Obudziło mnie dzwonienie… czegoś. Było to tak uporczywe i
nieprzyjemne dla uszu, że – chcąc, nie chcąc – musiałam się obudzić. Przetarłam
zmęczone oczy, ale nadal nie mogłam nic dojrzeć – w pokoju było ciemno.
Wyciągnęłam rękę spod cieplutkiej kołdry i chwilę przesuwałam dłonią po
drewnianej powierzchni szafki nocnej w poszukiwaniu telefonu. Poczułam pod
palcami chłodny metal, więc pochwyciłam go i odblokowałam w celu sprawdzenia
godziny. Zerknęłam w prawy górny róg ekranu…
CO?! Wpół do trzeciej nad ranem?! Czy ktoś jest chory psychicznie?!
Usiadłam gwałtownie na łóżku, o mało nie uderzając głową w pochyły sufit. Spuściłam nogi na podłogą, włożyłam na stopy moje mięciutkie kapcie-żaby i wstałam z hotelowego łóżka. Kilka kroków, drzwi, krótki korytarz, zakręt w lewo, przejście przez salon, zakręt w prawo i ponownie drzwi. Nie wyglądając przez wizjer (drzwi najzwyczajniej nie były w niego zaopatrzone) odkluczyłam zamek i z rozmachem otworzyłam drewniany prostokąt.
Jako, że światło nigdzie nie było zapalone, a za drzwiami było jeszcze ciemniej, zauważenie czegokolwiek znajdującego się na korytarzu zajęło mi dobrą chwilę.
- Słucham? – spytałam uprzejmie z kwaśnym uśmiechem na ustach, niemal zasypiając na stojąco.
- Dzień dobry – odpowiedział mi niski, męski głos. Po chwili poczułam silne odepchnięcie; wpadłam na ścianę. Gość najwyraźniej sam się wprosił. Usłyszałam szybkie kroki i chrzęst piasku na drewnianych panelach. Zszokowana całą sytuacją, jak w jakimś transie, zamknęłam i zakluczyłam drzwi. Skierowałam się do kuchni, skąd dochodziły mnie jakieś odgłosy. Weszłam do pomieszczenia i natychmiast się zatrzymałam. Gwałtownie zamknęłam oczy, przysłaniając je ręką przed rażącym światłem lampy, i szukałam po omacku wyłącznika na ścianie. Pstryk! Udało się.
- Ej! – głośny krzyk pośród ciszy nocy sprawił, że podskoczyłam w miejscu. Usłyszałam szelest i ponownie kroki. Podniosłam wzrok i ujrzałam zarysy jakiejś postaci o trzy kroki przede mną – Co Ty wyprawiasz?! Ja tu czegoś szukam!
- A ja chciałam się tu wyspać! Czego niby możesz szukać w środku nocy w MOIM pokoju?! – odpowiedziałam wrzaskiem.
Moje oczy wreszcie przyzwyczaiły się do panującej wokoło ciemności. Dochodzące z przysłoniętego firanką okna światło latarni ulicznej rozpraszało panujący wszędzie mrok. Przede mną stał wysoki, barczysty mężczyzna o krótkich, rozczochranych włosach. Był wyższy ode mnie o głowę i z pewnością o wiele silniejszy.
- Nie twój interes. Przeszkadzasz mi, wyjdź stąd.
Że co, do cholery?! Niech mnie ktoś przytrzyma, bo nie ręczę za siebie!
- Masz czelność mówić mi, co mam robić?! Jeszcze czego! To TY masz stąd wyjść, bo wezwę policję! – w tym momencie byłam najzupełniej poważna, a mimo to odpowiedział mi głośny, chrapliwy śmiech, który szybko ucichł.
- Słuchaj uważnie, mała, bo powiem to tylko raz i nie będę więcej powtarzał. Wynoś się stąd natychmiast, jeśli Ci życie miłe.
Tym razem to ja się zaśmiałam.
