niedziela, 21 kwietnia 2013

Rozdział 11.


- To teraz Ty powiedz mi coś o sobie. – Dziewczyna siedząca naprzeciwko przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się zachęcająco.  Skąd ona ma siłę, żeby się uśmiechać po czymś takim? Najpierw zdrada, potem wiadomość o adopcji…  Byłem w szoku. Dziewczyna jak na swój młody wiek przeżyła naprawdę sporo. Jak ona to robi? Byłem pełen podziwu dla tej drobnej (w porównaniu ze mną) osóbki.
- Halo! Ziemia do Aleksa! – Mary pstryknęła palcami tuż przed moją twarzą, więc natychmiast otrząsnąłem się z zamyślenia. Dziewczyna zaśmiała się z mojej reakcji. – O czym tak myślałeś?
- Co chciałabyś wiedzieć? – Zignorowałem ostatnie pytanie.
- Najlepiej wszystko. – Wyszczerzyła zęby. Miała naprawdę śliczny uśmiech.
- Trochę to potrwa. Naprawdę chce ci się mnie słuchać? – marudziłem, próbując jak najdalej odsunąć w czasie moją opowieść. Jak najdalej to znaczy nigdy.
Rudowłosa pokiwała energicznie głową i opadła delikatnie na oparcie kanapy, patrząc na mnie tymi swoimi przenikliwymi, niebieskoszarymi oczami.
No, stary, chyba się nie wymigasz.
Westchnąłem. Co za uparciuch.
- Niech ci będzie. – Poddałem się; z nią nie warto walczyć, bo i tak nie wygrasz – Nazywam się Aleks Jakub Baker (czyt. Bejker), mam 19 lat, pochodzę z Leszna…
- Czekaj. – Młoda przerwała mój monolog już na samym początku, zanim zdążyłem wspomnieć, żeby zaczekała z pytaniami do jego końca. – Masz dowód osobisty?
- Taaaak – odparłem ostrożnie, przyglądając się jej – czemu pytasz?
- A prawdziwy? – odpowiedziała pytaniem. To się robiło coraz dziwniejsze.
- Oczywiście. – Coraz mniej z tego wszystkiego rozumiałem.
- Dasz na chwilę? - Byłem kompletnie zdezorientowany. O co jej chodzi?
- A… po co? – spytałem podejrzliwie.
- Oj, nie narzekaj, tylko daj. – Nalegała. Ucieszyłem się w myślach.  Trochę się podroczymy…
- A co z tego będę miał? – Udałem, że się zastanawiam.
- I ty też? – Mary westchnęła, chyba rozczarowana. – Wszyscy faceci to materialiści.
- Być może. – Kontynuowałem grę. – To jak? Co mi za to dasz?
- Nic nie mam. O mnie wiesz prawie wszystko, więc to odpada. No nie wiem. – Zmartwiła się.
Boże, uwierzyła. Mimo że na zewnątrz udawałem spokojnego, w środku zwijałem się ze śmiechu. Jak ona mogła się na to nabr…? Nagle się ocknąłem. Przecież ona też gra, stary.
- Myślę, że na początek buziak wystarczy. – Wskazałem palcem na swój policzek. Dziewczyna zastawiała się tylko przez chwilę.
- OK. – Swoje słowa wzmocniła energicznym kiwaniem głowy. Czemu jej tak na tym zależy?
Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem portfel. Chwilę w nim pogrzebałem, aż wreszcie wyciągnąłem ten mały prostokącik. Obracałem go w palcach, skierowałam wzrok na sufit i, grając zniecierpliwionego, zrobiłem skwaszoną minę. W duchu jednak cały czas się śmiałem.
Dziewczyna wstała z sofy i obeszła stolik, a następnie usiadła obok mnie. Przez chwilę podziwiała mój idealny profil, aż wreszcie pochyliła się w moją stronę. Poczułem jej delikatny, ciepły oddech, a potem miękkie usta na moim policzku. Rozkoszowałem się jej nieśmiałym dotykiem. Po chwili odsunęła się ode mnie, a ja ocknąłem się z transu. Obróciłem twarz w jej kierunku i z uśmiechem zadowolenia podałem jej mój dowód. Mary pochwyciła go drżącymi palcami i wróciła na „swoją” sofę. Ostrożnie obracała mały przedmiot  w dłoniach, jakby trzymała nie wiem jakie bóstwo. Wpatrywała się w niego jak zaczarowana.
- Nie mów, że tamta fryzura była lepsza. – Zażartowałem. Dziewczyna natychmiast otrząsnęła się z zamyślenia i  spojrzała na mnie z pytaniem w oczach.
- Mówiłeś coś? – Była naprawdę zdziwiona.
- Nic takiego.  – Machnąłem ręką. – Po co ci ten dowód?
- A nie będziesz się śmiał? – spytała, spuszczając głowę.
Oj, to nie będzie takie proste.
- Postaram się. –Uśmiechnąłem się życzliwie. Niby ma już szesnaście lat, a czasami odnoszę wrażenie, jakby była małą dziewczynką, bojącą się własnego cienia. Taka… bezbronna.
- Bo ja chciałam sprawdzić,  czy ty nie farbujesz włosów – powiedziała cicho, jakby się bała. Idioto, przecież to oczywiste, że się boi. Ale dlaczego rzeczy tak błahych?
Spojrzałem na nią z troską i chwyciłem delikatnie jej małe dłonie, leżące na stoliku. Podniosła na mnie swoje duże, niebieskie oczy i sam już nie wiem, co w nich było – strach czy smutek. Nigdy nie zrozumiem kobiet.
- Mała, co się dzieje? Boisz się czegoś, chcesz stąd iść? – Dziewczyna jednak nie zdążyła mi odpowiedzieć.
-”Dziś w nocy około godziny drugiej trzydzieści nad ranem w Poznaniu dokonano włamania do hotelu przy ulicy Roosevelta. Sprawcą napadu jest około dwudziestoletni mężczyzna; ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu; wysportowany, był ubrany w ciemnoniebieskie spodnie jeansowe i szarą bluzę z kapturem. Po dokonaniu włamania pojmał rudowłosą dziewczynę. Ma ona szesnaście lat i około sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Była ubrana niebieskie spodnie do kolan i niebieską bluzkę na ramiączka. Odjechali czarnym samochodem marki Audi. Pilnie poszukiwani. Jakiekolwiek przydatne informacje prosimy wysyłać na nasz adres mailowy.” – dobiegło do nas z głośnika wiszącego pod sufitem.
To my.
Spojrzałem na Mary. Ona też słyszała. Uśmiechnąłem się uspokajająco. Podniosłem się spokojnie z sofy i lekkim ruchem głowy nakazałem dziewczynie iść ze mną. Podszedłem do baru, z udawanym luzem zapłaciłem za nasze śniadanie i skierowałem się do wyjście. Raz, dwa, trzy…
- Chwileczkę. – Usłyszałem za placami. Cholera, rozpoznał nas przekląłem w myślach. Uciekać. Z mocno bijącym sercem odwróciłem się i spojrzałem na kelnera, który podchodził do mnie. – Nie wziął pan reszty. Dziękujemy za wizytę i życzymy miłego dnia.
- Dziękuję bardzo – wydukałem oszołomiony. Bez słowa pociągnąłem Mary za łokieć i wyprowadziłem z kawiarni. Gdy tylko drzwi się za nami zamknęły, odetchnąłem z ulgą.
- O Boże. – Mała schowała twarz w dłoniach. – Już myślałam, że nas poznał.
Sam byłem w nie mniejszym szoku. Objąłem ją ramieniem i pociągnąłem w stronę samochodu. Dziewczyna posłusznie ruszyła, cały czas jednak drżąc ze zdenerwowania. Szybko doszliśmy do auta. Z trzaskiem zamknąłem za sobą drzwiczki i opadłam na oparcie. Zamknąłem oczy i brałem głębokie wdechy. Dawno nie byłem tak zdenerwowany.
- Jezu, myślałem że tam zawału dostanę – wydusiłem, żeby przerwać tą okropną ciszę.
Odwróciłem głowę w prawą stronę. Rudzik siedział z podkulonymi nogami. Objęła kolana rękoma i delikatnie kołysała się do przodu i do tyłu. Oczy miała zamknięte, a po policzkach spływały wąskie strumyki łez. Zrobiło mi się jej strasznie żal. Musiało ją to wiele kosztować.
Bez słowa wyszedłem z samochodu i podszedłem do drzwi z jej strony. Otworzyłem je i przykucnąłem obok.
- Mała, no już. Teraz nic nam nie grozi. – Próbowałem ją uspokoić. – Proszę, nie płacz.
Dziewczyna nie reagowała na moje słowa. Otworzyła swoje piękne, teraz wilgotne oczy, oparła brodę na kolanach i wpatrywała się w przednią szybę.
- Rudzik, no coś ty.
Chwyciłem jej dłonie, które zaciskała na łokciach i delikatnie rozluźniłem uścisk. Dziewczyna zachowywała się jak marionetka – opuściła ręce, jakby nie potrafiła nad nimi panować. Zsunęła stopy z siedzenia, a tułów poleciał z nogami. Wziąłem ją na ręce i wyciągnąłem z auta. Postawiłem ją na ziemi, opierając o bok samochodu.
Stała na drżących nogach, twarz miała czerwoną i lekko opuchniętą od płaczu. Próbowałem wychwycić jej wzrok pośród tysięcy spojrzeń, jakimi obdarzała świat dookoła, chwytając jej twarz w dłonie. Po chwili niebieskie tęczówki skierowały się na moje brązowe.  Uśmiechnąłem się lekko. Dziewczyna jednym nagłym ruchem zarzuciła mi ręce na szyję i wtuliła we mnie. Objąłem ją ramionami i delikatnie kołysałem. Usłyszałam cichy szloch, poczułem drżenie jej niewielkiego ciała. Spazmatyczne wstrząsy potęgowały się z każdą chwilę. Przycisnąłem ją do siebie mocniej. Biedactwo. Było mi jej strasznie szkoda.
Wszystkie te emocje, uczucia, które kłębiła w sobie od jakiegoś czasu, teraz dały o sobie znać. Jak dotąd była silna i odważna, tak w tej jednej chwili całe jej opanowanie uleciało jak powietrze z przebitego balonika. Była całkowicie bezbronna, a jednocześnie tak naturalna.
Może to było niestosowne, ale na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Pierwszy raz jest stuprocentowo sobą.
Gdy Mała ucichła, a drżenie ustało, podniosłem ją delikatnie i posadziłem w tylnej części samochodu. Położyła się na siedzeniach, a głowę ułożyła na poduszce. Już po chwili spała.
Przykryłem ją kocem i pocałowałem we włosy. Lekko zamknąłem drzwi i zasiadłem z kierownicą. Przekręciłem kluczyk w stacyjce i zwolniłem hamulec ręczny.
Ruszyliśmy do Gdańska.

*    *    *
Witajcie. :*
Pozwalam Wam udusić mnie za ten rozdział, bo jest po prostu ma-sa-kry-czny. Nudny jak flaki z olejem, brak akcji, totalne zero. Nic nie mogłam wymyślić, chyba dopadł mnie kryzys wieku średniego. Przepraszam, wybaczcie.
Hehe, a pojutrze egzaminy, a ja nic nie umiem. xd Tak szczerze to nie mogę się ich doczekać (czy ja już tego nie pisałam?), ale wolałabym żeby się nie kończyły. Mam zapowiedziane jakieś... 8 sprawdzianów? W dodatku trzy w okolicy moich urodzin. No, dzięki za taki prezent! :(
Dobra, skończę to marudzenie.
Do następnego, Stokrotki. ♥
Baj baj. :* xx

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wiadomość

Witajcie!
Mam dwie ważne informacje dotyczące opowiadania.
Pierwsza jest taka, że postanowiłam wprowadzić pewne zmiany w narracji. Od teraz (do nie-wiem-kiedy) rozdziały będą pisane z perspektywy Aleksa (informuję, żeby nie było wątpliwości ;)). Dlaczego tak robię? Bo opowiadanie całej tej historii przez Mary zaczyna mnie męczyć, jej perspektywa... cóż, po prostu jej nie lubię. Chcę też, abyście widzieli, co siedzi w głowie Aleksa.
Taki głupiutki pomysł. :P
A druga informacja dotyczy terminu ukazania się następnego rozdziału. Jak pewnie zdążyliście zauważy, rozdziały ukazują się bardzo nieregularnie (przerwy od dwóch dni do kilku tygodni). A dodając do tego:
a) egzaminy, które są już w przyszłym tygodniu i których już wręcz nie mogę się doczekać (powód? - nauczyciele wreszcie przestaną nam o nich przypominać, choć i tak nie pozwalają nam zapomnieć, ale ok), do których powinnam się uczyć, co naprawdę staram się robić;
b) próby, podczas których w dwa miesiące mamy opracować nowy spektakl i które trwają po kilka godzin, po których jestem wycieńczona i nieobecna duchem przez pewien bliżej nie określony czas;
c) pogodę za oknem, która aż się prosi, żeby z niej korzystać oraz rolki, rower i piłka do siatki, które chcę wreszcie ruszyć się z kąta;
I najważniejsze
d) pewną nieprzyjemną sytuację, w którą sama, przez własną głupotę, bezmyślność, upór, zaciętość, nieodpowiedzialność i inne nieprzydatne, ale niestety obecne cechy charakteru, się wkopałam, a z której wcale nie tak łatwo wyjść (wyjątkowe trafne porównanie do bagna), którą bardzo chciałabym odkręcić, co nie jest proste ze względu na powagę sytuacji.
W skrócie:
Zrobiłam coś bezmyślnego, dziecinnego, idiotycznego i muszę ponieść tego konsekwencje.
(Przypomnę zdanie sprzed wyliczeń: "A dodając do tego: a, b, c i d")
na napisanie rozdziału nie będę miała wystarczająco dużo (o ile w ogóle) czasu, dlatego nie wiem, kiedy takowy się pojawi. Na majówkę wyjeżdżam za granicę, w weekend po testach jadę na osiemnastkę, więc naprawdę nie wiem, czy znajdę wolną chwilę. Tak więc z góry przepraszam za długą przerwę, trzecioklasistom życzę powodzenia na egzaminach, a pozostałym... miłego dnia? ;)
Pozdrawiaaaam, ;)
ruda mycha ♥♥

niedziela, 7 kwietnia 2013

Rozdział 10.


