niedziela, 21 kwietnia 2013

Rozdział 11.


- To teraz Ty powiedz mi coś o sobie. – Dziewczyna siedząca naprzeciwko przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się zachęcająco.  Skąd ona ma siłę, żeby się uśmiechać po czymś takim? Najpierw zdrada, potem wiadomość o adopcji…  Byłem w szoku. Dziewczyna jak na swój młody wiek przeżyła naprawdę sporo. Jak ona to robi? Byłem pełen podziwu dla tej drobnej (w porównaniu ze mną) osóbki.
- Halo! Ziemia do Aleksa! – Mary pstryknęła palcami tuż przed moją twarzą, więc natychmiast otrząsnąłem się z zamyślenia. Dziewczyna zaśmiała się z mojej reakcji. – O czym tak myślałeś?
- Co chciałabyś wiedzieć? – Zignorowałem ostatnie pytanie.
- Najlepiej wszystko. – Wyszczerzyła zęby. Miała naprawdę śliczny uśmiech.
- Trochę to potrwa. Naprawdę chce ci się mnie słuchać? – marudziłem, próbując jak najdalej odsunąć w czasie moją opowieść. Jak najdalej to znaczy nigdy.
Rudowłosa pokiwała energicznie głową i opadła delikatnie na oparcie kanapy, patrząc na mnie tymi swoimi przenikliwymi, niebieskoszarymi oczami.
No, stary, chyba się nie wymigasz.
Westchnąłem. Co za uparciuch.
- Niech ci będzie. – Poddałem się; z nią nie warto walczyć, bo i tak nie wygrasz – Nazywam się Aleks Jakub Baker (czyt. Bejker), mam 19 lat, pochodzę z Leszna…
- Czekaj. – Młoda przerwała mój monolog już na samym początku, zanim zdążyłem wspomnieć, żeby zaczekała z pytaniami do jego końca. – Masz dowód osobisty?
- Taaaak – odparłem ostrożnie, przyglądając się jej – czemu pytasz?
- A prawdziwy? – odpowiedziała pytaniem. To się robiło coraz dziwniejsze.
- Oczywiście. – Coraz mniej z tego wszystkiego rozumiałem.
- Dasz na chwilę? - Byłem kompletnie zdezorientowany. O co jej chodzi?
- A… po co? – spytałem podejrzliwie.
- Oj, nie narzekaj, tylko daj. – Nalegała. Ucieszyłem się w myślach.  Trochę się podroczymy…
- A co z tego będę miał? – Udałem, że się zastanawiam.
- I ty też? – Mary westchnęła, chyba rozczarowana. – Wszyscy faceci to materialiści.
- Być może. – Kontynuowałem grę. – To jak? Co mi za to dasz?
- Nic nie mam. O mnie wiesz prawie wszystko, więc to odpada. No nie wiem. – Zmartwiła się.
Boże, uwierzyła. Mimo że na zewnątrz udawałem spokojnego, w środku zwijałem się ze śmiechu. Jak ona mogła się na to nabr…? Nagle się ocknąłem. Przecież ona też gra, stary.
- Myślę, że na początek buziak wystarczy. – Wskazałem palcem na swój policzek. Dziewczyna zastawiała się tylko przez chwilę.
- OK. – Swoje słowa wzmocniła energicznym kiwaniem głowy. Czemu jej tak na tym zależy?
Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem portfel. Chwilę w nim pogrzebałem, aż wreszcie wyciągnąłem ten mały prostokącik. Obracałem go w palcach, skierowałam wzrok na sufit i, grając zniecierpliwionego, zrobiłem skwaszoną minę. W duchu jednak cały czas się śmiałem.