- Chyba śnisz! Nie ruszam się stąd, dopóki TY nie wyjdziesz! – dumnie uniosłam podbródek i założyłam ręce na piersi. Chłodnymi palcami dotknęłam odkrytych ramion. No tak – ciągle byłam w pidżamie. Spodnie do kolan i bluzka na cienkich ramiączkach to niezbyt dobry strój na tak chłodną noc. Mimowolnie zadrżałam.
- A co powiesz teraz? – głos mojego nieproszonego „gościa” pokrył się ze zgrzytem metalu i grubej skóry. Mężczyzna wyjął coś ze skórzanej torby i podniósł na wysokość moich oczu. Słabe światło odbijało się od metalowej, gładkiej niczym lustro powierzchni.
Nóż.
Oczy momentalnie mi się rozszerzyły, a serce na chwilę zamarło. Nerwowo przełykałam ślinę, czując narastającą w gardle gulę.
- Możemy to załatwić pokojowo, ale możemy też nieco bardziej oryginalnie. Wybieraj.
Poczułam nagły przypływ adrenaliny.
Nie będziesz w taki sposób pogrywał. Nie ze mną.
Nonszalancko przechyliłam głowę i spojrzałam na niego z politowaniem. Już otwierałam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale coś mi przerwało.
Był to głośny huk, od którego oboje podskoczyliśmy. Rozległy się głośne okrzyki i tupot ciężkiego obuwia. Odwróciłam się w stronę drzwi i już chciałam tam ruszyć, gdy poczułam silne szarpnięcie za ramię. Jakaś siła pociągnęła mnie do tyłu. Cofnęłam się kilka kroków, aż na plecach poczułam silną przeszkodę. Poczułam jedną dłoń zatykającą mi usta, a drugą krępującą mnie w pasie. Próbowałam wyszarpnąć się z tego żelaznego uścisku, ale nie byłam w stanie nic zrobić.
- I widzisz, co narobiłaś?! – Jasne, wszystko zwal na mnie - Bądź grzeczna, a nic ci się nie stanie. – wysyczał wprost do mojego ucha. Wykorzystując chwilę nieuwagi mężczyzny wyrwałam jedną rękę i z całej siły wbiłam łokieć w brzuch napastnika. Ten zgiął się lekko, nie wypuszczając mnie jednak z uścisku, i zaklął pod nosem.
- Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbą. – powiedział złowieszczo. Znów uwięził moją rękę, przyciskając ją do mojego brzucha. Zacisnęłam palce na jego przedramieniu najmocniej jak potrafiłam. Ten odpowiedział mocniejszym ściśnięciem w pasie. Zrezygnowana puściłam jego rękę i lekko odwróciłam głowę w jego stroną, posyłając mu mrożące spojrzenie.
Ten tylko uśmiechnął się lekko z wyraźną satysfakcją i poluźnił uścisk na brzuchu. Moje wnętrzności wróciły na swoje miejsca, a ja wzięłam głębszy oddech.
Nie minęły dwie sekundy, a drzwi kuchenne otworzyły się z rozmachem i uderzyły w ścianę. W progu dojrzałam kilka bliżej nieokreślonych postaci, które w kilka sekund otoczyły nas ze wszystkich stron.
- Rzuć broń, jesteś otoczony!
Rozbłysło światło.
Pięć postaci. Pięć rewolwerów skierowanych w naszą stronę. Pięć par oczu, wpatrujących się w nas z najwyższą uwagą.
Zacisnęłam powieki, krzywiąc się z bólu przed oślepiającym światłem. Poczułam, jak ręka zatykająca moje usta puszcza. Cichy szelest, a potem chłodny metal na gardle. Po raz kolejny zadrżałam.
Nóż.
- Jedno słowo, a ona zginie - mój napastnik wcale nie zamierzał się poddać, wręcz przeciwnie.
Ups. Niedobrze.