Byli tam, wszyscy. Wszyscy, których kiedykolwiek widziałam na oczy: starzy, dorośli, dzieci i zmarli; kobiety i mężczyźni; przyjaciele, znajomi, obcy i wrogowie. Wszyscy. Stali tam i wszyscy się na mnie patrzyli.
Śmiali się.
Zdezorientowana, patrzyłam po nich, zatrzymując na chwilę wzrok na każdej parze oczu, ale oni nadal się śmiali. Wszyscy równocześnie podnieśli ręce i wskazali na mnie palcami. Pochyliłam głowę i wtedy zrozumiałam.
Byłam ubrana w białą suknię. Z napisem „SIEROTA”.
Byłam w szoku. Ze zdumienia szeroko otworzyłam oczy i znów spojrzałam na otaczający mnie tłum.
Teraz już się nie śmiali.
Zamiast tego skandowali to przeklęte słowo: „SIE-RO-TA! SIE-RO-TA! SIE-RO-TA!!!”
- Nie! – krzyczałam rozpaczliwie. Zacisnęłam powieki, czując zbierające się pod nimi łzy. Zasłoniłam uszy rękoma i usiałam na ziemi. Skuliłam się najmocniej jak potrafiłam, a łzy spłynęły po mojej twarzy.
Pośród dzikich krzyków tłumu usłyszałam kroki. Ktoś uklęknął przede mną. Chwycił mnie za ramiona i potrząsał.
- Nieee! – krzyczałam i próbowałam wyrwać się z uścisku silnych dłoni – Nie!
- Mary, obudź się! Mary!
Gwałtownie się wyprostowałam i otworzyłam oczy. Mój oddech był szybki i płytki, a serce obijało mi żebra. Obok mnie siedział Aleks. W oczach miał przerażenie.
- Mary! Boże, ale mnie przestraszyłaś! Dobrze się czujesz? Wszystko w porządku? – To chyba ja powinnam o to zapytać. Szatyn, podobnie jak ja, dyszał jak po kilkukilometrowym biegu. Trzymał mnie za ramię i próbował uspokoić swój oddech.
Oparłam głowę o zagłówek, przymknęłam oczy i lekko pokiwałam głową w odpowiedzi na jego pytanie(a).  Starałam się dojść do siebie. Aleks puścił mnie i opadł na oparcie fotela. Palcami obu dłoni rysował małe kółeczka na swoich skroniach i brał głębokie wdechy.
Chyba faktycznie się przestraszył.
- Co się stało? – zapytałam drżącym głosem po chwili milczenia, kiedy minął „pierwszy szok”.
- Ty mi powiedz – Aleks nie patrzył na mnie.  Jak zahipnotyzowany  wpatrywał się w przednią szybę swojego samochodu, aktualnie stojącego na jakimś parkingu. – Jechaliśmy spokojnie, gdy nagle zaczęłaś rzucać się przez sen po siedzeniu, a później krzycz…
- Krzyczeć?! -  przerwałam mu gwałtownie – Co krzyczałam?!
- „Nie, zostawcie mnie, proszę!”, coś tego typu – odwrócił wzrok od szyby i spojrzał mi w oczy – Mary, co się stało? Kto miał cię „zostawić”?
Martwił się.
Dziwne. Zna mnie jeden dzień (noc właściwie), a się martwi.
Westchnęłam głęboko. Naprawdę powinnam to nagrać albo spisać. Ile razy można powtarzać to samo? Przeniosłam wzrok na moje drżące, splecione palce.
- Chyba musiałabym zacząć od początku… - niemal wyszeptałam.
- A może wejdziemy do jakiejś kawiarni i spokojnie porozmawiamy, hm? – zaproponował łagodnym głosem. Odpowiedziałam tylko niepewne: „Okay” i wysiedliśmy z samochodu.
Rozejrzałam się dookoła. Byliśmy na jakimś rynku – wzdłuż ulic z „kocimi łbami” stały, przytulone do siebie, wąskie, piętrowe kamieniczki.  Ich ściany frontowe były przepięknie zdobione wymyślnymi malowidłami. Nikłe światło latarni nadawało temu miejscu swoistego klimatu tajemniczości.
Nagle zawiał lekki wiatr. Dopiero wtedy spostrzegłam, że nadal mam na sobie tylko pidżamę i moje zielone kapcie.
- Aleks – przeciągnęłam delikatnie drugą spółgłoskę. Ten odwrócił się do mnie i w niemym pytaniu podniósł brwi.  – Masz może jakąś zapasową bluzę? – spojrzałam na niego znacząco.
Aleks strzelił majestatycznego facepalma i, otworzywszy bagażnik swojego pojazdu, rozpoczął poszukiwania… czegoś. Po chwili z zadowoleniem zamknął klapę, w ręku trzymał czarne zawiniątko.
- Łap! – rzucił to „coś” w moim kierunku. Moja jakże perfekcyjnie rozwinięta koordynacja ruchowa umożliwiła mi złapanie czarnego przedmiotu, zanim możliwym bliższym spotkaniem z ziemią. Rozwinęłam materiał i podniosłam go na wysokość oczu. To było… duże.
- Co tak stoisz? Zakładaj – nagle przede mną zmaterializował się Aleks. Z westchnieniem włożyłam ręce w rękawy bluzy i naciągnęłam ją przez głowę. Kaptur zasłaniał mi całą twarz, a rękawy luźno zwisały.  Usłyszałam cichy, nieskutecznie tłumiony śmiech.
Zdjęłam kaptur z głowy i spojrzałam po sobie. Bluza Aleksa sięgała moich kolan, a wewnątrz niej, razem ze mną, zmieściłby się tam pięciokilowy worek ziemniaków.  Podniosłam ręce na boki.
Wyglądałam jak nietoperz.
- Ha ha ha – zaśmiałam się sarkastycznie, patrząc na Aleksa spod przymkniętych powiek, ale ten nic sobie z tego nie robił. Nie zważając na niego, podciągnęłam rękawy do łokci i oparłam ręce na biodrach z miną Superbohatera. Nie minęła sekunda, a wraz z szatynem zanosiłam się niepohamowanym śmiechem. Ciężko było nam się uspokoić, dopiero po kilku minutach mogliśmy ruszyć w drogę.
Niebo było jeszcze dość ciemne, choć z jednej strony chmury zaczęły przybierać jaśniejsze odcienie – świtało. Mimo tak wczesnej pory dnia, nie była tak zimno jak kilka godzin temu. Okna w co poniektórych kamienicach były oświetlone, jednak na ulicy panowała cisza. Kilka sklepów i małych jadłodajni, bank, sklep zoologiczny, odzieżowy, księgarnia. Niby stary rynek, a wcale nie jest tu tak staro.
- Aleks – zwróciłam na siebie jego uwagę – gdzie my jesteśmy? Co to w ogóle za miasto?
Chłopak wzruszył ramionami, co chyba miało oznaczać „nie wiem”. Stanął w miejscu i rozglądał się przez chwilę, aż dostrzegł jakąś tablicę. Podszedł do niej, a ja podążyłam za nim. Tablica przedstawiała mapę miasta, ale nie mogłam dojrzeć jego nazwy. Na szczęście Aleks rozwiązał wszelkie moje wątpliwości. No… powiedzmy.
- Chojnice… Jesteśmy w Chojnicach [tak to się odmienia? – przyp. autorki].
Kto wymyśla te nazwy przemknęło mi przez myśl. Chociaż w jego ustach brzmi to całkiem…
Cisza! Te cholerne, nieproszone myśli!
- To co, idziemy? – poczułam palce chwytające mój nadgarstek. Ocknęłam się z zamyślenia i przytaknęłam ruchem głowy. Podeszliśmy do jakiejś małej kawiarenki. Dziwne, że są otwarte o szóstej rano, ale co tam. Aleks, jak prawdziwy gentelman, przepuścił mnie w drzwiach. Weszłam do środka.
Skądś to znam zaśmiałam się w duchu, bo wystój Sali rzeczywiście był mi znany.
ChocoCafe.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Coś nie tak? – głos Aleksa, po raz kolejny, wyrwał mnie z zamyślenia.
- Nie, skąd – odwróciłam głowę w jego stronę i posłałam mu rozbawione spojrzenie – Chodź.
Usiedliśmy przy jednym z czteroosobowych stolików, koło okna wychodzącego na ulicę.
- Nie możesz się tak o wszystko martwić… - zaczęłam go uspokajać, bo znów nerwowo rozglądał się na boki, ale mi przerwał.
- Muszę. Jestem za ciebie odpowiedzialny.
Zdziwiona, podniosłam brwi.
- Za mnie? Proszę cię, mam już szesnaście lat – lekko naciągnęłam – sama mogę za siebie odpowiadać, a…
- Nie możesz – ponownie mi przerwał – jesteś zakładniczką, a ja porywaczem. Twoje życie jest w moich rękach.
Zabrzmiało groźnie.
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, ale właśnie w tym momencie podeszła do nas kelnerka.  Złożyliśmy swoje zamówienia, a kobieta odeszła od naszego stolika.
- Tak w ogóle, gdzie są te Chojnice? – zaczęłam  rozmowę na przyjemniejszy dla mnie niż poprzednio temat.
- Niecałe 200 kilometrów na północ od Poznania.
Ale jak to? szeroko otworzyłam oczy.
- To nie jedziemy do Krakowa? -  teraz to on się gapił.
- A dlaczego do Krakowa? – zapytał, zdziwiony.
Kiedy nie odpowiedziałam, tylko  odwróciłam głowę do okna i patrzyłam przez nie na zewnątrz, ponowił pytanie.
- Dlaczego akurat do Krakowa? – jego zdziwienie zamieniło  się w ciekawość.
Ja jednak nadal nie odpowiadałam. Nie byłam zła ani obrażona, po prostu nie miałam siły opowiadać całej tej historii po raz kolejny. Czwarty konkretnie.
I już po raz drugi dzisiaj wybawiła mnie kelnerka, która przyniosła nasze zamówienia – Aleksowi kawę i sernik (Mmm, jakie zdrowe śniadanko), a mnie herbatę owocową. Ciemnobrązowe oczy szatyna rozszerzyły się na widok jedzenia, na które omal się nie rzucił. Kiedy kelnerka poszła, Aleks zaczął pożerać  swoje ciasto, jakby przez rok nic nie jadł.  O dziwo, uszy mu się nie trzęsły.
Patrzyłam na niego z politowaniem – zachowuje się jak kilkuletnie dziecko, chociaż ma już… no właśnie. Ile on tak właściwie ma lat?
- Aleks – ten nieprzerwanie zajadał się sernikiem, więc ciągnęłam dalej – z którego rocznika jesteś?
- Dziewięć cztery, konkretnie ósmy marca.  A czemu? – odpowiedział z pełnymi ustami, patrząc na mnie ciekawsko.
- Nie, nic, tak z ciekawości pytam.
W milczeniu pokiwał głową, ale zaraz rzucił kolejny temat.
- A o co chodzi z tym Krakowem?
Westchnęłam przeciągle.
Trafił swój na swego  usłyszałam ten wredny głos gdzieś z tyłu mojej głowy.
- Bo miałam się tam przeprowadzić? – po chwili wahania zdecydowałam się na odpowiedź.
Tylko błagam, nie pytaj „dlaczego” prosiłam w myślach.
- A dlaczego? – ręce mi opadły. Spojrzałam z niedowierzaniem na siedzącego naprzeciwko mnie chłopaka, który patrzył na mnie z ciekawością i oczekiwaniem.
Boże, za co?
- Czyli nie dasz się spławić – zaśmiałam się – To teraz usiądź wygodnie i słuchaj uważnie.
Aleks wygiął usta w uśmiechu.  
*    *     *
Cześć i czołem! : *
Wybaczcie, że tak późno, rozdział gotowy od tygodnia, ale nie znalazłam wolnej chwili, żeby go przepisać. Dlatego dopiero teraz.
Rozdział mi się nie podoba, cały czas coś kręcę, realizuję każdy pomysł, który wpadnie mi do głowy, a w ogóle nie patrzę na konsekwencje. (Czas na gratulacje od fanów :P) Wiem jednak, jak skończy się to opowiadanie (mam nadzieję, że kiedyś dobiję do końca) i mam nadzieję, że w tej kwestii nic się nie zmieni.
I na dziś to chyba byłoby wszystko.
Pozdrawiam Was, Stokrotki! : *
Miłego tygodnia. : ) xx

piątek, 22 marca 2013

Rozdział 9.