Dziewczyna wstała z sofy i obeszła stolik, a następnie usiadła obok mnie. Przez chwilę podziwiała mój idealny profil, aż wreszcie pochyliła się w moją stronę. Poczułem jej delikatny, ciepły oddech, a potem miękkie usta na moim policzku. Rozkoszowałem się jej nieśmiałym dotykiem. Po chwili odsunęła się ode mnie, a ja ocknąłem się z transu. Obróciłem twarz w jej kierunku i z uśmiechem zadowolenia podałem jej mój dowód. Mary pochwyciła go drżącymi palcami i wróciła na „swoją” sofę. Ostrożnie obracała mały przedmiot  w dłoniach, jakby trzymała nie wiem jakie bóstwo. Wpatrywała się w niego jak zaczarowana.
- Nie mów, że tamta fryzura była lepsza. – Zażartowałem. Dziewczyna natychmiast otrząsnęła się z zamyślenia i  spojrzała na mnie z pytaniem w oczach.
- Mówiłeś coś? – Była naprawdę zdziwiona.
- Nic takiego.  – Machnąłem ręką. – Po co ci ten dowód?
- A nie będziesz się śmiał? – spytała, spuszczając głowę.
Oj, to nie będzie takie proste.
- Postaram się. –Uśmiechnąłem się życzliwie. Niby ma już szesnaście lat, a czasami odnoszę wrażenie, jakby była małą dziewczynką, bojącą się własnego cienia. Taka… bezbronna.
- Bo ja chciałam sprawdzić,  czy ty nie farbujesz włosów – powiedziała cicho, jakby się bała. Idioto, przecież to oczywiste, że się boi. Ale dlaczego rzeczy tak błahych?
Spojrzałem na nią z troską i chwyciłem delikatnie jej małe dłonie, leżące na stoliku. Podniosła na mnie swoje duże, niebieskie oczy i sam już nie wiem, co w nich było – strach czy smutek. Nigdy nie zrozumiem kobiet.
- Mała, co się dzieje? Boisz się czegoś, chcesz stąd iść? – Dziewczyna jednak nie zdążyła mi odpowiedzieć.
-”Dziś w nocy około godziny drugiej trzydzieści nad ranem w Poznaniu dokonano włamania do hotelu przy ulicy Roosevelta. Sprawcą napadu jest około dwudziestoletni mężczyzna; ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu; wysportowany, był ubrany w ciemnoniebieskie spodnie jeansowe i szarą bluzę z kapturem. Po dokonaniu włamania pojmał rudowłosą dziewczynę. Ma ona szesnaście lat i około sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Była ubrana niebieskie spodnie do kolan i niebieską bluzkę na ramiączka. Odjechali czarnym samochodem marki Audi. Pilnie poszukiwani. Jakiekolwiek przydatne informacje prosimy wysyłać na nasz adres mailowy.” – dobiegło do nas z głośnika wiszącego pod sufitem.
To my.
Spojrzałem na Mary. Ona też słyszała. Uśmiechnąłem się uspokajająco. Podniosłem się spokojnie z sofy i lekkim ruchem głowy nakazałem dziewczynie iść ze mną. Podszedłem do baru, z udawanym luzem zapłaciłem za nasze śniadanie i skierowałem się do wyjście. Raz, dwa, trzy…
- Chwileczkę. – Usłyszałem za placami. Cholera, rozpoznał nas przekląłem w myślach. Uciekać. Z mocno bijącym sercem odwróciłem się i spojrzałem na kelnera, który podchodził do mnie. – Nie wziął pan reszty. Dziękujemy za wizytę i życzymy miłego dnia.
- Dziękuję bardzo – wydukałem oszołomiony. Bez słowa pociągnąłem Mary za łokieć i wyprowadziłem z kawiarni. Gdy tylko drzwi się za nami zamknęły, odetchnąłem z ulgą.
- O Boże. – Mała schowała twarz w dłoniach. – Już myślałam, że nas poznał.
Sam byłem w nie mniejszym szoku. Objąłem ją ramieniem i pociągnąłem w stronę samochodu. Dziewczyna posłusznie ruszyła, cały czas jednak drżąc ze zdenerwowania. Szybko doszliśmy do auta. Z trzaskiem zamknąłem za sobą drzwiczki i opadłam na oparcie. Zamknąłem oczy i brałem głębokie wdechy. Dawno nie byłem tak zdenerwowany.