Zaczęłam się trząść. Nie bałam się, co było dla mnie wręcz szokujące, a mimo to dygotałam na całym ciele. Dlaczego?
Policjancie spoglądali po sobie i po kolei odkładali rewolwery na podłogę. Podnieśli ręce, tym samym się poddając. Wpatrywali się w nas w niemym oczekiwaniu.
- Jeśli usłyszę choćby szelest, zabiją ją – prawie zapomniałam o obejmującym mnie w pasie i przykładającym narzędzie do szyi mężczyźnie. Poczułam lekkie ciągnięcie do tyłu, więc poddałam się jemu. Szłam do tyłu, ciągnięta przez „gościa”, który okazał się być niebezpiecznym zbiegiem, poszukiwanym przez policję. Kilka kroków w tył, ostry zakręt, znów kilka kroków i zatrzymanie. Z kuchni nie dochodził mnie żaden, choćby najcichszy, odgłos. Przekręcenie klucza w zamku, skrzypnięcie drzwi i znowu ciągnięcie. Doczłapaliśmy do windy, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Czułam dziwną satysfakcję i odwagę. Mężczyzna odjął nóż od mojej szyi i poluźnił uścisk w pasie.
- Widzisz? – wyszeptał cicho – Jak chcesz, to potrafisz.
Spojrzałam na niego z politowaniem, ale nie odezwałam się ani słowem. Wsiedliśmy do windy, która właśnie przyjechała. Porywacz wcisnął przycisk z literką „P” i oparł się o czerwoną ścianę, nadal trzymając mnie w pasie.
- Mógłbyś mnie puścić z łaski swojej? – zapytałam, tracąc powoli cierpliwość. Mężczyzna pokręcił głową, wykrzywiając usta w uśmiechu.
- Bo? - ten tylko wyszczerzył zęby.
Kiedy tak się uśmiechał nie wyglądał wcale tak groźnie. Wydaje się być miły przemknęło mi przez myśl. I jest nawet przystojny.
Uśmiechnęłam się do swoich myśli i przyjrzałam mu się z zaciekawieniem.
Bardzo przystojny. I wcale nie taki stary.
- Wiem, że jestem piękny, nie musisz mi tego powtarzać milion razy – wróciłam do rzeczywistości i po chwili dotarł do mnie sens wypowiedzianych przez porywacza słów. Szczerzył się do mnie, a w jego piwnych oczach dojrzałam iskierki radości.
Przewróciłam oczami i spojrzałam na niego, jakby był chory psychicznie, kręcąc przy tym głową.
Jak dziecko.
- Dokąd mnie zabierasz? – zmieniłam temat, przyglądając mu się ze szczerym uśmiechem. Odpowiedział mi tym samym.
- Niespodzianka – i puścił mi oczko.
Usłyszałam cichy sygnał, informujący dojazd windy do końca zaplanowanej trasy. Rozsuwane drzwi otworzyły się bezszelestnie, ukazując pusty, oświetlony ściennymi lampkami hall hotelu. Po raz kolejny dzisiaj ciągnięta wyszłam z windy. Mężczyźnie chyba zależało na czasie, bo bez zbędnych ceregieli wziął mnie na ręce i szybkim krokiem skierował się do wyjścia. Podniosłam brwi, a ten tylko uśmiechnął się i dalej brnął przed siebie. Kopniakiem otworzył drzwi wyjściowe i wyszedł na zewnątrz. Natychmiast uderzył w nas chłód nocy. Zimny wiatr targał za włosy i docierał wszędzie. Zadrżałam, tym razem z zimna.
Nadal byłam w pidżamie.
Porywacz chyba poczuł, jak dygoczę w jego ramionach, więc przyspieszył kroku i przycisnął mnie mocniej do siebie.
Drżałam na całym ciele. Na dworze niecałe dziesięć stopni, a ja nie mam nawet długiego rękawa. Cienka pidżama to naprawdę nie jest dobry pomysł na tak chłodną noc. Mimo woli trzęsłam się jeszcze bardziej, zęby szczękały, a na skórze pojawiła się gęsia skórka.