Obudziło mnie dzwonienie… czegoś. Było to tak uporczywe i nieprzyjemne dla uszu, że – chcąc, nie chcąc – musiałam się obudzić. Przetarłam zmęczone oczy, ale nadal nie mogłam nic dojrzeć – w pokoju było ciemno. Wyciągnęłam rękę spod cieplutkiej kołdry i chwilę przesuwałam dłonią po drewnianej powierzchni szafki nocnej w poszukiwaniu telefonu. Poczułam pod palcami chłodny metal, więc pochwyciłam go i odblokowałam w celu sprawdzenia godziny. Zerknęłam w prawy górny róg ekranu…
CO?! Wpół do trzeciej nad ranem?! Czy ktoś jest chory psychicznie?!
Usiadłam gwałtownie na łóżku, o mało nie uderzając głową w pochyły sufit. Spuściłam nogi na podłogą, włożyłam na stopy moje mięciutkie kapcie-żaby i wstałam z hotelowego łóżka. Kilka kroków, drzwi, krótki korytarz, zakręt w lewo, przejście przez salon, zakręt w prawo i ponownie drzwi. Nie wyglądając przez wizjer (drzwi najzwyczajniej nie były w niego zaopatrzone) odkluczyłam zamek i z rozmachem otworzyłam drewniany prostokąt.
Jako, że światło nigdzie nie było zapalone, a za drzwiami było jeszcze ciemniej, zauważenie czegokolwiek znajdującego się na korytarzu zajęło mi dobrą chwilę. 
- Słucham? – spytałam uprzejmie z kwaśnym uśmiechem na ustach, niemal zasypiając na stojąco.
- Dzień dobry – odpowiedział mi niski, męski głos. Po chwili poczułam silne odepchnięcie; wpadłam na ścianę. Gość najwyraźniej sam się wprosił.  Usłyszałam szybkie kroki i chrzęst piasku na drewnianych panelach. Zszokowana całą sytuacją, jak w jakimś transie, zamknęłam i zakluczyłam drzwi. Skierowałam się do kuchni, skąd dochodziły mnie jakieś odgłosy. Weszłam do pomieszczenia  i natychmiast się zatrzymałam. Gwałtownie zamknęłam oczy, przysłaniając je ręką przed rażącym światłem lampy, i szukałam po omacku wyłącznika na ścianie. Pstryk! Udało się.
- Ej! – głośny krzyk pośród ciszy nocy sprawił, że podskoczyłam w miejscu. Usłyszałam szelest i ponownie kroki. Podniosłam wzrok i ujrzałam zarysy jakiejś postaci o trzy kroki przede mną – Co Ty wyprawiasz?! Ja tu czegoś szukam!
- A ja chciałam się tu wyspać! Czego niby możesz szukać w środku nocy w MOIM pokoju?! – odpowiedziałam wrzaskiem.
Moje oczy wreszcie przyzwyczaiły się do panującej wokoło ciemności. Dochodzące z przysłoniętego firanką okna światło latarni ulicznej rozpraszało panujący wszędzie mrok. Przede mną stał wysoki, barczysty mężczyzna  o krótkich, rozczochranych włosach. Był wyższy ode mnie o głowę i z pewnością o wiele silniejszy.
- Nie twój interes. Przeszkadzasz mi, wyjdź stąd.
Że co, do cholery?! Niech mnie ktoś przytrzyma, bo nie ręczę za siebie!
- Masz czelność mówić mi, co mam robić?! Jeszcze czego! To TY masz stąd wyjść, bo wezwę policję! – w tym momencie byłam najzupełniej poważna, a mimo to odpowiedział mi głośny, chrapliwy śmiech, który szybko ucichł.
- Słuchaj uważnie, mała, bo powiem to tylko raz i nie będę więcej powtarzał. Wynoś się stąd natychmiast, jeśli Ci życie miłe.
Tym razem to ja się zaśmiałam.
- Chyba śnisz! Nie ruszam się stąd, dopóki TY nie wyjdziesz! – dumnie uniosłam podbródek i założyłam ręce na piersi. Chłodnymi palcami dotknęłam odkrytych ramion. No tak – ciągle byłam w pidżamie. Spodnie do kolan i bluzka na cienkich ramiączkach to niezbyt dobry strój na tak chłodną noc. Mimowolnie zadrżałam.
- A co powiesz teraz? – głos mojego nieproszonego „gościa” pokrył się ze zgrzytem metalu i grubej skóry. Mężczyzna wyjął coś ze skórzanej torby i podniósł na wysokość moich oczu. Słabe światło odbijało się od metalowej, gładkiej niczym lustro powierzchni.
Nóż.
Oczy momentalnie mi się rozszerzyły, a serce na chwilę zamarło. Nerwowo przełykałam ślinę, czując narastającą w gardle gulę.
- Możemy to załatwić pokojowo, ale możemy też nieco bardziej oryginalnie. Wybieraj.
Poczułam nagły przypływ adrenaliny.
Nie będziesz w taki sposób pogrywał. Nie ze mną.
Nonszalancko przechyliłam głowę i spojrzałam na niego z politowaniem. Już otwierałam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale coś mi przerwało.
Był to głośny huk, od którego oboje podskoczyliśmy. Rozległy się głośne okrzyki i tupot ciężkiego obuwia. Odwróciłam się w stronę drzwi i już chciałam tam ruszyć, gdy poczułam silne szarpnięcie za ramię. Jakaś siła pociągnęła mnie do tyłu.  Cofnęłam się kilka kroków, aż na plecach poczułam silną przeszkodę.  Poczułam jedną dłoń zatykającą mi usta, a drugą krępującą mnie w pasie. Próbowałam wyszarpnąć się z tego żelaznego uścisku, ale nie byłam w stanie nic zrobić.
- I widzisz, co narobiłaś?! – Jasne, wszystko zwal na mnie  - Bądź grzeczna, a nic ci się nie stanie. – wysyczał wprost do mojego ucha.  Wykorzystując chwilę nieuwagi mężczyzny wyrwałam jedną rękę i z całej siły wbiłam łokieć w brzuch napastnika. Ten zgiął się lekko, nie wypuszczając mnie jednak z uścisku, i zaklął pod nosem.
- Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbą. – powiedział złowieszczo. Znów uwięził moją rękę, przyciskając ją do mojego brzucha. Zacisnęłam palce na jego przedramieniu najmocniej jak potrafiłam. Ten odpowiedział mocniejszym ściśnięciem w pasie. Zrezygnowana puściłam jego rękę i lekko odwróciłam głowę w jego stroną, posyłając mu mrożące spojrzenie.
Ten tylko uśmiechnął się lekko z wyraźną satysfakcją i poluźnił uścisk na brzuchu. Moje wnętrzności wróciły na swoje miejsca, a ja wzięłam głębszy oddech.
Nie minęły dwie sekundy, a drzwi kuchenne otworzyły się z rozmachem i uderzyły w ścianę. W progu dojrzałam kilka bliżej nieokreślonych postaci, które w kilka sekund otoczyły nas ze wszystkich stron.
- Rzuć broń, jesteś  otoczony!
Rozbłysło światło.
Pięć postaci. Pięć rewolwerów skierowanych w naszą stronę. Pięć par oczu, wpatrujących się w nas z najwyższą uwagą.
Zacisnęłam powieki, krzywiąc się z bólu przed oślepiającym światłem. Poczułam, jak ręka zatykająca moje usta puszcza. Cichy szelest, a potem chłodny metal na gardle.  Po raz kolejny zadrżałam.
Nóż.
- Jedno słowo, a ona zginie - mój napastnik wcale nie zamierzał się poddać, wręcz przeciwnie.
Ups. Niedobrze.
Zaczęłam się trząść. Nie bałam się, co było dla mnie wręcz szokujące, a mimo to dygotałam na całym ciele. Dlaczego?
Policjancie spoglądali po sobie i po kolei odkładali rewolwery na podłogę. Podnieśli ręce, tym samym się poddając. Wpatrywali się w nas w niemym oczekiwaniu.
- Jeśli usłyszę choćby szelest, zabiją ją – prawie zapomniałam o obejmującym mnie w pasie i przykładającym narzędzie do szyi mężczyźnie.  Poczułam lekkie ciągnięcie do tyłu, więc poddałam się jemu. Szłam do tyłu, ciągnięta przez „gościa”, który okazał się być niebezpiecznym zbiegiem, poszukiwanym przez policję.  Kilka kroków w tył, ostry zakręt, znów kilka kroków i zatrzymanie. Z kuchni nie dochodził mnie żaden, choćby najcichszy, odgłos. Przekręcenie klucza w zamku, skrzypnięcie drzwi i znowu ciągnięcie. Doczłapaliśmy do windy, zostawiając za sobą otwarte drzwi.  Czułam dziwną satysfakcję i odwagę. Mężczyzna odjął nóż od mojej szyi i poluźnił uścisk w pasie.
- Widzisz? – wyszeptał cicho – Jak chcesz, to potrafisz.
Spojrzałam na niego z politowaniem,  ale nie odezwałam się ani słowem.  Wsiedliśmy do windy, która właśnie przyjechała. Porywacz wcisnął przycisk z literką „P” i oparł się o czerwoną ścianę, nadal trzymając mnie w pasie.
- Mógłbyś mnie puścić z łaski swojej? – zapytałam, tracąc powoli cierpliwość.  Mężczyzna pokręcił głową, wykrzywiając usta w uśmiechu.
- Bo?  - ten tylko wyszczerzył zęby.
Kiedy tak się uśmiechał nie wyglądał wcale tak groźnie. Wydaje się być miły przemknęło mi przez myśl. I jest nawet przystojny.
Uśmiechnęłam się do swoich myśli i przyjrzałam mu się z  zaciekawieniem.
Bardzo przystojny. I wcale nie taki stary.
- Wiem, że jestem piękny, nie musisz mi tego powtarzać milion razy – wróciłam do rzeczywistości i po chwili dotarł do mnie sens wypowiedzianych przez porywacza słów. Szczerzył się do mnie, a w jego piwnych oczach dojrzałam iskierki radości.
Przewróciłam oczami i spojrzałam na niego, jakby był chory psychicznie, kręcąc przy tym głową.
Jak dziecko.
- Dokąd mnie zabierasz? – zmieniłam temat, przyglądając mu się ze szczerym uśmiechem. Odpowiedział mi tym samym.
- Niespodzianka – i puścił mi oczko.
Usłyszałam cichy sygnał, informujący dojazd windy do końca zaplanowanej trasy. Rozsuwane drzwi otworzyły się bezszelestnie, ukazując pusty, oświetlony ściennymi lampkami hall hotelu. Po raz kolejny dzisiaj ciągnięta wyszłam z windy.  Mężczyźnie chyba zależało na czasie, bo bez zbędnych ceregieli wziął mnie na ręce i szybkim krokiem skierował się do wyjścia. Podniosłam brwi, a ten tylko uśmiechnął się i dalej brnął przed siebie. Kopniakiem otworzył drzwi wyjściowe i wyszedł na zewnątrz. Natychmiast uderzył w nas chłód nocy. Zimny wiatr targał za włosy i docierał wszędzie. Zadrżałam, tym razem z zimna.
Nadal byłam w pidżamie.
Porywacz chyba poczuł, jak dygoczę w jego ramionach, więc przyspieszył kroku i przycisnął mnie mocniej do siebie.
Drżałam na całym ciele. Na dworze niecałe dziesięć stopni, a ja nie mam nawet długiego rękawa. Cienka pidżama to naprawdę nie jest dobry pomysł na tak chłodną noc. Mimo woli trzęsłam się jeszcze bardziej, zęby szczękały, a na skórze pojawiła się gęsia skórka.
Wreszcie dotarliśmy do celu. Mężczyzna postawił mnie na ziemi, a sam wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył samochód. Nie byłam wstanie postąpić ani kroku, stałam tam więc i zamieniałam się w żywy sopel lodu. Porywacz otworzył drzwi samochodu od strony pasażera i spojrzał na mnie zachęcająco.
Nie myślałam wtedy o tym, że jestem porywana jako zakładniczka.
Nie myślałam wtedy o tym, że wsiadam do wozu obcego człowieka.
Nie myślałam wtedy o tym, że może mnie on wywieźć nie wiadomo gdzie.
Nie myślałam wtedy o tym, jak strasznie się boję.
Myślałam tylko, jak strasznie mi zimno.
Mój nocny „gość” przyglądał mi się z troską i niepokojem. Delikatnie pociągnął mnie za rękę i pomógł usadowić się w samochodzie. Zapiął mi pas i zamknął drzwi z lekkim trzaskiem. Potem obszedł samochód dookoła i usiadł za kierownicą. Przekręcił kluczyk w stacyjce, a silnik zamruczał, niczym wyspany kocur. Ruszyliśmy.
Podciągnęłam nogi pod brodę i objęłam kolana drżącymi rękoma. Skuliłam się najmocniej jak umiałam i starałam się nie myśleć o zimnie. Zacisnęłam oczy. Po chwili poczułam coś miękkiego na ramionach. Otworzyłam ślepia  - mężczyzna przykrywał mnie grubym, fioletowym, ciepłym kocem. Wtuliłam się w niego i od razu było mi cieplej. Uśmiechnęłam się lekko.
- Lepiej trochę? – usłyszałam cichy głos. Odwróciłam głowę w lewo i spojrzałam na porywacza. Lustrował mnie wzrokiem z wyraźnym lękiem, jeśli mogę to tak nazwać.
Pokiwałam głowo i ziewnęłam szeroko.
- Do szczęścia potrzebuję jeszcze tylko kubek gorącej czekolady i jakiś dobry film.
Chłopak (nie będę go dłużej postarzać) zaśmiał się głośno i pokręcił głową, szczerząc się do przedniej szyby.
- Nie przedstawiłem się. Jestem Aleks. A Ty? – rzucił mi krótkie spojrzenie.
- Mary… -  powiedziałam cicho – jeszcze – dodałam po chwili.
- Czemu jeszcze? – zmarszczył brwi.
Westchnęłam cicho, czując jak kleją mi się powieki.
- Jutro – ziewnęłam ponownie i oparłam głowę o nagłówek. Zamknęłam oczy i udałam się do krainy snów.

*    *    *
Siemka. ; *
Sama nie wiem, czemu tak szybko dodaję kolejny rozdział. Jakoś mnie natchnęło i napisałam to tutaj. ^
Ach, co ja Wam mogę jeszcze powiedzieć, hmm. Ogólnie rozdział wydaje mi się całkiem niezły pod względem technicznym, mimo takiej długości, ale starałam się. x ) Ocenę treści pozostawiam Wam, jeśli ktokolwiek to czyta. Nie będę Was prosić o komentarze, bo piszę dla siebie. Bo chcę być w tym coraz lepsza. Bo naprawdę to uwielbiam. Jasne, komentarze są bardzo miłe i na ich widok człowiek dostaje szczękościsku, ale nie o to w tym chodzi. A przynajmniej nie mnie. Jeśli chcecie, piszcie, jeśli nie, to nie i tyle. Ja też czasem najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty pisać komentarza, bo robię to na siłę. I świat się nie zawala. ; )
Wybaczcie to powyżej, wena Fiona chyba już mnie opuściła.
Pozdrawiam Was wszystkich, Stokrotki. ♥
~ ruda mycha (wcz. green daisy)
(>*-*)>

środa, 20 marca 2013

Rozdział 8.