- Jezu, myślałem że tam zawału dostanę – wydusiłem, żeby przerwać tą okropną ciszę.
Odwróciłem głowę w prawą stronę. Rudzik siedział z podkulonymi nogami. Objęła kolana rękoma i delikatnie kołysała się do przodu i do tyłu. Oczy miała zamknięte, a po policzkach spływały wąskie strumyki łez. Zrobiło mi się jej strasznie żal. Musiało ją to wiele kosztować.
Bez słowa wyszedłem z samochodu i podszedłem do drzwi z jej strony. Otworzyłem je i przykucnąłem obok.
- Mała, no już. Teraz nic nam nie grozi. – Próbowałem ją uspokoić. – Proszę, nie płacz.
Dziewczyna nie reagowała na moje słowa. Otworzyła swoje piękne, teraz wilgotne oczy, oparła brodę na kolanach i wpatrywała się w przednią szybę.
- Rudzik, no coś ty.
Chwyciłem jej dłonie, które zaciskała na łokciach i delikatnie rozluźniłem uścisk. Dziewczyna zachowywała się jak marionetka – opuściła ręce, jakby nie potrafiła nad nimi panować. Zsunęła stopy z siedzenia, a tułów poleciał z nogami. Wziąłem ją na ręce i wyciągnąłem z auta. Postawiłem ją na ziemi, opierając o bok samochodu.
Stała na drżących nogach, twarz miała czerwoną i lekko opuchniętą od płaczu. Próbowałem wychwycić jej wzrok pośród tysięcy spojrzeń, jakimi obdarzała świat dookoła, chwytając jej twarz w dłonie. Po chwili niebieskie tęczówki skierowały się na moje brązowe.  Uśmiechnąłem się lekko. Dziewczyna jednym nagłym ruchem zarzuciła mi ręce na szyję i wtuliła we mnie. Objąłem ją ramionami i delikatnie kołysałem. Usłyszałam cichy szloch, poczułem drżenie jej niewielkiego ciała. Spazmatyczne wstrząsy potęgowały się z każdą chwilę. Przycisnąłem ją do siebie mocniej. Biedactwo. Było mi jej strasznie szkoda.
Wszystkie te emocje, uczucia, które kłębiła w sobie od jakiegoś czasu, teraz dały o sobie znać. Jak dotąd była silna i odważna, tak w tej jednej chwili całe jej opanowanie uleciało jak powietrze z przebitego balonika. Była całkowicie bezbronna, a jednocześnie tak naturalna.
Może to było niestosowne, ale na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Pierwszy raz jest stuprocentowo sobą.
Gdy Mała ucichła, a drżenie ustało, podniosłem ją delikatnie i posadziłem w tylnej części samochodu. Położyła się na siedzeniach, a głowę ułożyła na poduszce. Już po chwili spała.
Przykryłem ją kocem i pocałowałem we włosy. Lekko zamknąłem drzwi i zasiadłem z kierownicą. Przekręciłem kluczyk w stacyjce i zwolniłem hamulec ręczny.
Ruszyliśmy do Gdańska.

*    *    *
Witajcie. :*
Pozwalam Wam udusić mnie za ten rozdział, bo jest po prostu ma-sa-kry-czny. Nudny jak flaki z olejem, brak akcji, totalne zero. Nic nie mogłam wymyślić, chyba dopadł mnie kryzys wieku średniego. Przepraszam, wybaczcie.
Hehe, a pojutrze egzaminy, a ja nic nie umiem. xd Tak szczerze to nie mogę się ich doczekać (czy ja już tego nie pisałam?), ale wolałabym żeby się nie kończyły. Mam zapowiedziane jakieś... 8 sprawdzianów? W dodatku trzy w okolicy moich urodzin. No, dzięki za taki prezent! :(
Dobra, skończę to marudzenie.