Wreszcie dotarliśmy do celu. Mężczyzna postawił mnie na ziemi, a sam wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył samochód. Nie byłam wstanie postąpić ani kroku, stałam tam więc i zamieniałam się w żywy sopel lodu. Porywacz otworzył drzwi samochodu od strony pasażera i spojrzał na mnie zachęcająco.
Nie myślałam wtedy o tym, że jestem porywana jako zakładniczka.
Nie myślałam wtedy o tym, że wsiadam do wozu obcego człowieka.
Nie myślałam wtedy o tym, że może mnie on wywieźć nie wiadomo gdzie.
Nie myślałam wtedy o tym, jak strasznie się boję.
Myślałam tylko, jak strasznie mi zimno.
Mój nocny „gość” przyglądał mi się z troską i niepokojem. Delikatnie pociągnął mnie za rękę i pomógł usadowić się w samochodzie. Zapiął mi pas i zamknął drzwi z lekkim trzaskiem. Potem obszedł samochód dookoła i usiadł za kierownicą. Przekręcił kluczyk w stacyjce, a silnik zamruczał, niczym wyspany kocur. Ruszyliśmy.
Podciągnęłam nogi pod brodę i objęłam kolana drżącymi rękoma. Skuliłam się najmocniej jak umiałam i starałam się nie myśleć o zimnie. Zacisnęłam oczy. Po chwili poczułam coś miękkiego na ramionach. Otworzyłam ślepia - mężczyzna przykrywał mnie grubym, fioletowym, ciepłym kocem. Wtuliłam się w niego i od razu było mi cieplej. Uśmiechnęłam się lekko.
- Lepiej trochę? – usłyszałam cichy głos. Odwróciłam głowę w lewo i spojrzałam na porywacza. Lustrował mnie wzrokiem z wyraźnym lękiem, jeśli mogę to tak nazwać.
Pokiwałam głowo i ziewnęłam szeroko.
- Do szczęścia potrzebuję jeszcze tylko kubek gorącej czekolady i jakiś dobry film.
Chłopak (nie będę go dłużej postarzać) zaśmiał się głośno i pokręcił głową, szczerząc się do przedniej szyby.
- Nie przedstawiłem się. Jestem Aleks. A Ty? – rzucił mi krótkie spojrzenie.
- Mary… - powiedziałam cicho – jeszcze – dodałam po chwili.
- Czemu jeszcze? – zmarszczył brwi.
Westchnęłam cicho, czując jak kleją mi się powieki.
- Jutro – ziewnęłam ponownie i oparłam głowę o nagłówek. Zamknęłam oczy i udałam się do krainy snów.
* * *
CO?! Wpół do trzeciej nad ranem?! Czy ktoś jest chory psychicznie?!
Usiadłam gwałtownie na łóżku, o mało nie uderzając głową w pochyły sufit. Spuściłam nogi na podłogą, włożyłam na stopy moje mięciutkie kapcie-żaby i wstałam z hotelowego łóżka. Kilka kroków, drzwi, krótki korytarz, zakręt w lewo, przejście przez salon, zakręt w prawo i ponownie drzwi. Nie wyglądając przez wizjer (drzwi najzwyczajniej nie były w niego zaopatrzone) odkluczyłam zamek i z rozmachem otworzyłam drewniany prostokąt.
Jako, że światło nigdzie nie było zapalone, a za drzwiami było jeszcze ciemniej, zauważenie czegokolwiek znajdującego się na korytarzu zajęło mi dobrą chwilę.
- Słucham? – spytałam uprzejmie z kwaśnym uśmiechem na ustach, niemal zasypiając na stojąco.