Taksówka zatrzymała się przed moim domem. Zapłaciłam kierowcy i skierowałam się w stronę furtki. Serce biło mi jak szalone. Stanęłam przed białymi drzwiami i wzięłam kilka głębszych oddechów.
Raz kozie śmierć.
Przymknęłam oczy i trzęsącą się ręką nacisnęłam klamkę. Weszłam do środka, a drzwi zamknęły się za mną z charakterystycznym skrzypieniem. Zdjęłam moje ulubione trampki i na bosaka przeszłam do salonu. Było tu przestronne pomieszczenia o ścianach w brązowe i beżowe paski, śnieżnobiałym suficie i podłodze z jasnego drewna. Naprzeciwko wejścia znajdowały się otwarte przeszklone drzwi na taras. Po lewej w narożniku znajdował się kominek, a po przeciwnej stronie stał wysoki regał z wypełnionymi ramkami ze zdjęciami pólkami. Obok – duża, brązowa, skórzana kanapa i dwa fotele o tym samym, czekoladowym obiciu.  Przed nimi niewielki stolik do kawy z ciemnego drewna. Na ścianie naprzeciwko wisiał telewizor,  pod nim stała wieża stereo, a po obu jej stronach – głośniki.
- Mary… jesteś… - ciemnowłosa kobieta, którą kiedyś nazywałam „mamą” , siedząca na wspomnianej wyżej kanapie obok blondwłosego mężczyzny, spoglądała na mnie niepewnie.
Boi się? Mnie?!
- Muszę Wam coś powiedzieć – pewnym siebie głosem odpowiedziałam na jej wahanie i lęk przed nieznanym. Stanęłam przed nimi i założyłam ręce na piersi. Czułam, jak odwaga mnie opuszcza, a jej miejsce zastępuje strach.
No, dalej. Przecież kiedyś muszę im to powiedzieć.
- Postanowiłam…  - że się wyprowadzam. W myślach to nic trudnego, czyż nie? Dobra, jeszcze raz.
Nerwowo przygryzłam wargę i spuściłam wzrok.
- Przeprowadzam się do Krakowa. – powiedziałam to. Bardzo cicho, wręcz niedosłyszalnie, ale jednak. Palce zacisnęłam na ramionach, żeby nie było widać, jak bardzo trzęsą mi się ręce. Rzuciłam moim byłym rodzicom spojrzenie spod rzęs. Oni… śmiali się?
- Żartujesz, prawda? – w ich oczach dostrzegłam rozbawienie. Jednak już po sekundzie, gdy wyraz mojej twarzy się nie zmienił, ono zniknęło.
- Ale dlaczego?
Serio? Po raz kolejny muszę to wszystko tłumaczyć?
Westchnęłam. Usiadłam na fotelu naprzeciwko dwojga wpatrujących się we mnie dorosłych. Wzięłam głęboki wdech i przyglądałam się swoim lekko drżącym palcom.
- Marcin wyjechał, chociaż wcale nie musiał, bo mnie zdradził. W tym roku kończę gimnazjum, a w Krakowie jest najlepsza aktorska szkoła średnia.  A teraz dowiedziałam się - posłałam im wymowne spojrzenie –  że mam innych rodziców. Więc zasadniczo nic mnie tutaj nie trzyma. Ostatniego dnia roku szkolnego wsiadam w pociąg i wyjeżdżam.
- Ale jak to? Przecież  my… Ola...
- WY – przerwałam „mamie” – nie jesteście moją rodziną. 
- Ale…  - spoglądali to na siebie nawzajem, to na mnie.
- Jadę i koniec. Chciałam tylko, żebyście wiedzieli.
Wstałam z fotela i skierowałam się do wyjścia z salonu. W progu odwróciłam się jeszcze i spojrzałam na nich po raz ostatni.
- Zamieszkam w hotelu. Kiedy skończę 16 lat nie będę już pod waszą opieką. Jestem dorosła. Potrafię być odpowiedzialna.
Poszłam do hallu, założyłam buty i wyszłam z domu. Ruszyłam chodnikiem.
Na niebie zbierały się gęste chmury, wiał silny, ciepły wiatr. Na ulicy ruch był niewielki. Tu i tam jechało/ szło/ biegło kilka osób,  samochody można by policzyć na palcach jednej ręki.  Ptaki zamilkły, z daleka dobiegało odbijane echem szczekanie psów. Wybijałam stopami spokojny, cichy rytm. Po krótkim marszu doszłam do przystanku autobusowego. Niedługo później nadjechał autobus. Wsiadłam do niego, a w uszy włożyłam słuchawki od mojego iPoda. Usiadłam w fotelu i wyglądałam przez zabrudzone zaschniętym błotem okna. Stąd świat wyglądał tak szaro i ponuro. Tak smutno.
Nie zauważyłam nawet, kiedy ktoś usiadł na miejscu obok.  Dopiero po chwili zdałam sobie z tego sprawę, ale nic sobie z tego nie robiłam.
Skupiona na widoku za szybą i muzyce brzmiącej w uszach straciłam poczucie czasu. Kiedy wróciłam do rzeczywistości, TA osoba nadal siedziała koło mnie. Była to wyższa ode mnie, przygarbiona postać, w ciemnoszarej bluzie z kapturem na głowie i czarnych dresowych spodniach. Nic więcej nie mogę o tym kimś powiedzieć, jednak odniosłam wrażenie, że skądś znam tego „dresa”. Ale skąd?
Dojechałam do końca pętli. Wysiadłam z autobusu i rozglądałam się za jakimś rozkładem jazdy. Po chwili znalazłam go; udało mi się zorientować, jak dojechać do hotelu. Wróciłam na przystanek i czekałam za tramwajem, gdy po raz kolejny w tym tygodniu poczułam mrowienie na karku. Dyskretnie rozejrzałam się dookoła.  Po drugiej stronie ulicy dostrzegłam TĄ osobę. Stała, lekko schowana za słupem elektrycznym, i przyglądała mi się! Ze strachem czekałam na tramwaj. Te kilka minut okropnie dłużyły się, jak podczas najnudniejszej lekcji. Wsiadłam do mojego wybawiciela. Przed odjazdem rzuciłam ostatnie spojrzenie na przystanek. Ale TEJ osoby już nie było…

*    *    *
Witam moje Słoneczka. ♥
Dzisiaj sama robię sobie imieninowy prezent, bo jakoś nikt - nie wliczając mojej rodziny - nie pamiętał o moim święcie. No, ale cóż. Nie pierwszy, nie ostatni raz. ; )
Wiecie co? Przeczytałam dzisiaj te wszystkie siedem rozdziałów i stwierdziłam, że historia jest tak banalna, nudna, dziecinna i żałosna, że nie wierzę, że ja ją wymyśliłam. Doszłam do wniosku, że jeśli już po siedmiu częściach opowiadania fabuła wydaje mi się tak słaba jak ta, to z moimi opowiadaniami będzie kiepsko. Mój problem chyba polega na tym, że najpierw skaczę, a dopiero potem myślę. Z tym blogiem to naprawdę był jakiś odpał, chociaż cieszę się, że mimo wszystko ciągnę to opowiadanie. Wreszcie mam pomysł na tę historię... To znaczy na następny rozdział. ; ) Polecam film "Buntownik z wyboru", zastępstwo z polonistką i pisanie rozdziału. Połączenie idealne. Mi wyszło na dobre... Chyba. ; )
Tak w ogóle to ostatnio przyszedł mi do głowy pomysł na nowego bloga. Jeśli kiedykolwiek go zacznę, to najwcześniej w maju, albo w wakacje, o ile coś takiego powstanie. Ale nie będę zdradzać. Przynajmniej jeszcze nie teraz. ; )
W zakładce SPAM możecie reklamować swoje blogi. Od razu uprzedzam, że jako pierwsze odwiedzę te, które będą jakoś streszczone/opisane, w następnej kolejności linki do nich. Może to trochę nie fair, ale nie mam 24 godzin na dobę na czytanie blogów. Musicie mnie jakoś do tego zachęcić. ; )
Pozdrawiam Was serdecznie, Stokrotki, i zachęcam do wyrażania szczerej opinii. ; ) xx
(>*-*)> (kocham tego potworka *.* ♥)

czwartek, 7 marca 2013

Rozdział 7.


Wyobraź sobie taką sytuację:
*
Dowiadujesz się, że Twój chłopak zdradzał Cię z inną.
*
Planujesz wyprowadzkę.
*
Twojej rodziny nie ma w domu.
*
Czeka Cię poważna rozmowa z rodzicami na temat wyjazdu (którzy - chcąc, nie chcąc - nadal są Twoimi opiekunami).
*
I nagle...

Dowiadujesz się pewnej rzeczy.
*
Nie, Twoi rodzice nie zginęli w katastrofie lotniczej.
*
Teraz wszystko staje się jasne.
Dlaczego rodzice opóźnili swój powrót.
Dlaczego zawsze wydawało Ci się, że oni nigdy Cię nie rozumieli.
Dlaczego nie masz zdjęć żadnych z dzieciństwa.
Dlaczego zawsze byłaś inna.
*
Bo Ty, jak właśnie się dowiedziałaś, zostałaś....

ADOPTOWANA.

Wow, lekki szok, czyż nie? Po szesnastu latach wychowywania przez praktycznie obcą rodzinę, dowiadujesz się, że ona nią nie jest.
Niemożliwe? A jednak.

Co teraz czujesz?
*
Niedowierzanie? Zdumienie? Rozczarowanie? Może złość?
*
I pewnie zadajesz dużo pytań.
*
Dlaczego dopiero teraz ci o tym mówią? Czy Twoi biologiczni (ugh, co za wstrętne słowo) rodzice żyją? Gdzie są? Kim są? Dlaczego oddali Cię do adopcji? I tak dalej, i tak dalej.
*
Wyobraziłeś/wyobraziłaś sobie tą sytuację?
*
To pięknie. Teraz wróć do rzeczywistości i ciesz się, że to nie Twoja historia.
*
To jest MOJA historią.
To JA zostałam ADOPTOWANA.



Niby o tym jakże zaskakującym  fakcie dowiedziałam się już kilka godzin temu, ale ciągle to do mnie nie dociera. Po prostu jest to dla mnie nierealne.
Dlaczego to wszystko nie może okazać się strasznym koszmarem, z którego po prostu nie mogę się wybudzić? Dlaczego teraz? Dlaczego ja?
Miałam się wyprowadzić. Miałam zacząć wszystko zera. I nagle wszystko zaczyna się walić.
Boże, za co? Dlaczego?

Wyszukałam numeru Pawła i połączyłam się. Po drugim sygnale odebrał.
- No, cześć, Mary? Co tam?
- Cześć, Paweł. - nikły uśmiech mimowolnie wkradł się na moją twarz - Możemy się spotkać?
- Jestem do twojej dyspozycji. - odpowiedział bez wahania - Gdzie, kiedy?
Zastanowiłam się chwilę.
- "ChocoCafe" za pół godziny?
- To do zobaczenia. - dodał jeszcze i przerwał połączenie.
Starałam się już nie myśleć o czekającym mnie spotkaniu, bo zaczęłabym samą siebie przekonywać, że to nie jest dobry pomysł. Spakowałam do torebki najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam z pokoju (byłam w domu). Zbiegłam po schodach, przy drzwiach zmieniłam obuwie, krzyknęłam 'Wychodzę!" i już mnie nie było. Wsiadłam do zamówionej wcześniej taksówki i dojechałam na umówione miejsce niecałe 10 minut przed czasem. Po uregulowaniu rachunku z kierowcą, skierowałam się w stronę kawiarni. Usiadłam przy moim "stałym" stole i zamówiłam - jak zwykle - gorącą czekoladę. Po chwili otrzymałam swoje zamówienie. Paweł zjawił się po dosłownie minucie. Widziałam przez okno, jak szedł od strony hotelu, a wiatr rozwiewał luźne rękawy jego koszuli. Wreszcie dotarł do drzwi i wszedł do budynku. Szybko odszukał mnie wzrokiem i z uśmiechem na ustach podszedł do mojego stolika.
- Heeej - powiedziałam przeciągle, wyginając usta w nieco sztucznym uśmiechu.
Szatyn bez słowa zajął miejsce naprzeciwko mnie i przyglądał mi się badawczym wzrokiem.
- Stało się coś, prawda? - po kilkunastu sekundach zdecydował się przerwać ciszę - Potrzebujesz słuchacza?
Aż tak to widać?
- Oj, tak. - ten uśmiech już z pewnością był szczery.
- Zatem zamieniam się w słuch. - Paweł oparł łokcie na blacie, brodę na dłoniach, a ja zaczęłam swoją opowieść.
*
-... i tak to w skrócie wygląda. - westchnęłam.
Tak, powiedziałam mu o wszystkim. O Marcinie, o przeprowadzce, o adopcji. Całą historię od samego początku aż do obecnej chwili, w której przyglądam mu się w oczekiwaniu na jakąś reakcje. Może to trochę dziwne, że zwierzam się prawie obcemu człowiekowi. Ale musiałam się wygadać.
Paweł zachował kamienną twarz, ale jego oczy zdradzały wszystko. To znaczy może nie wszystko, ale wiedziałam na pewno, że moja historia nie jest mu obojętna. Nie umiem czytać z oczu, ale wiem, że przewinęło się w nich wiele uczuć. Biła z nich przede wszystkim troska. I... podziw? Tego ostatniego nie byłam pewna.
- Wow... nie wiem, co powiedzieć. - wydusił po dłuższej przerwie. Z trudem sklejał zdania. Ale nie dziwię mu się.  Skąd ja to znam.
Uśmiechnęłam się smutno. Szatyn usilnie szukał jakichś słów pocieszenia i wsparcia, ale bezskutecznie. A przynajmniej tak to wyglądało.
- Przepraszam, że musiałeś tego wszystkiego słuchać. Ale wiesz... Musiałam to komuś powiedzieć. To mnie tak... cisnęło od środka, rozumiesz.
Pokiwał głową, jednocześnie kręcąc nią lekko [niby niemożliwe, ale chyba potraficie to sobie wyobrazić :)- przyp. autorki], jakby z niedowierzaniem. Widocznie nadal był w lekkim szoku po mojej opowieści.
- Jezu, wiesz... Ciężko mi w to uwierzyć... Na twoim miejscu tu chyba bym się z mostu rzucił. - stwierdził dyplomatycznie.
- Nie, no, dzięki. - z rozbawieniem patrzyłam, jak dociera do niego sens wypowiedzianych przed chwilą słów.
- To nie miało tak zabrzmieć... Serio. Sorry, nie to miałem na myśli.
- Nie ma sprawy, spoko. - mój dobry humor momentalnie się ulotnił. - Dzięki, że mnie wysłuchałeś.
- Hej, to naprawdę nic wielkiego. - przesiadł się na krzesło obok mnie i objął ramieniem. Lekko przytulił mnie do siebie i pocieszająco klepał po placach.
Nagle pod powiekami poczułam łzy, które następnie  spłynęły po mojej twarzy.
Jeszcze chwilę trwaliśmy w uścisku. Wreszcie, gdy zapanowałam nad oczami i wypływającą z nich cieczą, odsunęłam się od niego i wymusiłam uśmiech. Paweł odwzajemnił go i gestem przywołał kelnerkę. Zapłacił za nasze zamówienia i wyszliśmy z kawiarni. Skierowaliśmy się w stronę jego hotelu. Całą drogę przebyliśmy w ciszy. Szliśmy jakiś kwadrans, napawając się słodkim zapachem bzów i azalii. Wreszcie dotarliśmy do celu. Staliśmy chwilę przed wejściem do hallu, naprzeciwko siebie.
To było nasze ostatnie spotkanie - Paweł jutro wyjeżdża.
Wyciągnęłam do niego rękę i uśmiechnęłam się - lekko, ale szczerze.
- Do widzenia Panu.
- Do zobaczenia. - poprawił mnie z uśmiechem. - Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
Prychnęłam lekko.
- Sam się będziesz o to prosił.
- Zobaczymy. - puścił moją dłoń. Za moimi plecami usłyszałam klakson samochodu. Taxi...- Ja lecę. - ostatni smile i odwrót na pięcie. Otwierając drzwi do taksówki, obejrzałam się jeszcze raz, ale Pawła już nie było. Wsiadłam do auta i podałam kierowcy adres mojego (jeszcze) domu.
Teraz czeka mnie o wiele mniej przyjemna rozmowa.