Do następnego, Stokrotki. ♥
Baj baj. :* xx

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wiadomość

Witajcie!
Mam dwie ważne informacje dotyczące opowiadania.
Pierwsza jest taka, że postanowiłam wprowadzić pewne zmiany w narracji. Od teraz (do nie-wiem-kiedy) rozdziały będą pisane z perspektywy Aleksa (informuję, żeby nie było wątpliwości ;)). Dlaczego tak robię? Bo opowiadanie całej tej historii przez Mary zaczyna mnie męczyć, jej perspektywa... cóż, po prostu jej nie lubię. Chcę też, abyście widzieli, co siedzi w głowie Aleksa.
Taki głupiutki pomysł. :P
A druga informacja dotyczy terminu ukazania się następnego rozdziału. Jak pewnie zdążyliście zauważy, rozdziały ukazują się bardzo nieregularnie (przerwy od dwóch dni do kilku tygodni). A dodając do tego:
a) egzaminy, które są już w przyszłym tygodniu i których już wręcz nie mogę się doczekać (powód? - nauczyciele wreszcie przestaną nam o nich przypominać, choć i tak nie pozwalają nam zapomnieć, ale ok), do których powinnam się uczyć, co naprawdę staram się robić;
b) próby, podczas których w dwa miesiące mamy opracować nowy spektakl i które trwają po kilka godzin, po których jestem wycieńczona i nieobecna duchem przez pewien bliżej nie określony czas;
c) pogodę za oknem, która aż się prosi, żeby z niej korzystać oraz rolki, rower i piłka do siatki, które chcę wreszcie ruszyć się z kąta;
I najważniejsze
d) pewną nieprzyjemną sytuację, w którą sama, przez własną głupotę, bezmyślność, upór, zaciętość, nieodpowiedzialność i inne nieprzydatne, ale niestety obecne cechy charakteru, się wkopałam, a z której wcale nie tak łatwo wyjść (wyjątkowe trafne porównanie do bagna), którą bardzo chciałabym odkręcić, co nie jest proste ze względu na powagę sytuacji.
W skrócie:
Zrobiłam coś bezmyślnego, dziecinnego, idiotycznego i muszę ponieść tego konsekwencje.
(Przypomnę zdanie sprzed wyliczeń: "A dodając do tego: a, b, c i d")
na napisanie rozdziału nie będę miała wystarczająco dużo (o ile w ogóle) czasu, dlatego nie wiem, kiedy takowy się pojawi. Na majówkę wyjeżdżam za granicę, w weekend po testach jadę na osiemnastkę, więc naprawdę nie wiem, czy znajdę wolną chwilę. Tak więc z góry przepraszam za długą przerwę, trzecioklasistom życzę powodzenia na egzaminach, a pozostałym... miłego dnia? ;)
Pozdrawiaaaam, ;)
ruda mycha ♥♥

niedziela, 7 kwietnia 2013

Rozdział 10.


Byli tam, wszyscy. Wszyscy, których kiedykolwiek widziałam na oczy: starzy, dorośli, dzieci i zmarli; kobiety i mężczyźni; przyjaciele, znajomi, obcy i wrogowie. Wszyscy. Stali tam i wszyscy się na mnie patrzyli.
Śmiali się.
Zdezorientowana, patrzyłam po nich, zatrzymując na chwilę wzrok na każdej parze oczu, ale oni nadal się śmiali. Wszyscy równocześnie podnieśli ręce i wskazali na mnie palcami. Pochyliłam głowę i wtedy zrozumiałam.
Byłam ubrana w białą suknię. Z napisem „SIEROTA”.
Byłam w szoku. Ze zdumienia szeroko otworzyłam oczy i znów spojrzałam na otaczający mnie tłum.
Teraz już się nie śmiali.
