam się dookoła. Byliśmy na jakimś rynku – wzdłuż ulic z „kocimi łbami” stały, przytulone do siebie, wąskie, piętrowe kamieniczki. Ich ściany frontowe były przepięknie zdobione wymyślnymi malowidłami. Nikłe światło latarni nadawało temu miejscu swoistego klimatu tajemniczości.
Nagle zawiał lekki wiatr. Dopiero wtedy spostrzegłam, że nadal mam na sobie tylko pidżamę i moje zielone kapcie.
- Aleks – przeciągnęłam delikatnie drugą spółgłoskę. Ten odwrócił się do mnie i w niemym pytaniu podniósł brwi. – Masz może jakąś zapasową bluzę? – spojrzałam na niego znacząco.
Aleks strzelił majestatycznego facepalma i, otworzywszy bagażnik swojego pojazdu, rozpoczął poszukiwania… czegoś. Po chwili z zadowoleniem zamknął klapę, w ręku trzymał czarne zawiniątko.
- Łap! – rzucił to „coś” w moim kierunku. Moja jakże perfekcyjnie rozwinięta koordynacja ruchowa umożliwiła mi złapanie czarnego przedmiotu, zanim możliwym bliższym spotkaniem z ziemią. Rozwinęłam materiał i podniosłam go na wysokość oczu. To było… duże.
- Co tak stoisz? Zakładaj – nagle przede mną zmaterializował się Aleks. Z westchnieniem włożyłam ręce w rękawy bluzy i naciągnęłam ją przez głowę. Kaptur zasłaniał mi całą twarz, a rękawy luźno zwisały. Usłyszałam cichy, nieskutecznie tłumiony śmiech.
Zdjęłam kaptur z głowy i spojrzałam po sobie. Bluza Aleksa sięgała moich kolan, a wewnątrz niej, razem ze mną, zmieściłby się tam pięciokilowy worek ziemniaków. Podniosłam ręce na boki.
Wyglądałam jak nietoperz.
- Ha ha ha – zaśmiałam się sarkastycznie, patrząc na Aleksa spod przymkniętych powiek, ale ten nic sobie z tego nie robił. Nie zważając na niego, podciągnęłam rękawy do łokci i oparłam ręce na biodrach z miną Superbohatera. Nie minęła sekunda, a wraz z szatynem zanosiłam się niepohamowanym śmiechem. Ciężko było nam się uspokoić, dopiero po kilku minutach mogliśmy ruszyć w drogę.
Niebo było jeszcze dość ciemne, choć z jednej strony chmury zaczęły przybierać jaśniejsze odcienie – świtało. Mimo tak wczesnej pory dnia, nie była tak zimno jak kilka godzin temu. Okna w co poniektórych kamienicach były oświetlone, jednak na ulicy panowała cisza. Kilka sklepów i małych jadłodajni, bank, sklep zoologiczny, odzieżowy, księgarnia. Niby stary rynek, a wcale nie jest tu tak staro.
- Aleks – zwróciłam na siebie jego uwagę – gdzie my jesteśmy? Co to w ogóle za miasto?
Chłopak wzruszył ramionami, co chyba miało oznaczać „nie wiem”. Stanął w miejscu i rozglądał się przez chwilę, aż dostrzegł jakąś tablicę. Podszedł do niej, a ja podążyłam za nim. Tablica przedstawiała mapę miasta, ale nie mogłam dojrzeć jego nazwy. Na szczęście Aleks rozwiązał wszelkie moje wątpliwości. No… powiedzmy.
- Chojnice… Jesteśmy w Chojnicach [tak to się odmienia? – przyp. autorki].
Kto wymyśla te nazwy przemknęło mi przez myśl. Chociaż w jego ustach brzmi to całkiem…
Cisza! Te cholerne, nieproszone myśli!
- To co, idziemy? – poczułam palce chwytające mój nadgarstek. Ocknęłam się z zamyślenia i przytaknęłam ruchem głowy. Podeszliśmy do jakiejś małej kawiarenki. Dziwne, że są otwarte o szóstej rano, ale co tam. Aleks, jak prawdziwy gentelman, przepuścił mnie w drzwiach. Weszłam do środka.
Skądś to znam zaśmiałam się w duchu, bo wystój Sali rzeczywiście był mi znany.
ChocoCafe.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Coś nie tak? – głos Aleksa, po raz kolejny, wyrwał mnie z zamyślenia.
- Nie, skąd – odwróciłam głowę w jego stronę i posłałam mu rozbawione spojrzenie – Chodź.
Usiedliśmy przy jednym z czteroosobowych stolików, koło okna wychodzącego na ulicę.
- Nie możesz się tak o wszystko martwić… - zaczęłam go uspokajać, bo znów nerwowo rozglądał się na boki, ale mi przerwał.
- Muszę. Jestem za ciebie odpowiedzialny.
Zdziwiona, podniosłam brwi.
- Za mnie? Proszę cię, mam już szesnaście lat – lekko naciągnęłam – sama mogę za siebie odpowiadać, a…
- Nie możesz – ponownie mi przerwał – jesteś zakładniczką, a ja porywaczem. Twoje życie jest w moich rękach.
Zabrzmiało groźnie.