*    *    *

Oj, powinniście mnie zdrowo opie*rzyć. Cały czas odkładam w czasie tą rozmowę Mary z rodzicami, ale po prostu nie wiem, jak miałaby ona wyglądać. Nie potrafię myśleć "po dorosłemu". Przepraszam, sama jestem na siebie zła. Myślę, że w następnym rozdziale już będzie.
Pozdrawiam cieplutko i słodkich snów. xx ♥
~ green daisy

PS Hehe, a ja już mam weekend. :D








sobota, 23 lutego 2013

Rozdział 6.

Znasz to uczucie, prawda? Odnosisz wrażenie, że nic nie ma sensu. Czujesz się zapomniana, odrzucona. Nic nie chce Ci się robić, bo po co? Po co wstawać rano? Po co się uczyć? Każdy dzień wygląda tak samo. Budzisz się - idziesz do szkoły - wracasz do domu - kładziesz się spać. Zjadasz posiłki. Czasami wychodzisz z domu, ale kiedyś będziesz musiała do niego wrócić. I koło się zamyka. Czekasz na koniec roku i wakacje, ale i one kiedyś się skończą. Znowu rano będziesz zwlekać z wstaniem z łóżka, będziesz wyczekiwać wakacji, ferii, świąt, weekendów. Cały czas ta sama chora monotonia. Szkoła - ferie - szkoła - wakacje - szkoła - ferie - szkoła - wakacje. Zataczasz nowe kręgi, które w rzeczywistości cały czas wyglądają tak samo. Pytasz samą siebie - do czego to wszystko zmierza? Prędzej czy później i tak umrzemy, więc po co to wszystko? Po co się urodziliśmy, skoro i tak umrzemy? Jaki to wszystko ma sens?
No, właśnie. To nie ma sensu.

To się chyba nazywa depresja.

Po raz kolejny rozmyślam, siedząc w oknie. To chyba stanie się moim nowym hobby.
Mieszkam w hotelu od wczoraj. Postanowiłam dzisiaj odpuścić sobie szkołę, jak zapewne większość uczniów. Ciekawe, dlaczego (czujecie ten sarkazm).
Dzisiaj dzień powrotu... ach, mojej rodziny. Muszę wszystko wyjaśnić moim rodzicom. Nie zapowiada się kolorowo.
Nie mam pojęcia, jak zareagują na moją przeprowadzkę. Może uznają, że jestem już na tyle dorosła, że mogę sama podejmować decyzje? A może będzie odwrotnie? Może będą mi kazali "przestać się wygłupiać i natychmiast wracać do domu"? Strasznie boję się ich reakcji. Od tego zależy wszystko.
Próbowałam ułożyć jakieś zgrabne przemówienie, ale w głowie mam pustkę. "Czyli stawiamy na spontan." Cóż, jakoś to będzie. Trzeba być dobrej myśli.
Ich samolot przylatuje o 21:20 - niby nie tak późno, ale pewnie będą zbyt zmęczeni, żeby ze mną porozmawiać. Mimo to i tak będę musiała być w domu. Całą noc będę się gryźć z myślą, jak przebiegnie nasza rozmowa. Chciałam mieć to jak najszybciej z głowy, ale cóż, to nie tylko ode mnie zależy.
Z każdą chwilą coraz bardziej się denerwuję. Wszystko leci mi z rąk. Nie mogę usiedzieć w miejscu. Tyle myśli, tyle obaw. "Jak to wszystko się skończy?"
"Potrzebuję powietrza. Teraz."
Czym prędzej założyłam buty i wyszłam z pokoju. Przekręciłam kluczyk w zamku ciemnobrązowych drzwi z numerem 418 i skierowałam się w stronę windy. Chwilę czekałam, zanim cicha melodyjka obwieści jej przyjazd. Wsiadłam to tego jakże nielubianego przeze mnie pomieszczenia i wcisnęłam przycisk oznaczony literką "P". Byłam właśnie pomiędzy piętrem trzecim i drugim, kiedy nagle wszystkie światła zamigotały i zgasły. Winda stanęła.
"No nie wierzę." Czy to jakiś pech mnie dzisiaj prześladuje, czy co? "Cholera, no. Czemu znowu?"
Ja to mam szczęście. Już 6 raz w ciągu mojego jakże ciekawego życia utykam w windzie. Czwarty raz jestem sama. Czwarty raz w windzie nie ma telefonu.
"Czyli mam dwie godzinki dla siebie." Zrezygnowana usiadłam na podłodze i oparłam się o ścianę. W pudełku (że windzie) panowały egipskie ciemności (swoją drogą ciekawe, skąd się to powiedzenie wzięło <myśli>). Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do braku światła rozejrzałam się dookoła. Dokładnie oglądałam wszystkie szczegóły. Nagle mój wzrok natrafił na coś dziwnego. "Jakaś torba czy co?" Przesunęłam się bliżej do niezidentyfikowanego obiektu.
...
O mój Boże! Tu jest człowiek!
Przerażona odskoczyłam w przeciwny kąt windy. Próbowałam uspokoić galopujące serce i przyspieszony oddech. "Spokojnie, Mary, ogarnij się. Przecież nic się nie stało."
Po jakimś czasie, gdy mogłam już spokojnie oddychać, odważyłam się postąpić krok w stronę "torby". I jeszcze jeden. I jeszcze.
Zważywszy na to, jak małym pomieszczeniem jest winda znajdowałam się teraz w niewielkiej odległości od leżącego osobnika. Wyglądał na jakieś 20, może 22 lata. Krótkie, ciemne (w takim mroku wszytko było ciemne) włosy były w artystycznym nieładzie. Koloru oczu podać nie mogę, były zasłonięte powiekami. Brodę i policzki pokrywał kilkudniowy zarost. Mężczyzna miał na sobie zwykły T-shirt i ciemne, zwężane spodnie. Przez ramię miał przewieszoną jakąś torbę. Wyglądał jakby spał.
Nigdy wcześniej nie widziałam tego faceta. Musiał wsiąść piętro wyżej, ale jakim cudem nie zauważyłam go, gdy wsiadałam do windy - na to pytanie nie potrafiłam odpowiedzieć.
Powoli uklękłam obok leżącego. "Budzić go czy nie?" zawahałam się, przygryzając wargę. "Raczej mnie nie zje. Nie wygląda na kanibala."
Niepewnie potrząsnęłam nim za ramię.
Nic.
Spróbowałam ponownie.
Ten tylko prychnął przez sen i odwrócił się na bok, plecami do mnie.
"O nieee, tak się bawić nie będziemy."
Potrząsnęłam nim jeszcze raz. Mocno i długo.
Odsunęłam się.
Mężczyzna zamrugał kilkakrotnie i po chwili otworzył oczy. Chwilę zajął mu powrót do rzeczywistości. Gdy wreszcie się obudził, podniósł się do pozycji siedzącej i rozejrzał się. Na mój widok podskoczył.
- Tak strasznie wyglądam? - zapytałam, rozbawiona. Moja reakcja na jego widok była podobna, tylko że jakieś tysiąc razy mocniejsza.
- Nie, tylko... - nie potrafił znaleźć słów - A gdzie my w ogóle jesteśmy? - szybko zmienił temat.
- W windzie.
Szatyn podniósł brwi i wpatrywał się we mnie zdziwiony. "Oczy piwne..."
- W windzie? - upewnił się, a ja kiwnęłam głową - A... czemu?
Chyba był nieco zdezorientowany (z naciskiem na "nieco").
- Awaria - powiedziałam tylko.
Pan X powoli łapał, o co chodzi. Chwilę siedzieliśmy w milczeniu.
- Jestem Paweł - odezwał się nagle i wyciągnął do mnie rękę.
- Mary - uścisnęłam jego dłoń i uśmiechnęłam się.
"Te dwie godziny nie będą jednak takie nudne."

*

- A pamiętasz minę tego dozorcy, jak nas tam zobaczył? - śmiał się szatyn.
- "Dzieci, co Wy tutaj robicie? Nie można przesiadywać w windzie" - zmieniłam głos, zrobiłam groźną minę i pogroziłam mu palcem. Po chwili oboje zanosiliśmy się niepohamowanym śmiechem. Nie, takich momentów się nie zapomina.
Znajdowaliśmy się w kawiarni nieopodal naszego hotelu. Malutki budyneczek o ciemnobrązowych ścianach, dużych oknach, z szyldem "ChocoCafe" nad drzwiami. Wewnątrz zaledwie trzy czteroosobowe stoliki, poustawiane przy zasłoniętych firankami oknach, i dwa trzyosobowe, stojące na środku. Poza tym niewielki barek i zaplecze. Na ścianach mnóstwo czarnych, beżowych, brązowych i białych ramek ze zdjęciami przedstawiającymi głównie czekoladę. Ciepłe, żółte światło i delikatna muzyka, sącząca się z ukrytych głośników.
"Przytulnie."
Sięgnęłam po kubek i napawałam się aromatycznym zapachem gorącej czekolady. Zawsze kojarzyła mi się z domem. Ciepłym, życzliwym, przytulnym. Prawdziwym.
Przeniosłam wzrok na siedzącego naprzeciwko Pawła i uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie. Te trzy spędzone z nim w windzie godziny były mi potrzebne. Przynajmniej mogłam oderwać myśli od czekającej mnie niezbyt przyjemnej rozmowy.
20-latek uważnie lustrował mnie spojrzeniem, jakby chciał odgadnąć o czym myślę. Wyprzedzając pytanie - nie, nie opowiedziałam mu o Marcinie. Chyba nie ufałam mu jeszcze na tyle, żeby zwierzać mu się ze
wszystkiego. To za szybko.
Z odrętwienia wyrwało mnie brzęczenie mojego telefonu. Zerknęłam na ekran - mama.
- Przepraszam Cię na chwilę.
Wstałam od stołu i wyszłam z budynku. Stanęłam przy oknie, po którego drugiej stronie na krześle siedział Paweł.
- Tak? - odebrałam.
- Mary, jesteś w domu? - a przywitanie to gdzie?
- Nie. A czemu?
- A gdzie jesteś? - zignorowała moje pytanie.
- W kawiarni. Coś się stało?
- Nie... Tak... Nie ważne - i weź tu nie zwariuj - Słuchaj, nasz lot został odwołany. Polecimy następnym samolotem, na lotnisku będziemy o 7.45 następnego dnia.
- Co? A dlaczego?
- Nie ważne, dowiesz się później. - "lubię to" dla rozmowy z mamą - Muszę kończyć. Do jutra.
- Al..
- BIP, BIP, BIP.. - rozłączyła się.
- Ugh. - warknęłam pod nosem, ze złością chowając telefon do kieszeni.
- Coś się stało? - zza moich pleców dobiegł mnie głos Pawła. Odwróciłam się do niego.
- Tak właściwie to nic, po prostu uwielbiam rozmowy z moją mamą.
Paweł uśmiechnął się znacząco, ale nic już nie powiedział. Podał mi moją torbę, którą trzymał w ręce. Bez słowa ruszyliśmy ramię w ramię w drogę powrotną do hotelu.
Szliśmy tak, wdychając świeże, ciepłe powietrze i wsłuchując się w przepiękny śpiew ptaków. Nagle poczułam dziwne mrowienie w okolicy karku. Odwróciłam się gwałtownie, ale nikogo nie zauważyłam. "Znowu to dziwne uczucie."
- Wszystko OK?
Paweł patrzył na mnie trochę zdezorientowany, trochę zatroskany.
- Tak myślę. Czuję się, jakby ktoś mnie śledził.
Rozejrzałam się dookoła, ale nic nie zauważyłam.
- Może tylko mi się zdawało - uśmiechnęłam się, nie chciałam go martwić. Pociągnęłam go za rękaw, bo stał w miejscu. - Chodź i nie przejmuj się.
Posłał mi lekko wymuszony uśmiech, ale ruszył się. Szliśmy niespiesznie, zapewne wyglądając dość zabawnie: ja, o wzroście metra siedemdziesiąt, i on, prawie dwumetrowy dryblas.
Uśmiechnęłam się w myślach. "Moja prywatna eskorta."
Przy nim mi nic nie grozi.
Dobrze jest mieć przyjaciół.