- Dzień dobry – odpowiedział mi niski, męski głos. Po chwili poczułam silne odepchnięcie; wpadłam na ścianę. Gość najwyraźniej sam się wprosił. Usłyszałam szybkie kroki i chrzęst piasku na drewnianych panelach. Zszokowana całą sytuacją, jak w jakimś transie, zamknęłam i zakluczyłam drzwi. Skierowałam się do kuchni, skąd dochodziły mnie jakieś odgłosy. Weszłam do pomieszczenia i natychmiast się zatrzymałam. Gwałtownie zamknęłam oczy, przysłaniając je ręką przed rażącym światłem lampy, i szukałam po omacku wyłącznika na ścianie. Pstryk! Udało się.
- Ej! – głośny krzyk pośród ciszy nocy sprawił, że podskoczyłam w miejscu. Usłyszałam szelest i ponownie kroki. Podniosłam wzrok i ujrzałam zarysy jakiejś postaci o trzy kroki przede mną – Co Ty wyprawiasz?! Ja tu czegoś szukam!
- A ja chciałam się tu wyspać! Czego niby możesz szukać w środku nocy w MOIM pokoju?! – odpowiedziałam wrzaskiem.
Moje oczy wreszcie przyzwyczaiły się do panującej wokoło ciemności. Dochodzące z przysłoniętego firanką okna światło latarni ulicznej rozpraszało panujący wszędzie mrok. Przede mną stał wysoki, barczysty mężczyzna o krótkich, rozczochranych włosach. Był wyższy ode mnie o głowę i z pewnością o wiele silniejszy.
- Nie twój interes. Przeszkadzasz mi, wyjdź stąd.
Że co, do cholery?! Niech mnie ktoś przytrzyma, bo nie ręczę za siebie!
- Masz czelność mówić mi, co mam robić?! Jeszcze czego! To TY masz stąd wyjść, bo wezwę policję! – w tym momencie byłam najzupełniej poważna, a mimo to odpowiedział mi głośny, chrapliwy śmiech, który szybko ucichł.
- Słuchaj uważnie, mała, bo powiem to tylko raz i nie będę więcej powtarzał. Wynoś się stąd natychmiast, jeśli Ci życie miłe.
Tym razem to ja się zaśmiałam.
- Chyba śnisz! Nie ruszam się stąd, dopóki TY nie wyjdziesz! – dumnie uniosłam podbródek i założyłam ręce na piersi. Chłodnymi palcami dotknęłam odkrytych ramion. No tak – ciągle byłam w pidżamie. Spodnie do kolan i bluzka na cienkich ramiączkach to niezbyt dobry strój na tak chłodną noc. Mimowolnie zadrżałam.
- A co powiesz teraz? – głos mojego nieproszonego „gościa” pokrył się ze zgrzytem metalu i grubej skóry. Mężczyzna wyjął coś ze skórzanej torby i podniósł na wysokość moich oczu. Słabe światło odbijało się od metalowej, gładkiej niczym lustro powierzchni.
Nóż.
Oczy momentalnie mi się rozszerzyły, a serce na chwilę zamarło. Nerwowo przełykałam ślinę, czując narastającą w gardle gulę.
- Możemy to załatwić pokojowo, ale możemy też nieco bardziej oryginalnie. Wybieraj.
Poczułam nagły przypływ adrenaliny.
Nie będziesz w taki sposób pogrywał. Nie ze mną.
Nonszalancko przechyliłam głowę i spojrzałam na niego z politowaniem. Już otwierałam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale coś mi przerwało.
Był to głośny huk, od którego oboje podskoczyliśmy. Rozległy się głośne okrzyki i tupot ciężkiego obuwia. Odwróciłam się w stronę drzwi i już chciałam tam ruszyć, gdy poczułam silne szarpnięcie za ramię. Jakaś siła pociągnęła mnie do tyłu. Cofnęłam się kilka kroków, aż na plecach poczułam silną przeszkodę. Poczułam jedną dłoń zatykającą mi usta, a drugą krępującą mnie w pasie. Próbowałam wyszarpnąć się z tego żelaznego uścisku, ale nie byłam w stanie nic zrobić.