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, ale właśnie w tym momencie podeszła do nas kelnerka. Złożyliśmy swoje zamówienia, a kobieta odeszła od naszego stolika.
- Tak w ogóle, gdzie są te Chojnice? – zaczęłam rozmowę na przyjemniejszy dla mnie niż poprzednio temat.
- Niecałe 200 kilometrów na północ od Poznania.
Ale jak to? szeroko otworzyłam oczy.
- To nie jedziemy do Krakowa? - teraz to on się gapił.
- A dlaczego do Krakowa? – zapytał, zdziwiony.
Kiedy nie odpowiedziałam, tylko odwróciłam głowę do okna i patrzyłam przez nie na zewnątrz, ponowił pytanie.
- Dlaczego akurat do Krakowa? – jego zdziwienie zamieniło się w ciekawość.
Ja jednak nadal nie odpowiadałam. Nie byłam zła ani obrażona, po prostu nie miałam siły opowiadać całej tej historii po raz kolejny. Czwarty konkretnie.
I już po raz drugi dzisiaj wybawiła mnie kelnerka, która przyniosła nasze zamówienia – Aleksowi kawę i sernik (Mmm, jakie zdrowe śniadanko), a mnie herbatę owocową. Ciemnobrązowe oczy szatyna rozszerzyły się na widok jedzenia, na które omal się nie rzucił. Kiedy kelnerka poszła, Aleks zaczął pożerać swoje ciasto, jakby przez rok nic nie jadł. O dziwo, uszy mu się nie trzęsły.
Patrzyłam na niego z politowaniem – zachowuje się jak kilkuletnie dziecko, chociaż ma już… no właśnie. Ile on tak właściwie ma lat?
- Aleks – ten nieprzerwanie zajadał się sernikiem, więc ciągnęłam dalej – z którego rocznika jesteś?
- Dziewięć cztery, konkretnie ósmy marca. A czemu? – odpowiedział z pełnymi ustami, patrząc na mnie ciekawsko.
- Nie, nic, tak z ciekawości pytam.
W milczeniu pokiwał głową, ale zaraz rzucił kolejny temat.
- A o co chodzi z tym Krakowem?
Westchnęłam przeciągle.
Trafił swój na swego usłyszałam ten wredny głos gdzieś z tyłu mojej głowy.
- Bo miałam się tam przeprowadzić? – po chwili wahania zdecydowałam się na odpowiedź.
Tylko błagam, nie pytaj „dlaczego” prosiłam w myślach.
- A dlaczego? – ręce mi opadły. Spojrzałam z niedowierzaniem na siedzącego naprzeciwko mnie chłopaka, który patrzył na mnie z ciekawością i oczekiwaniem.
Boże, za co?
- Czyli nie dasz się spławić – zaśmiałam się – To teraz usiądź wygodnie i słuchaj uważnie.
Aleks wygiął usta w uśmiechu.
* * *
Cześć i czołem! : *
Wybaczcie, że tak późno, rozdział gotowy od tygodnia, ale nie znalazłam wolnej chwili, żeby go przepisać. Dlatego dopiero teraz.
Rozdział mi się nie podoba, cały czas coś kręcę, realizuję każdy pomysł, który wpadnie mi do głowy, a w ogóle nie patrzę na konsekwencje. (Czas na gratulacje od fanów :P) Wiem jednak, jak skończy się to opowiadanie (mam nadzieję, że kiedyś dobiję do końca) i mam nadzieję, że w tej kwestii nic się nie zmieni.
I na dziś to chyba byłoby wszystko.
Pozdrawiam Was, Stokrotki! : *
Miłego tygodnia. : ) xx
Wybaczcie, że tak późno, rozdział gotowy od tygodnia, ale nie znalazłam wolnej chwili, żeby go przepisać. Dlatego dopiero teraz.
Rozdział mi się nie podoba, cały czas coś kręcę, realizuję każdy pomysł, który wpadnie mi do głowy, a w ogóle nie patrzę na konsekwencje. (Czas na gratulacje od fanów :P) Wiem jednak, jak skończy się to opowiadanie (mam nadzieję, że kiedyś dobiję do końca) i mam nadzieję, że w tej kwestii nic się nie zmieni.
I na dziś to chyba byłoby wszystko.
Pozdrawiam Was, Stokrotki! : *
Miłego tygodnia. : ) xx
Naprawdę mi się spodobał. Dawno nie zaglądałam na Twoje blogi i teraz bardzo żałuję, bo zawsze po przeczytaniu danego rozdziału się uśmiecham. Nieważne czy jest smutny czy nie. Po prostu uświadamiam się w fakcie, że są na świecie osoby, które swoją twórczością są w stanie tyle przekazać. Nie jestem chyba w stanie napisać nic więcej, bo zawsze na końcu jestem oszołomiona, zaskoczona czy najprościej rzecz ujmując zatyka mnie z zachwytu. Pisz dalej i nigdy nie przestawaj! Pozdrawiam cieplutko i bardzo dużo weny SAM C:
OdpowiedzUsuńZapraszam również do wyrażania opisani na temat nowych postów na blogu LYE. Za każdy komentarz postaram się odwdzięczyć :) www.lastyearwithlou.blogspot.com