Hey, hi, hallo. ;))
Uhuhu, dawno mnie tu nie było. Miałam napisać wczoraj, nie udało się, napisałam dzisiaj. Może być? ;))
Jak podoba się szóstka? Kim jest Paweł? Czy Mary faktycznie ktoś śledził? Dlaczego jej rodzice później wracają? Co wyniknie z rozmowy z nimi? Odpowiedzi - już niedługo.
Pozdrawiam Was serdecznie. xx ♥
green daisy




piątek, 25 stycznia 2013

Rozdział 5.

"Masz 27 nieodebranych połączeń od: Marcin" powiedziała metalicznym, sztucznym głosem (czyt. jak robot) sekretarka poczty głosowej.
"Masz 8 nieodebranych wiadomości od: Mar..."
- Spierdalaj! -  wrzasnęłam, z całej siły ciskając telefonem w podłogę. Komórka rozpadła się na kilka części, a ja nie musiałam już słuchać tego denerwującego głosu. Siedziałam na brzegu łóżka i, wściekła, szarpałam rozpuszczone, mokre włosy, starając się zahamować napływające łzy. Zaciskałam zęby, powstrzymując się od wykrzyczenia paru soczystych słów lub, co gorsza, ponownego wybuchnięcia płaczem.
Od rozmowy z Baku minęły cztery dni, jutro piątek i tym samym - powrót ukochanej rodzinki. A ja nadal nie potrafiłam kontrolować swoich zachowań. Wystarczyła jedna myśl o... wiecie kim (i nie mam tu na myśli Lorda Voldemorta (jak mogłaś wymówić to imię?!(nie wymówiłam, tylko napisałam, geniuszu (ano tak, zwracam honor (jaki honor?(tak się mówi (aa, ok. :D))))))*, a w oczach pojawiały się łzy wściekłości. Jako już prawie szesnastolatka, którą przecież jestem, powinnam przestać zachowywać się jak smarkacz i odebrać ten telefon, pozwolić Marcinowi skontaktować się ze mną. Ale nie myślałam racjonalnie. Emocje wzięły górę.

- Wiesz, że to nic nie da. - usłyszałam głos. I to nie był ten cichutki głos w mojej głowie. 
Otworzyłam zaciśnięte wcześniej oczy i spojrzałam spod rzęs w kierunku drzwi. Po raz kolejny Baku widział, jak użalam się nad sobą. Niby byliśmy przyjaciółmi, ale ta jego ciągła troska onieśmielała mnie. Zachowywałam się jak rozpieszczony bachor, ale nie potrafiłam... Nie nie potrafiłam. Nie chciałam, po prostu nie chciałam inaczej. Wolałam całymi dniami beczeć niż przez tą jedną krótką chwilę porozmawiać z moim byłym chłopakiem. A Piotrek powoli wkurzał mnie swoją opiekuńczością. Chociaż ostatnio wszystko mnie wkurzało.
- Wiem - to nie był mój głos. Odchrząknęłam - Ale ja nie chcę inaczej.
Spuściłam wzrok i nerwowo bawiłam się nitką mojego swetra. 
- Przynajmniej umiesz się do tego przyznać. Co nie zmienia faktu, że jesteś tchórzem.
Cóż, miał rację. Ale nie musiał mi o tym przypominać. Ze smutkiem wpatrywałam się w swoje kolana. "W takim razie może zamiast pocieszania dasz jakąś dobrą radę?"
- Baku, co ja mam zrobić?
Nie patrzyłam na niego, więc nie widziałam jego reakcji. I to chyba nawet lepiej.
- Ty dobrze wiesz, co.
Westchnęłam i bez słowa pozbierałam części mojego telefonu. Obudowa była trochę zniszczona, ekran na szczęście cały. Po złożeniu komórki włączyłam ją i w milczeniu czekałam, aż się uruchomi. Wpisałam kod PIN i zadzwoniłam na pocztę głosową. Najpierw chciałam odsłuchać wiadomości, może dowiem się z nich czegoś ważnego. Postępując zgodnie z poleceniami robota-sekretarki wpisałam kilka cyferek i już po chwili usłyszałam nieco zniekształcony głos Marcina: "Hej, Mary, tu Marcin. Dlaczego nie odbierasz, chcę porozmawiać. Odezwij się, proszę." "To znowu ja. Słońce, co się dzieje, martwię się. Proszę, oddzwoń." "Odbierz ten cholerny telefon i porozmawiaj ze mną!" to tylko trzy z ośmiu... już dziewięciu wiadomości. Odsłuchałam wszystkie z grobową miną. Wreszcie wyłączyłam pocztę i na chwilę odsunęłam komórkę od ucha. Baku stał w progu, opierając się o framugę drzwi i przyglądał mi się z tajemniczym uśmiechem (normalnie jak Mona Lisa :P). Nie wiem, co miał on wyrażać - zadowolenie? triumf? Nie przejmując się Piotrem ponownie skupiłam się na telefonie. W spisie kontaktów wyszukałam numer Marcina, odetchnęłam głęboko dla uspokojenia i połączyłam się. Przyłożyłam komórkę do ucha i wsłuchiwałam się w pojedyncze kilkusekundowe dźwięki. Po drugim sygnale usłyszałam to tak dobrze mi znane:
- Halo?
- Cześć, Marcin...
Jego reakcja była dość zaskakująca:
- Mary, to naprawdę ty? Dlaczego nie odbierałaś, dzwoniłem tyle razy. Myślałem, że coś się stało, bałem się o ciebie... - wsłuchiwałam się w jego melodyjny, miękki głos, a na moją twarz wypłynął lekki uśmiech. Jednak po chwili dotarła do mnie okrutna prawda.
- Marcin, wiesz co... - w tym momencie cieszyłam się, że nie muszę rozmawiać z nim w rzeczywistości - Przepraszam, że nie odbierałam. Wiele sobie przemyślałam i... musiałam z tobą porozmawiać. Wiem, że ten wyjazd nie był z twojej winy, więc...
- Wiesz, Mary... Nie do końca byłem z tobą szczery...
Wytrzeszczyłam oczy. "Czy to znaczy, że...?!"
- Tak naprawdę, to... - słyszałam jak cicho westchnął i po chwili kontynuował - o wyjeździe wiedziałem już dawno. Nie powiedziałem ci o nim, bo stchórzyłem, przyznaję się bez bicia. Ale nie to jest istotne. Sęk w tym, że nie musiałem lecieć do tego Los Angeles. Mogłem zostać w Polsce. Ale tam była też Wila...
Odebrało mi mowę. Siedziałam jak posąg z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami i wpatrywałam się w ścianę. Zapomniałam o wszystkim dookoła, o Piotrku stojącym w drzwiach, o telefonie, który wyślizgnął mi się z palców i spadł na podłogę, o oddychaniu. Wila... To teraz wszystko jasne.
Po dłuższej chwili ocknęłam się z odrętwienia i mrugnęłam kilka razy, by wrócić do rzeczywistości. Obok łóżka leżały części mojego telefony (biedny, już drugi raz dzisiaj oberwał, chociaż w niczym nie zawinił). Niczym maszyna po raz kolejny złożyłam komórkę. W głowie miałam pustkę.
- I? - na sam dźwięk tych słów podskoczyłam i natychmiast wyrwałam się z odrętwienia.
Spojrzała na Piotrka, uśmiechając się jak zła wiedźma z bajki o "Jasiu i Małgosi", której zawsze się bałam.
- Już wszystko wiem.
Nic nie czułam. Ani smutku, ani złości, ani żalu. Jakbym nie miała serca. Baku patrzył na mnie zdezorientowany. Na widok jego zmarszczonych brwi, pełnego troski spojrzenia i cienkiej kreski zamiast ust zaśmiałam się radośnie.
- Nie myśl tyle, bo myśliwym zostaniesz.
Piotrek już chyba nic nie rozumiał. Ja natomiast z całkowitym spokojem i luzem podeszłam do szafy, wyciągnęłam spod niej torbę podróżną i otworzyłam drewniane drzwi. Wybierałam różne ciuchy i wkładałam je spokojnie do torby. Po pięciu minutach zamknęłam do połowy opróżnioną szafę, podniosłam się z klęczek i podreptałam do biurka. Jak leci wyciągałam z jego szuflad wszystko, co uznałam za potrzebne: portfel, legitymację, ładowarkę i słuchawki do telefonu i iPoda, latarkę, kalendarz, zegarek, jakieś stare zdjęcia, ulubioną książkę, mały aparat fotograficzny, czysty zeszyt i piórnik. Wszystko to wsadziłam do mojej czarnej, skórzanej torebki. Sięgnęłam po zawsze spakowaną kosmetyczkę i włożyłam ją do torby. Byłam gotowa.
Rozejrzałam się po pokoju i jakież było moje zdziwienie, kiedy spostrzegłam, że na łóżku siedzi otępiały i zdezorientowany Piotrek i przygląda mi się.
- O, ty ciągle tu jesteś. Przykro mi, ale będę musiałam cię wyprosić.
Uśmiechnęłam się miło i w podskokach wyszłam z pokoju. Zbiegłam radośnie po schodach i skierowałam się do kuchni. Tam otworzyłam drzwiczki jednej z półek i zajrzałam do niej z ciekawością. Z jednoczesną ulgą i zadowoleniem wyjęłam z niej gruby pliczek stuzłotowych banknotów. Szybko je przeliczyłam. 50 stówek. Nie za dużo, ale na razie musi wystarczyć. Z wspomnianej wcześniej półki wyjęłam paszport ("nigdy nic nie wiadomo") i książeczkę zdrowia. Rozejrzałam się po kuchni i starałam się przypomnieć, 
co jeszcze powinnam zabrać. Sięgnęłam do lodówki i wyjęłam z niej kilka batonów. Pogrzebałam w kilku szufladach i wyjmowałam z nich różne artykuły spożywcze - to jakaś bułka, to owoce, to jakieś słodycze. Wszystko schowałam do torebki.
Nagle przypomniałam sobie słowa mamy sprzed prawie miesiąca: "Karta kredytowa, tak w razie czego. Masz na niej 10 tysięcy, ale mam nadzieję, że ci się nie przydadzą." Westchnęłam na wspomnienie o mamie, ale czym prędzej odsunęłam od siebie tę myśl. Z szafki z lekami wzięłam jakieś tabletki przeciwbólowe, kilka plastrów, bandaż i tym podobne.
Gdy spakowałam już wszystko pobiegłam do łazienki. Wzięłam kilka kosmetyków i innych niezbędników każdej kobiety. Wróciłam do pokoju po torbę, w myślach szukając najlepszego miejsca na nocleg. Baku nadal siedział na moim łóżku, choć mnie nie było w pokoju prawie pół godziny. Pociągnęłam go za rękaw i wyprowadziłam z pokoju, jakby był drucianą lalką. Na ramię założyłam pasek torebki, podróżną niosłam w ręce i pewnym krokiem opuszczałam dom. Piotrek nadal jak zahipnotyzowany szedł posłusznie za mną. Gdy znaleźliśmy się już za drzwiami przekręciłam dwa razy klucz w zamku 
i skierowałam się do furtki.
Nie czułam zupełnie nic. Radości ani smutku. Miłości ani nienawiści. Żadnego kłucia w sercu, żadnego skurczu żołądka. Jakbym była duchem.
A Piotrek nagle się ocknął:

- Mała, co ty robisz?
Spojrzałam na niego z politowaniem.
- Ale ty masz tempo. Tylko pogratulować.
Piotrek nie miał jednak nastroju do żartów. Złapał mnie za oba nadgarstki i trzymał w stalowym uścisku. Miał tą przewagę, że był silniejszy.
- Nie denerwuj mnie, Mary. Co ten cały Marcin ci powiedział, hę?
Chciał znaleźć mój czuły punkt, ale nie udawało mu się to. Jeszcze.
- A nic takiego - skłamałam lekko, nadając swojemu głosowi beztroski ton. Czułam się, jakbym była naćpana.
- Nic takiego, tak... To dlaczego się spakowałaś i wiejesz z domu?
- Po pierwsze nie wieję, tylko się wyprowadzam. Po drugie nie twój interes, co Marcin mi powiedział - mój spokojny dotychczas ton głosu zmienił się nagle w ostry, nieco piskliwy głosik.
Dobry był, oj, dobry.
- Owszem, mój interes. Jakbyś zapomniała jesteśmy przyjaciółmi i po prostu martwię się o ciebie.
Trafiony - zatopiony. Znalazł ten czuły punkt.
Czułam, jak pod powiekami gromadzi się woda, a z lewej strony pod żebrami poczułam lekkie ukłucie, jakby szpilkę. Szpilkę o imieniu przyjaźń.
Przez dłuższą chwilę milczałam, układając w myślach odpowiedź. Wreszcie się odezwałam:
- Wiem, Piotrek, masz rację. Przepraszam cie...
- A po gówno mi twoje przeprosiny, skoro i tak i tak wyjedziesz - przerwał mi swoim donośnym, mocnym barytonem. - Nie chcę, żebyś wyjeżdżała. Nie beze mnie.
Czy chciał wzbudzić we mnie poczucie winy? Oczywiście. 
Czy osiągnął swój cel? Jakże by inaczej.
Czy dam mu tak łatwo wygrać? Nie ma takiej opcji.
- Przykro mi, ale wyjechać muszę. Sama. Chcę zacząć wszystko od zera.
Patrzyłam twardo w jego głębokie, ciemnobrązowe tęczówki. 
"Jeszcze chwila i ulegnę."
- Tylko jak już zostaniesz tą sławną piosenkarką, to wyślij mi chociaż pocztówkę, co? - próbował zażartować, ale żadnemu z nas nie było do śmiechu. 
Bez słowa zbliżyłam się do niego i mocno przytuliłam, nie wiem jakim cudem powstrzymując łzy. Baku natychmiast mnie objął i z całych sił uścisnął, jakby chciał mnie ochronić przed złem całego świata.
- Odezwę się - wyszeptałam, kiedy już wypuścił mnie ze swojego uścisku. Spojrzałam ponad jego ramieniem i zauważyłam stojącą po drugiej stronie ulicy taksówkę. Ostatni raz uśmiechnęłam się do niego i odeszłam, nie oglądając się za siebie, do czekającego pojazdu. Wsiadłam do białego mercedesa i powiedziałam cicho:
- Na Roosevelta 95 proszę. 
Odwróciłam głowę w stronę okna i zauważyłam stojącego tam, gdzie go zostawiłam Piotrka. Wpatrywał się w przestrzeń, a po jego twarzy spływały strumyki łez. Szybko odwróciłam wzrok, bo nie chciałam po raz kolejny dzisiaj się rozpłakać. Mimo ogromnego bólu w sercu nie było już odwrotu.
Czas zamknąć za sobą wszystkie drzwi i zacząć nowy rozdział życia.