- I widzisz, co narobiłaś?! – Jasne, wszystko zwal na mnie - Bądź grzeczna, a nic ci się nie stanie. – wysyczał wprost do mojego ucha. Wykorzystując chwilę nieuwagi mężczyzny wyrwałam jedną rękę i z całej siły wbiłam łokieć w brzuch napastnika. Ten zgiął się lekko, nie wypuszczając mnie jednak z uścisku, i zaklął pod nosem.
- Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbą. – powiedział złowieszczo. Znów uwięził moją rękę, przyciskając ją do mojego brzucha. Zacisnęłam palce na jego przedramieniu najmocniej jak potrafiłam. Ten odpowiedział mocniejszym ściśnięciem w pasie. Zrezygnowana puściłam jego rękę i lekko odwróciłam głowę w jego stroną, posyłając mu mrożące spojrzenie.
Ten tylko uśmiechnął się lekko z wyraźną satysfakcją i poluźnił uścisk na brzuchu. Moje wnętrzności wróciły na swoje miejsca, a ja wzięłam głębszy oddech.
Nie minęły dwie sekundy, a drzwi kuchenne otworzyły się z rozmachem i uderzyły w ścianę. W progu dojrzałam kilka bliżej nieokreślonych postaci, które w kilka sekund otoczyły nas ze wszystkich stron.
- Rzuć broń, jesteś otoczony!
Rozbłysło światło.
Pięć postaci. Pięć rewolwerów skierowanych w naszą stronę. Pięć par oczu, wpatrujących się w nas z najwyższą uwagą.
Zacisnęłam powieki, krzywiąc się z bólu przed oślepiającym światłem. Poczułam, jak ręka zatykająca moje usta puszcza. Cichy szelest, a potem chłodny metal na gardle. Po raz kolejny zadrżałam.
Nóż.
- Jedno słowo, a ona zginie - mój napastnik wcale nie zamierzał się poddać, wręcz przeciwnie.
Ups. Niedobrze.
Zaczęłam się trząść. Nie bałam się, co było dla mnie wręcz szokujące, a mimo to dygotałam na całym ciele. Dlaczego?
Policjancie spoglądali po sobie i po kolei odkładali rewolwery na podłogę. Podnieśli ręce, tym samym się poddając. Wpatrywali się w nas w niemym oczekiwaniu.
- Jeśli usłyszę choćby szelest, zabiją ją – prawie zapomniałam o obejmującym mnie w pasie i przykładającym narzędzie do szyi mężczyźnie. Poczułam lekkie ciągnięcie do tyłu, więc poddałam się jemu. Szłam do tyłu, ciągnięta przez „gościa”, który okazał się być niebezpiecznym zbiegiem, poszukiwanym przez policję. Kilka kroków w tył, ostry zakręt, znów kilka kroków i zatrzymanie. Z kuchni nie dochodził mnie żaden, choćby najcichszy, odgłos. Przekręcenie klucza w zamku, skrzypnięcie drzwi i znowu ciągnięcie. Doczłapaliśmy do windy, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Czułam dziwną satysfakcję i odwagę. Mężczyzna odjął nóż od mojej szyi i poluźnił uścisk w pasie.
- Widzisz? – wyszeptał cicho – Jak chcesz, to potrafisz.
Spojrzałam na niego z politowaniem, ale nie odezwałam się ani słowem. Wsiedliśmy do windy, która właśnie przyjechała. Porywacz wcisnął przycisk z literką „P” i oparł się o czerwoną ścianę, nadal trzymając mnie w pasie.
- Mógłbyś mnie puścić z łaski swojej? – zapytałam, tracąc powoli cierpliwość. Mężczyzna pokręcił głową, wykrzywiając usta w uśmiechu.
- Bo? - ten tylko wyszczerzył zęby.
Kiedy tak się uśmiechał nie wyglądał wcale tak groźnie. Wydaje się być miły przemknęło mi przez myśl. I jest nawet przystojny.