Zamiast tego skandowali to przeklęte słowo: „SIE-RO-TA! SIE-RO-TA! SIE-RO-TA!!!”
- Nie! – krzyczałam rozpaczliwie. Zacisnęłam powieki, czując zbierające się pod nimi łzy. Zasłoniłam uszy rękoma i usiałam na ziemi. Skuliłam się najmocniej jak potrafiłam, a łzy spłynęły po mojej twarzy.
Pośród dzikich krzyków tłumu usłyszałam kroki. Ktoś uklęknął przede mną. Chwycił mnie za ramiona i potrząsał.
- Nieee! – krzyczałam i próbowałam wyrwać się z uścisku silnych dłoni – Nie!
- Mary, obudź się! Mary!
Gwałtownie się wyprostowałam i otworzyłam oczy. Mój oddech był szybki i płytki, a serce obijało mi żebra. Obok mnie siedział Aleks. W oczach miał przerażenie.
- Mary! Boże, ale mnie przestraszyłaś! Dobrze się czujesz? Wszystko w porządku? – To chyba ja powinnam o to zapytać. Szatyn, podobnie jak ja, dyszał jak po kilkukilometrowym biegu. Trzymał mnie za ramię i próbował uspokoić swój oddech.
Oparłam głowę o zagłówek, przymknęłam oczy i lekko pokiwałam głową w odpowiedzi na jego pytanie(a).  Starałam się dojść do siebie. Aleks puścił mnie i opadł na oparcie fotela. Palcami obu dłoni rysował małe kółeczka na swoich skroniach i brał głębokie wdechy.
Chyba faktycznie się przestraszył.
- Co się stało? – zapytałam drżącym głosem po chwili milczenia, kiedy minął „pierwszy szok”.
- Ty mi powiedz – Aleks nie patrzył na mnie.  Jak zahipnotyzowany  wpatrywał się w przednią szybę swojego samochodu, aktualnie stojącego na jakimś parkingu. – Jechaliśmy spokojnie, gdy nagle zaczęłaś rzucać się przez sen po siedzeniu, a później krzycz…
- Krzyczeć?! -  przerwałam mu gwałtownie – Co krzyczałam?!
- „Nie, zostawcie mnie, proszę!”, coś tego typu – odwrócił wzrok od szyby i spojrzał mi w oczy – Mary, co się stało? Kto miał cię „zostawić”?
Martwił się.
Dziwne. Zna mnie jeden dzień (noc właściwie), a się martwi.
Westchnęłam głęboko. Naprawdę powinnam to nagrać albo spisać. Ile razy można powtarzać to samo? Przeniosłam wzrok na moje drżące, splecione palce.
- Chyba musiałabym zacząć od początku… - niemal wyszeptałam.
- A może wejdziemy do jakiejś kawiarni i spokojnie porozmawiamy, hm? – zaproponował łagodnym głosem. Odpowiedziałam tylko niepewne: „Okay” i wysiedliśmy z samochodu.
Rozejrzałam się dookoła. Byliśmy na jakimś rynku – wzdłuż ulic z „kocimi łbami” stały, przytulone do siebie, wąskie, piętrowe kamieniczki.  Ich ściany frontowe były przepięknie zdobione wymyślnymi malowidłami. Nikłe światło latarni nadawało temu miejscu swoistego klimatu tajemniczości.
Nagle zawiał lekki wiatr. Dopiero wtedy spostrzegłam, że nadal mam na sobie tylko pidżamę i moje zielone kapcie.
- Aleks – przeciągnęłam delikatnie drugą spółgłoskę. Ten odwrócił się do mnie i w niemym pytaniu podniósł brwi.  – Masz może jakąś zapasową bluzę? – spojrzałam na niego znacząco.
Aleks strzelił majestatycznego facepalma i, otworzywszy bagażnik swojego pojazdu, rozpoczął poszukiwania… czegoś. Po chwili z zadowoleniem zamknął klapę, w ręku trzymał czarne zawiniątko.