Pojechałam do hotelu. Planowałam tam zamieszkać i skończyć gimnazjum (Baku nie chodził ze mną do szkoły - na szczęście), bo i tak już niewiele zostało, a nie ma po co marnować całego roku harówki.
Wszystko zaplanowałam.
Zaraz po skończeniu roku szkolnego wyjeżdżam do Krakowa, tam złoże dokumenty do trzech liceów - będą musieli mnie gdzieś przyjąć. Zmienię nazwisko (imię też), image, numer telefonu. Będę musiała wytłumaczyć się rodzicom, ale o tym staram się jeszcze nie myśleć. Postaram znaleźć sobie jakąś pracę na wakacje, jak chociażby sprzątanie czy roznoszenie ulotek, żaby zarobić trochę grosza. Wynajmę jakiś pokój.
Wiem, że nie będzie łatwo, ale muszę spróbować. W tym mieście jest zbyt wiele cudownych i jednocześnie raniących wspomnień. Nie mogę tu dłużej zostać.
Pewnie myślicie, że zwariowałam i że po tygodniu wrócę do domu, jak syn marnotrawny, gdy roztrwonił majątek po ojcu. Ja jednak ciągle mam nadzieję, że mi się uda. Muszę stąd wyjechać, póki wierzę. 
Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

__________________
* Wytłumaczę te wygłupy. :P Podczas pisania rozdziału działa tylko jedna półkula (nieważne która, ważne że jedna!), a druga się w tym czasie nudzi. Dlatego żaby znaleźć sobie zajęcie ta nudząca się część mózgu podszeptuje coś pracującej półkuli tak natrętnie, że ona (aczkolwiek niechętnie) przyjmuje te szepty jako swoje i wysyła przez palce do komputera. Tak powstają "nawiasowe nawiasy w nawiasach". ;D [przyp. autorki]



Kolejna notka za nami. ;)
Zamierzałam dodać wczoraj, ale musiałam ponadrabiać zaległości bloggerowe (blogów czytam całkiem sporo, a przez te trzy dni nie zajrzałam na żaden ani razu) i nie miałam do tego głowy. Potem jeszcze pisałam te przemyślenia końcowe, bo czegoś mi brakowało i wyszło, co wyszło. Mogło być lepiej, zwłaszcza ta beznadziejna końcówka, ale szczerze już mam dość tego rozdziału. Siedziałam nad nim, czytałam mnóstwo razy do znudzenia i dzisiaj wreszcie dodaję.
Dobra, skończę to marudzenie. :D Dziękuję za wszystkie wejścia, za komentarze i w ogóle. Uwielbiam Was wszystkich i każdego z osobna. ;**

Pozdrawiam cieplutko. xx


poniedziałek, 21 stycznia 2013

Notka

Rozdziału dzisiaj nie dodam, choć jest już gotowy (czyt. napisany w komórce), ale nie zdążę go przepisać, bo za jakieś dwadzieścia minut wyjeżdżam, a jestem dopiero w połowie. Wątpię, żebym do czwartku miała możliwość korzystania z internetu, dlatego jak tylko wrócę (24 około 12-13) postaram się go szybko dodać. To tak gwoli wyjaśnienia. ;)
Pozdrawiam i udanych ferii, śpiochy. ;** xx

sobota, 12 stycznia 2013

Rozdział 4.


Pustka.

Smutek. 
Żal.
Rozczarowanie.
...
Złość.
Tak, czułam złość. Dlatego, że mnie zostawił, choć sam zapewne nie miał na to wpływu. Dlatego, że powiedział mi o wyjeździe w ostatniej chwili, chociaż sam dowiedział się niewiele wcześniej. Dlatego, że wyjeżdżając, zabrał cząstkę mnie, choć sam nie miał o tym pojęcia. Dlatego czułam złość. Bo był niewinny.
Nie chciałam płakać, naprawdę nie chciałam. Ale nie potrafiłam inaczej. 
Siedziałam na tej sofie... Patrzyłam na tą podłogę... A łzy leciały wodospadem. Płynęły, jakby moje oczy były krawędzią nad urwiskiem. Zapobiegawczo położyłam na podłodze pod swoją twarzą niewielki ręcznik, żeby nie musieć później wycierać podłogi. Ale jeden ręcznik nie wystarczył.
"Pierwszy szok" trwał jakieś dwie godziny. Tak mi się wydaje, bo nie patrzyłam na zegarek. Dom był pusty - rodzice wraz z siostrą wyjechali do Chorwacji (dość nietypowy wyjazd w kwietniu) na trzy tygodnie. Wracają w przyszły weekend, już po egzaminach. Uważają, że jestem wystarczająco dojrzała i inteligentna, żeby można było mi zaufać. I nie pomylili się, można mi zaufać. Tylko nie wtedy, kiedy ktoś złamał mi serce.
Musiałam jakoś odreagować. I na co wpadła genialna Mary? Na upicie się, oczywiście! "Ciąć się nie ma dla kogo, ale napić... czemu nie." Nie myślałam racjonalnie (choć, przyznaję, wcześniej też nie zdarzało się to zbyt często), miałam myśli samobójcze, zachowywałam się jakbym była już po sporej dawce alkoholu, więc co za różnica, czy wypiję, czy nie. "W końcu kiedyś musi być ten pierwszy raz" śmiałam się w duchu. "Najwyżej się zapijesz, i tak straciłaś sens życie, czyż nie?"
Nigdy wcześniej nie wzięłam alkoholu do ust. Szampana nie znoszę, piwo odstrasza mnie samym zapachem. A teraz miałam wreszcie dobrą okazję do spróbowania, jak to jest. Czemu nie skorzystać?
Wiedziałam, gdzie rodzice trzymają wino, to nie była żadna tajemnica. Wzięłam z szafki w salonie trzy pełne butelki, wygrzebałam z kuchni korkociąg i poszłam na górę. Usiadłam u mnie na łóżku i chwilę mocowałam się z pierwszym korkiem. Otwartą butelkę trzymałam pod światło, tym samym przyglądając się jej zawartości, i próbowałam opanować drżenie rąk. Sama nie wiem, czego się bałam. Ale ręce mi się trzęsły.
Otoczyłam otwór ustami i pociągnęłam pierwszy łyk. Z trudem powstrzymałam się od wyplucia go. "Bleee, co za ohyda." Krzywiąc się, przełknęłam. Mimowolnie poczułam się lepiej. "Teraz będzie łatwiej." uśmiechnęłam się.
Drugi raz przyłożyłam butelką do warg i przechyliłam ją. Na języku poczułam mocny smak czerwonego wina. Rzeczywiście, było łatwiej. Bez oporów przełknęłam i wypiłam kolejny łyk. I kolejny, i kolejny, i kolejny.
Opróżniłam pierwszą butelkę i już czułam się raźniej, ale byłam na tyle trzeźwa, że wiedziałam, że muszę wypić więcej. Byłam z siebie dumna, bo nie miałam jeszcze odruchów wymiotnych. Bez zastanowienia otworzyłam drugą butelką i zaczęłam drugi etap zabawy. Piłam coraz więcej i chciałam coraz więcej. Nie wiem, jakim cudem potrafiłam wtedy jako-tako myśleć.
Nie zeszłam po kolejną butelkę, bo mogłoby to wzbudzić podejrzenia rodziców, dlatego zaprzestałam na trzech flaszkach. Trochę kręciło mi się w głowie, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy, bo cały czas się śmiałam. Śmiałam się z siebie, z własnych uczuć, z Marcina, z rodziców, ze wszystkiego. Byłam w fantastycznym humorze, bo alkohol działał mocno. Gdy próbowałam zrobić chociażby dwa kroki, zaraz wpadałam na jakąś półkę i leciałam na podłogę, wybuchając przy tym niepohamowanym śmiechem. Jak jakaś psychopatka.
Spodziewałam się, że za chwilę usłyszę dzwonek do drzwi i krzyki sąsiada o zakłócanie spokoju. Nic takiego nie miało miejsca. Było mi trochę przykro z tego powodu, bo nikt nie zobaczył, jak osiągam pierwszy winny sukces, ale długo się tym nie przejmowałam. Rzuciłam się na łóżko w ubraniu, brzuch i policzki bolały mnie od śmiechu, w skroni czułam pulsującą krew. W jednej chwili zasnęłam.

Obudziłam się, kiedy na dworze było już jasno. Gdy tylko podniosłam się z łóżka, poczułam nagły, przeszywający ból w czaszce. Chwyciłam się za głowę i syknęłam z bólu. "No tak, poranny kac. Tego nie wzięłam pod uwagę." Powoli wstałam z łóżka i podreptałam do łazienki, po drodze wyjmując z szafy jakieś ubrania. Nalałam do wanny gorącej wody, wlałam mnóstwo płynu do kąpieli, zrzuciłam z siebie ciuchy z poprzedniego dnia i zanurzyłam się w pianie. "Jak rozkosznie" uśmiechałam się jak najedzony, wyspany niemowlak. Leżałam w gorącej wodzie, nucąc pod nosem jakieś melodyjki. Było mi tak dobrze.

Po godzinie odświeżona, ubrana i uczesana wyszłam z łazienki. Ból głowy nadal doskwierał, ale nie było już tak źle. Zrobiłam sobie naleśniki i dwa kubki ulubionej herbaty o smaku pomarańcza-mango na śniadanie. Posiłek zjadłam przed telewizorem, oglądając Phineasa i Ferba. Przez cały ranek nawet nie pomyślałam o Marcinie.

Musiałam się zdrzemnąć albo bardzo głęboko zamyślić, bo nagły dzwonek do drzwi spowodował, że podskoczyłam na fotelu, prawie z niego spadając. Szybko wstałam, wyłączyłam TV i raźnym krokiem pomaszerowałam do drzwi. Nie wyglądając przez wizjer, otworzyłam je na oścież. Kto stał na zewnątrz? Nie, nie Marcin. Przede mną stał Baku - sąsiad z naprzeciwka. Skinieniem głowy przywitałam go, zapraszając tym samym do wejścia. Bez wahania przekroczył próg, i nie czekając za mnę, udał się do kuchni. Ja przekręciłam zamek w drzwiach i udałam się za chłopakiem. Piotrek siedział przy stole, w rękach trzymał szklankę z Colą, a jego twarz rozświetlał śnieżnobiały uśmiech.

- Cześć, Baku. - uśmiechnęłam się lekko i usiadłam na krześle na przeciwko niego, zabierając mu szklankę. - Co tam?
Piotrek zrobił minę urażonego dziesięciolatka, ale zaraz odpowiedział:
- A tak przyszedłem. Czemu nie powiedziałaś, że robisz imprezę?
Zmarszczyłam brwi. Imprezę? "Chwila, czy ja o czymś nie wiem?" Widząc moje zdezorientowanie, Baku pospieszył z wyjaśnieniami.
- Wczoraj wieczorem [dla Piotrka nie istnieje coś takiego jak "noc" - najpierw jest wieczór, a zaraz potem rano] z Twojego domu dochodziły różne odgłosy. - spojrzał na mnie, znacząco unosząc brwi. "To jesteśmy w domu" skojarzyłam.
- Aaaa, o tą imprezkę chodzi. Tak, urządzałam małą bibę, ale wstęp był ograniczony, więc nie mogłam ciebie zaprosić. 
Zrobiłam minę piszczącego szczeniaczka, ale nie zaprzestawał przesłuchania:
- A z jakiej okazji ta "biba"?

W jednej chwili uśmiech zniknął z mojej twarzy, ramiona się przygarbiły, a do oczu napłynęły łzy.
- Z okazji zerwania. 
Piotrek przez chwilę marszczył czoło, jakby nie rozumiał, o czym mówię, gdy nagle doznał olśnienia. Zmrużył oczy i zacisnął zęby. Bynajmniej nie było mu do śmiechu.
Po chwili ciszy odezwał się:
- Chcesz pogadać?
Pokiwałam tylko głową. Baku podniósł się z krzesła, pomógł mi wstać i pociągnął za rękę w stronę sofy. Posadził mnie na niej, a sam zniknął na moment w kuchni. Po chwili wyszedł z niej z pudełkiem chusteczek i dwiema tabliczkami czekolady. Uśmiechnęłam się leciutko. "Przynajmniej jemu można ufać."


-... i potem się odwrócił... i powiedział "Zapomnij... zapomnij o mnie", tak powiedział... A potem poszedł... Zostawił mnie... - zdania, przerywane krótkimi napadami szlochu, a na końcu długi jęk i puszczenie tamy. Objęłam nogi ramionami i schowałam spuchniętą i czerwoną od płaczu twarz w kolanach, na nowo wybuchając płaczem. Kiwałam się na boki i moczyłam sobie spodnie coraz to nowymi potokami łez. "Jak długo będę jeszcze przez niego płakać?" Chlipałam, z trudem nabierając powietrza, a Baku trzymał  mnie w ramionach i nic nie mówił, tylko delikatnie gładził moje włosy. "Prawdziwy przyjaciel." 


Wystarczyło, że przy mnie był. Zawsze mnie wspierał i rozweselał. Nigdy się na nim nie zawiodłam. Kochałam go jak brata, a on traktował mnie jak siostrę. Zawsze umiał doradzić, pocieszyć. Zawsze pozwolił się wypłakać.

Prawdziwy przyjaciel.
Jemu mogłam ufać.

Masakra, wiem, ale musiałam to dzisiaj napisać. A że jest już po pierwszej, to więcej proszę się po mnie nie spodziewać. ;)


niedziela, 6 stycznia 2013

Rozdział 3.