Uśmiechnęłam się do swoich myśli i przyjrzałam mu się z zaciekawieniem.
Bardzo przystojny. I wcale nie taki stary.
- Wiem, że jestem piękny, nie musisz mi tego powtarzać milion razy – wróciłam do rzeczywistości i po chwili dotarł do mnie sens wypowiedzianych przez porywacza słów. Szczerzył się do mnie, a w jego piwnych oczach dojrzałam iskierki radości.
Przewróciłam oczami i spojrzałam na niego, jakby był chory psychicznie, kręcąc przy tym głową.
Jak dziecko.
- Dokąd mnie zabierasz? – zmieniłam temat, przyglądając mu się ze szczerym uśmiechem. Odpowiedział mi tym samym.
- Niespodzianka – i puścił mi oczko.
Usłyszałam cichy sygnał, informujący dojazd windy do końca zaplanowanej trasy. Rozsuwane drzwi otworzyły się bezszelestnie, ukazując pusty, oświetlony ściennymi lampkami hall hotelu. Po raz kolejny dzisiaj ciągnięta wyszłam z windy. Mężczyźnie chyba zależało na czasie, bo bez zbędnych ceregieli wziął mnie na ręce i szybkim krokiem skierował się do wyjścia. Podniosłam brwi, a ten tylko uśmiechnął się i dalej brnął przed siebie. Kopniakiem otworzył drzwi wyjściowe i wyszedł na zewnątrz. Natychmiast uderzył w nas chłód nocy. Zimny wiatr targał za włosy i docierał wszędzie. Zadrżałam, tym razem z zimna.
Nadal byłam w pidżamie.
Porywacz chyba poczuł, jak dygoczę w jego ramionach, więc przyspieszył kroku i przycisnął mnie mocniej do siebie.
Drżałam na całym ciele. Na dworze niecałe dziesięć stopni, a ja nie mam nawet długiego rękawa. Cienka pidżama to naprawdę nie jest dobry pomysł na tak chłodną noc. Mimo woli trzęsłam się jeszcze bardziej, zęby szczękały, a na skórze pojawiła się gęsia skórka.
Wreszcie dotarliśmy do celu. Mężczyzna postawił mnie na ziemi, a sam wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył samochód. Nie byłam wstanie postąpić ani kroku, stałam tam więc i zamieniałam się w żywy sopel lodu. Porywacz otworzył drzwi samochodu od strony pasażera i spojrzał na mnie zachęcająco.
Nie myślałam wtedy o tym, że jestem porywana jako zakładniczka.
Nie myślałam wtedy o tym, że wsiadam do wozu obcego człowieka.
Nie myślałam wtedy o tym, że może mnie on wywieźć nie wiadomo gdzie.
Nie myślałam wtedy o tym, jak strasznie się boję.
Myślałam tylko, jak strasznie mi zimno.
Mój nocny „gość” przyglądał mi się z troską i niepokojem. Delikatnie pociągnął mnie za rękę i pomógł usadowić się w samochodzie. Zapiął mi pas i zamknął drzwi z lekkim trzaskiem. Potem obszedł samochód dookoła i usiadł za kierownicą. Przekręcił kluczyk w stacyjce, a silnik zamruczał, niczym wyspany kocur. Ruszyliśmy.
Podciągnęłam nogi pod brodę i objęłam kolana drżącymi rękoma. Skuliłam się najmocniej jak umiałam i starałam się nie myśleć o zimnie. Zacisnęłam oczy. Po chwili poczułam coś miękkiego na ramionach. Otworzyłam ślepia - mężczyzna przykrywał mnie grubym, fioletowym, ciepłym kocem. Wtuliłam się w niego i od razu było mi cieplej. Uśmiechnęłam się lekko.
- Lepiej trochę? – usłyszałam cichy głos. Odwróciłam głowę w lewo i spojrzałam na porywacza. Lustrował mnie wzrokiem z wyraźnym lękiem, jeśli mogę to tak nazwać.