- Łap! – rzucił to „coś” w moim kierunku. Moja jakże perfekcyjnie rozwinięta koordynacja ruchowa umożliwiła mi złapanie czarnego przedmiotu, zanim możliwym bliższym spotkaniem z ziemią. Rozwinęłam materiał i podniosłam go na wysokość oczu. To było… duże.
- Co tak stoisz? Zakładaj – nagle przede mną zmaterializował się Aleks. Z westchnieniem włożyłam ręce w rękawy bluzy i naciągnęłam ją przez głowę. Kaptur zasłaniał mi całą twarz, a rękawy luźno zwisały.  Usłyszałam cichy, nieskutecznie tłumiony śmiech.
Zdjęłam kaptur z głowy i spojrzałam po sobie. Bluza Aleksa sięgała moich kolan, a wewnątrz niej, razem ze mną, zmieściłby się tam pięciokilowy worek ziemniaków.  Podniosłam ręce na boki.
Wyglądałam jak nietoperz.
- Ha ha ha – zaśmiałam się sarkastycznie, patrząc na Aleksa spod przymkniętych powiek, ale ten nic sobie z tego nie robił. Nie zważając na niego, podciągnęłam rękawy do łokci i oparłam ręce na biodrach z miną Superbohatera. Nie minęła sekunda, a wraz z szatynem zanosiłam się niepohamowanym śmiechem. Ciężko było nam się uspokoić, dopiero po kilku minutach mogliśmy ruszyć w drogę.
Niebo było jeszcze dość ciemne, choć z jednej strony chmury zaczęły przybierać jaśniejsze odcienie – świtało. Mimo tak wczesnej pory dnia, nie była tak zimno jak kilka godzin temu. Okna w co poniektórych kamienicach były oświetlone, jednak na ulicy panowała cisza. Kilka sklepów i małych jadłodajni, bank, sklep zoologiczny, odzieżowy, księgarnia. Niby stary rynek, a wcale nie jest tu tak staro.
- Aleks – zwróciłam na siebie jego uwagę – gdzie my jesteśmy? Co to w ogóle za miasto?
Chłopak wzruszył ramionami, co chyba miało oznaczać „nie wiem”. Stanął w miejscu i rozglądał się przez chwilę, aż dostrzegł jakąś tablicę. Podszedł do niej, a ja podążyłam za nim. Tablica przedstawiała mapę miasta, ale nie mogłam dojrzeć jego nazwy. Na szczęście Aleks rozwiązał wszelkie moje wątpliwości. No… powiedzmy.
- Chojnice… Jesteśmy w Chojnicach [tak to się odmienia? – przyp. autorki].
Kto wymyśla te nazwy przemknęło mi przez myśl. Chociaż w jego ustach brzmi to całkiem…
Cisza! Te cholerne, nieproszone myśli!
- To co, idziemy? – poczułam palce chwytające mój nadgarstek. Ocknęłam się z zamyślenia i przytaknęłam ruchem głowy. Podeszliśmy do jakiejś małej kawiarenki. Dziwne, że są otwarte o szóstej rano, ale co tam. Aleks, jak prawdziwy gentelman, przepuścił mnie w drzwiach. Weszłam do środka.
Skądś to znam zaśmiałam się w duchu, bo wystój Sali rzeczywiście był mi znany.
ChocoCafe.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Coś nie tak? – głos Aleksa, po raz kolejny, wyrwał mnie z zamyślenia.
- Nie, skąd – odwróciłam głowę w jego stronę i posłałam mu rozbawione spojrzenie – Chodź.
Usiedliśmy przy jednym z czteroosobowych stolików, koło okna wychodzącego na ulicę.
- Nie możesz się tak o wszystko martwić… - zaczęłam go uspokajać, bo znów nerwowo rozglądał się na boki, ale mi przerwał.
- Muszę. Jestem za ciebie odpowiedzialny.
Zdziwiona, podniosłam brwi.