Trzeba to przyznać - zdecydowanie nie był nieśmiałą lub pokorną osobą. Nie jestem jakaś mega otwarta, ale potrafię grać duszę towarzystwa. Kiedyś na jakimś badaniu psychologicznym dowiedziałam się, że łatwo nawiązuję kontakt z innymi ludźmi. Co ciekawe, wystarczyło tylko patrzenie w oczy.
Tak czy owak czasami żałowałam, że nie jestem nieśmiała. Zawsze mówiłam to, co myślałam, bez owijania w bawełnę, przez co traciłam wielu znajomych. Miałam kilku przyjaciół, ale nigdy nie byłam popularna. A teraz...
Odkąd jesteśmy z Marcinem razem, zaraz otoczyło mnie grono jego "kumpli" i ich "lasek". To strasznie irytujące. Ja, przywykła do niewielkiego grona znajomych, stałam się obiektem zainteresowania wszystkich wokół. A to tylko dlatego, że chodzę z kapitanem szkolnej drużyny koszykówki.'
Najgorsze jest to, że kiedy znaleźliśmy się wśród znajomych Marcina, chłopak jakby przestał mnie zauważać. Nie patrzył już na mnie z tym ciepłym uśmiechem, z iskierkami w oczach, tylko śmiał się głośno śmiechem wywołującym dreszcze. Oczywiście, gdy byliśmy już sami, wszystko wracało do wcześniejszego stanu. Nie byłam na niego zła, bo widziałam (a przynajmniej tak mi się wydawało), że jego uczucie względem mnie nie słabnie. Tylko przy tych swoich "kumplach" stawał się zupełnie inny, a ja nie wiedziałam dlaczego.
Tak przeminęły dwa miesiące szkoły. Nagle z lutego zrobił się kwiecień, a razem z nim coraz bliżej egzaminy. Można powiedzieć, że uczę się lepiej, niż większość moich rówieśników (gwoli ścisłości - druga średnia w szkole). Nie bałam się, że źle mi pójdzie, myślałam z optymizmem o dalszej nauce w liceum, nie czułam strachu. Byłam beztroska i pełna energii. Martwiła mnie tylko jedna rzecz... O co chodzi z tymi kumplami Marcina?
Musiałam to jak najszybciej wyjaśnić, już i tak za długo zwlekałam. Przez te dwa miesiące nie zrobiłam w kwestii "zmiana Marcina" najmniejszego kroczku do przodu. Nie ma na co czekać, i tak i tak będę musiała z nim porozmawiać.


Siedzę przy oknie w moim pokoju, jest sobota. Kwiecień kwitnie - słońce świeci na błękitnym, bezchmurnym niebie, delikatny wiatr porusza gałązkami cienkich brzóz rosnących w ogrodzie. Opieram głowę o dłonie i wyczekująco patrzę w kierunku furtki. Marcin powinien przybyć lada moment.
Moje rozmyślania przerywa brzęczenie telefony. Podnoszę się z pufy, podchodzę do biurka i sięgam po komórkę.

Od: Marcin
Treść: Czekam w parku.


No tak, standard. Już nie raz w ostatnim momencie zmieniał miejsce spotkania. Chociaż gdyby się tak zastanowić to nawet będzie mi to na rękę. Wyszłam tak, jak stałam - rozczochrane włosy, przetarte na kolanach wąskie jeansy, zwykły brązowy sweter. Wsunęłam tylko czarne trampki na stopy i wyszłam z pustego domu, zakluczając za sobą drzwi. Niespiesznie szłam chodnikiem, wdychając świeże powietrze, i nuciłam jakąś wymyśloną melodię. Dzień był taki piękny, nie było powodu przedwcześnie psuć sobie humoru. Doszłam do parku w niecałe pięć minut - był rzut beretem od mojego domu. Poszłam doskonale znaną mi już trasą (mimo mojej jakże perfekcyjnie rozwiniętej orientacji w terenie) do NASZEJ ławki. Marcin już na mnie czekał. Gdy tylko mnie zobaczył, poderwał się z miejsca i uśmiechnął czule. Podszedł do mnie i pocałował delikatnie w policzek. Zaczerwieniłam się i odwzajemniłam uśmiech. Pociągnął mnie za rękę do ławki i usiedliśmy obok siebie. Zapadła między nami krótka, pełna oczekiwania cisza. "To przecież  ty chciałaś rozmawiać" zganiałam siebie w myślach. "No powiedz coś wreszcie, geniuszu."
- Muszę cię o coś spytać - wydusiłam z siebie po długiej ciszy, patrząc z niego zza zasłony opadających na twarz włosów. W odpowiedzi Marcin uśmiechnął się tylko, jakby dając mi pozwolenie na zadanie tego pytania. Odetchnęłam głęboko i zaczęłam niepewnie:

- Bo jest taka sprawa... Chodzi mi o to, że... Kiedy jesteśmy... A... Yym... - zacięłam się i nie powiedziałam już nic. Marcin patrzył na mnie z niekrytym rozbawieniem i... czułością?
- Tak, tak, wszystko rozumiem. Przypomnij mi tylko, o czym rozmawialiśmy?
"Nie pomagasz mi." Byłam spięta i on to czuł, dlatego próbował jakoś rozładować atmosferę. Jednak nie dawałam mu na to możliwości. No cóż, ze mną nie ma tak lekko.
"Dobra, weź się w garść."
- Chodzi o to, że...- jest piękny wstęp, może przejdziemy do rzeczy - jak jesteś z kumplami... - uchylamy rąbka tajemnicy, teraz kurtyna w górę - zachowujesz się jakoś... - już chciałam powiedzieć "dziwnie", ale ugryzłam się w język - ...inaczej, niż jak jesteś ze mną. I ja nie wiem dlaczego. - podniosłam oczy, dotąd uważnie śledzące wzorki na chodniku, i przygryzłam wargę. Marcin wydawał się być zaskoczony. "Nie spodziewał się, że wystrzelę z czymś takim."
- To przyzwyczajenie - odparł jakby bez namysłu, a zdziwienie w ułamku sekundy zniknęło z jego twarzy - Wiesz, znam ich trochę dłużej niż ciebie, przywykłem do nich.
Powiedział to tak jakoś... jak nie on. Kurczę, o co w tym wszystkim chodzi.
"Już nic nie rozumiem."

- OK. - uśmiechnęłam się sztucznie, jednak wcale nie czuła się lepiej. - Wiesz co, ja będę lecieć, trzeba by było trochę pouczyć się do tych egzaminów. -"Brawo, Mary. Fantastyczna, doprawdy wspaniała wymówka." Marcin od razu wiedział, że ściemniam, ale nie ciągnął tematu. Pożegnał mnie tylko całusem w czubek głowy i odszedł w swoją stronę. Czułam się jakaś taka... pusta. Jakaś cząstka mnie nagle niepostrzeżenie oderwała się i uciekła z mojej podświadomości. Nie wiedziałam, co takiego straciłam, ale było mi bez tego "czegoś" bardzo samotnie. Ruszyłam powoli, oglądając chodnik pod moimi stopami. Wcisnęłam ręce w kieszenie i szłam, nie zwracając na nic uwagi. Miałam szczęście, że na mojej drodze nie rosło żadne drzewo.
Doszłam do domu, mechanicznie otworzyłam drzwi i przeszłam korytarz i schody, nie do końca świadoma swoich czynów. Znalazłam się w swoim pokoju. Zaczęłam rozmyślać. Pogrążałam się w marzeniach, z każdą chwilą coraz bardziej się zagłębiałam.
Nie wiedząc kiedy, usnęłam. Obudził mnie nagły podmuch wiatru - na dworze... szalała burza. Ze zdziwienia szeroko otworzyłam oczy. 

"A przecież ten dzień zapowiadał się tak pięknie" pomyślałam z żalem. Nagle usłyszałam brzęk telefonu. "To jakieś déjà vu czy co?" Sięgnęłam po komórkę (znowu) i odczytałam treść wiadomości:

Od: Marcin
Treść: Musimy się spotkać. Za 5 minut pod Twoim domem.

Uniosłam jedną brew ze zdziwienia. 
"No, no. Tego się nie spodziewałam."
Podniosłam się leniwie z wyrka i przeciągnęłam, ziewając jak niedźwiedź po półrocznym śnie. Nie miałam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek spotkania, ale już niech mu będzie.
Poszłam na korytarz, włożyłam swoje fioletowo-czarne kalosze i wyjęłam parasol z szafy. Gdy tylko otworzyłam drzwi wejściowe, zadrżałam z zimna od przeszywającego na wskroś wiatru. Kuląc głowę w ramionach, przeciwstawiłam się wiatrowi i wyszłam na zewnątrz. Spojrzałam na furtkę, ale chłopaka jeszcze nie było. Zakluczyłam drzwi, zbiegłam po schodach i dopadłam furtki. Zamknęła się za mną z lekkim jękiem. Stałam bezradnie na chodniku i rozglądałam się na wszystkie strony. 
"Albo pomyliły mu się cyferki, albo to jakiś głupi żart." zastanawiałam się "Tylko o co  w tym wszystkim chodzi?"
Z każdą chwilą miałam coraz więcej wątpliwości i pytań. Po 10 minutach czekania, jak gdyby nigdy nic, ruszyłam chodnikiem w stronę parku. 

"Skoro już wyszłam, to nie będę marnować czasu na czekanie."
Po chwili znalazłam się przed bramą wejściową. Szłam powoli alejkami, wiatr - tłumiony trochę przez drzewa - plątał mi włosy, z zielonych liści dębów spadały pojedyncze krople deszczu i przyjemnie ochładzały moją twarz. Po krótkim spacerze doszłam do "mojego drzewa". Był to piękny, rozrośnięty dąb, rosnący w zapomnianej części parku, jak na ten gatunek bardzo nietypowo zbudowany. Przy samej ziemi konar rozwidlał się na dwa mniejsze, które - nie mam pojęcia, jakim cudem - splatały się ze sobą i były połączone przez dwa metry, a następnie rozłączały sie i tworzyły własne korony.
Piękny okaz. Od zawsze uwielbiałam rośliny, sama hodowałam wiele gatunków małych roślin, w ogrodzie miałam pełno drzew i krzewów różnej wielkości, maści i gatunku. Ten dąb był jednak najpiękniejszym drzewem, jakie kiedykolwiek widziałam. 
Obeszłam drzewo dookoła i usiadłam pomiędzy wystającymi z ziemi korzeniami, opierając się plecami o pień. Było cicho... Zbyt cicho.
Coś w mojej głowie, jakiś cichutki głosik, radził mi, żebym jak najszybciej stamtąd poszła. Szybko podniosłam się z miejsca i wróciłam na ścieżką, którą doszłam do drzewa. Wyszłam, prawie wybiegłam, z parku i odetchnęłam z ulgą. Jak się jednak okazało, przedwcześnie. Przez całą drogę do domu czułam na sobie czyjeś spojrzenie. Ktoś mnie śledził! Z sercem na ramieniu dotarłam do domu. Tam czekał na mnie... Marcin?! Wybałuszyłam oczy. 
"Przecież zakluczyłam drzwi. Więc jak...?"
- Wszedłem tylnym wyjściem. - odpowiedział na moje niezadane pytanie. Zmarszczyłam brwi, z trudem przyswajając nową informację. Byłam taka... spowolniona.
- Musimy porozmawiać - odezwał się po chwili ciszy. Te słowa nigdy w niczyich ustach nie zwiastowały nic dobrego. Gestem poprosił mnie, żebym usiadła obok niego na kanapie. Podeszłam tam na trzęsących się nogach i, z mocno bijącym sercem, usiadłam. Po raz kolejny w dniu dzisiejszym zapadła cisza. Atmosfera była tak gęsta, że można było kroić ją nożem. 
"Coś musi przerwać tą ciszę" myślałam, łamiąc sobie palce.
- Wyjeżdżam - jedno słowo. Jedno wyszeptane proste słowo. Jedno słowo, które sprawiło, że oczy wyszły mi z orbit, serce na chwilę stanęło, a żołądek podszedł do gardła. 

Co on powiedział?! Że WYJEŻDŻA?!
- Jutro rano mam samolot do Los Angeles. Dowiedziałem się godzinę temu. - próbował się usprawiedliwiać, ale ja już go nie słuchałam. Los Angeles? LOS ANGELES?!
- Ziemia do Mary! Halo, jesteś tam? - Marcin  pomachał mi dłonią przed oczami. Zamrugałam odruchowo. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że wyjeżdża. Do LOS ANGELES!
- Wiem, że to może być dla ciebie trochę szokujące, ale...
- Trochę szokujące?! - wybuchnęłam, przerywając mu w pół słowa. - Marcin, przed chwilą się dowiedziałam, że mój chłopak wyjeżdża do Stanów! I to na dzień przed odlotem! I ma to być dla mnie "trochę szokujące"?! Nie zdążę nawet przyswoić tej wiadomości, a co dopiero zaakceptować, bo lot masz już jutro. Ja... nie wiem, co mam o tym myśleć...
Oparłam łokcie o kolana i wplotłam palce we włosy. W głowie cały czas słyszałam tylko to jedno słowo, odbijające się echem od ścian mojego pustego mózgu: "wyjeżdżam... wyjeżdżam... wyjeżdżam..."
Po chwili nadpłynęło też pytanie: "A co z nami?"
I zaraz potem krótka odpowiedź: "To koniec."

- To koniec - po okropnie długiej ciszy powiedziałam te straszne słowa. - Koniec z "nami".
Marcin spojrzał na mnie, w jego oczach widziałam smutek i coś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać. 

- Może lepiej już idź - ostatkiem sił powstrzymywałam łzy. Chłopak pokiwał delikatnie głową i bez słowa udał się do wyjścia. Ja nie ruszałam się z miejsca. Marcin już otwierał drzwi, gdy nagle odwrócił się w progu i powiedział cicho:
- Zapomnij o mnie.

Wytrzeszczyłam oczy. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Marcin tylko patrzył na mnie, kiwając leciutko głową. Postał jeszcze chwilę, a potem... po prostu odszedł.
Ja siedziałam na kanapie jak sparaliżowana i nie mogłam się ruszyć. A łzy za nic nie chciały przestać płynąć.

Wiem, wiem - strasznie długi. Obiecuję, poprawię się.