Pokiwałam głowo i ziewnęłam szeroko.
- Do szczęścia potrzebuję jeszcze tylko kubek gorącej czekolady i jakiś dobry film.
Chłopak (nie będę go dłużej postarzać) zaśmiał się głośno i pokręcił głową, szczerząc się do przedniej szyby.
- Nie przedstawiłem się. Jestem Aleks. A Ty? – rzucił mi krótkie spojrzenie.
- Mary… - powiedziałam cicho – jeszcze – dodałam po chwili.
- Czemu jeszcze? – zmarszczył brwi.
Westchnęłam cicho, czując jak kleją mi się powieki.
- Jutro – ziewnęłam ponownie i oparłam głowę o nagłówek. Zamknęłam oczy i udałam się do krainy snów.
* * *
Siemka. ; *
Sama nie wiem, czemu tak szybko dodaję kolejny rozdział. Jakoś mnie natchnęło i napisałam to tutaj. ^
Ach, co ja Wam mogę jeszcze powiedzieć, hmm. Ogólnie rozdział wydaje mi się całkiem niezły pod względem technicznym, mimo takiej długości, ale starałam się. x ) Ocenę treści pozostawiam Wam, jeśli ktokolwiek to czyta. Nie będę Was prosić o komentarze, bo piszę dla siebie. Bo chcę być w tym coraz lepsza. Bo naprawdę to uwielbiam. Jasne, komentarze są bardzo miłe i na ich widok człowiek dostaje szczękościsku, ale nie o to w tym chodzi. A przynajmniej nie mnie. Jeśli chcecie, piszcie, jeśli nie, to nie i tyle. Ja też czasem najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty pisać komentarza, bo robię to na siłę. I świat się nie zawala. ; )
Wybaczcie to powyżej, wena Fiona chyba już mnie opuściła.
Pozdrawiam Was wszystkich, Stokrotki. ♥
~ ruda mycha (wcz. green daisy)
(>*-*)>
Sama nie wiem, czemu tak szybko dodaję kolejny rozdział. Jakoś mnie natchnęło i napisałam to tutaj. ^
Ach, co ja Wam mogę jeszcze powiedzieć, hmm. Ogólnie rozdział wydaje mi się całkiem niezły pod względem technicznym, mimo takiej długości, ale starałam się. x ) Ocenę treści pozostawiam Wam, jeśli ktokolwiek to czyta. Nie będę Was prosić o komentarze, bo piszę dla siebie. Bo chcę być w tym coraz lepsza. Bo naprawdę to uwielbiam. Jasne, komentarze są bardzo miłe i na ich widok człowiek dostaje szczękościsku, ale nie o to w tym chodzi. A przynajmniej nie mnie. Jeśli chcecie, piszcie, jeśli nie, to nie i tyle. Ja też czasem najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty pisać komentarza, bo robię to na siłę. I świat się nie zawala. ; )
Wybaczcie to powyżej, wena Fiona chyba już mnie opuściła.
Pozdrawiam Was wszystkich, Stokrotki. ♥
~ ruda mycha (wcz. green daisy)
(>*-*)>
Właśnie przeglądałam blogi moich czytelników i napotkałam twój. Szczerze powiedziawszy jestem bardzo zadowolona, że tu trafiłam. Gratuluję pomysłu na opowiadanie i zaangażowania w nie. Widać, że w pisanie wkładasz coś więcej, a nie tylko czas i wenę. Czuję, że przyszłe rozdziały będą jeszcze lepsze! Masz uroczy styl pisarski, już dawno nie napotkałam tak lekkiego i przyjemnego opowiadanka. :)
OdpowiedzUsuńŻyczę weny i pomysłów, a także wytrwania i cierpliwości. Powodzenia.
Pozdrawiam
Sherry
http://fantasies-sherry.blogspot.com/