- Za mnie? Proszę cię, mam już szesnaście lat – lekko naciągnęłam – sama mogę za siebie odpowiadać, a…
- Nie możesz – ponownie mi przerwał – jesteś zakładniczką, a ja porywaczem. Twoje życie jest w moich rękach.
Zabrzmiało groźnie.
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, ale właśnie w tym momencie podeszła do nas kelnerka.  Złożyliśmy swoje zamówienia, a kobieta odeszła od naszego stolika.
- Tak w ogóle, gdzie są te Chojnice? – zaczęłam  rozmowę na przyjemniejszy dla mnie niż poprzednio temat.
- Niecałe 200 kilometrów na północ od Poznania.
Ale jak to? szeroko otworzyłam oczy.
- To nie jedziemy do Krakowa? -  teraz to on się gapił.
- A dlaczego do Krakowa? – zapytał, zdziwiony.
Kiedy nie odpowiedziałam, tylko  odwróciłam głowę do okna i patrzyłam przez nie na zewnątrz, ponowił pytanie.
- Dlaczego akurat do Krakowa? – jego zdziwienie zamieniło  się w ciekawość.
Ja jednak nadal nie odpowiadałam. Nie byłam zła ani obrażona, po prostu nie miałam siły opowiadać całej tej historii po raz kolejny. Czwarty konkretnie.
I już po raz drugi dzisiaj wybawiła mnie kelnerka, która przyniosła nasze zamówienia – Aleksowi kawę i sernik (Mmm, jakie zdrowe śniadanko), a mnie herbatę owocową. Ciemnobrązowe oczy szatyna rozszerzyły się na widok jedzenia, na które omal się nie rzucił. Kiedy kelnerka poszła, Aleks zaczął pożerać  swoje ciasto, jakby przez rok nic nie jadł.  O dziwo, uszy mu się nie trzęsły.
Patrzyłam na niego z politowaniem – zachowuje się jak kilkuletnie dziecko, chociaż ma już… no właśnie. Ile on tak właściwie ma lat?
- Aleks – ten nieprzerwanie zajadał się sernikiem, więc ciągnęłam dalej – z którego rocznika jesteś?
- Dziewięć cztery, konkretnie ósmy marca.  A czemu? – odpowiedział z pełnymi ustami, patrząc na mnie ciekawsko.
- Nie, nic, tak z ciekawości pytam.
W milczeniu pokiwał głową, ale zaraz rzucił kolejny temat.
- A o co chodzi z tym Krakowem?
Westchnęłam przeciągle.
Trafił swój na swego  usłyszałam ten wredny głos gdzieś z tyłu mojej głowy.
- Bo miałam się tam przeprowadzić? – po chwili wahania zdecydowałam się na odpowiedź.
Tylko błagam, nie pytaj „dlaczego” prosiłam w myślach.
- A dlaczego? – ręce mi opadły. Spojrzałam z niedowierzaniem na siedzącego naprzeciwko mnie chłopaka, który patrzył na mnie z ciekawością i oczekiwaniem.
Boże, za co?
- Czyli nie dasz się spławić – zaśmiałam się – To teraz usiądź wygodnie i słuchaj uważnie.
Aleks wygiął usta w uśmiechu.  
*    *     *
Cześć i czołem! : *
Wybaczcie, że tak późno, rozdział gotowy od tygodnia, ale nie znalazłam wolnej chwili, żeby go przepisać. Dlatego dopiero teraz.
Rozdział mi się nie podoba, cały czas coś kręcę, realizuję każdy pomysł, który wpadnie mi do głowy, a w ogóle nie patrzę na konsekwencje. (Czas na gratulacje od fanów :P) Wiem jednak, jak skończy się to opowiadanie (mam nadzieję, że kiedyś dobiję do końca) i mam nadzieję, że w tej kwestii nic się nie zmieni.
I na dziś to chyba byłoby wszystko.
Pozdrawiam Was, Stokrotki! : *
Miłego tygodnia. : ) xx