Wyobraź sobie taką sytuację:
*
Dowiadujesz się, że Twój chłopak zdradzał Cię z inną.
*
Planujesz wyprowadzkę.
*
Twojej rodziny nie ma w domu.
*
Czeka Cię poważna rozmowa z rodzicami na temat wyjazdu (którzy - chcąc, nie chcąc - nadal są Twoimi opiekunami).
*
I nagle...
Dowiadujesz się pewnej rzeczy.
*
Nie, Twoi rodzice nie zginęli w katastrofie lotniczej.
*
Teraz wszystko staje się jasne.
Dlaczego rodzice opóźnili swój powrót.
Dlaczego zawsze wydawało Ci się, że oni nigdy Cię nie rozumieli.
Dlaczego nie masz zdjęć żadnych z dzieciństwa.
Dlaczego zawsze byłaś inna.
*
Bo Ty, jak właśnie się dowiedziałaś, zostałaś....
ADOPTOWANA.
Wow, lekki szok, czyż nie? Po szesnastu latach wychowywania przez praktycznie obcą rodzinę, dowiadujesz się, że ona nią nie jest.
Niemożliwe? A jednak.
Co teraz czujesz?
*
Niedowierzanie? Zdumienie? Rozczarowanie? Może złość?
*
I pewnie zadajesz dużo pytań.
*
Dlaczego dopiero teraz ci o tym mówią? Czy Twoi biologiczni (ugh, co za wstrętne słowo) rodzice żyją? Gdzie są? Kim są? Dlaczego oddali Cię do adopcji? I tak dalej, i tak dalej.
*
Wyobraziłeś/wyobraziłaś sobie tą sytuację?
*
To pięknie. Teraz wróć do rzeczywistości i ciesz się, że to nie Twoja historia.
*
To jest MOJA historią.
To JA zostałam ADOPTOWANA.
*
Planujesz wyprowadzkę.
*
Twojej rodziny nie ma w domu.
*
Czeka Cię poważna rozmowa z rodzicami na temat wyjazdu (którzy - chcąc, nie chcąc - nadal są Twoimi opiekunami).
*
I nagle...
Dowiadujesz się pewnej rzeczy.
*
Nie, Twoi rodzice nie zginęli w katastrofie lotniczej.
*
Teraz wszystko staje się jasne.
Dlaczego rodzice opóźnili swój powrót.
Dlaczego zawsze wydawało Ci się, że oni nigdy Cię nie rozumieli.
Dlaczego nie masz zdjęć żadnych z dzieciństwa.
Dlaczego zawsze byłaś inna.
*
Bo Ty, jak właśnie się dowiedziałaś, zostałaś....
ADOPTOWANA.
Wow, lekki szok, czyż nie? Po szesnastu latach wychowywania przez praktycznie obcą rodzinę, dowiadujesz się, że ona nią nie jest.
Niemożliwe? A jednak.
Co teraz czujesz?
*
Niedowierzanie? Zdumienie? Rozczarowanie? Może złość?
*
I pewnie zadajesz dużo pytań.
*
Dlaczego dopiero teraz ci o tym mówią? Czy Twoi biologiczni (ugh, co za wstrętne słowo) rodzice żyją? Gdzie są? Kim są? Dlaczego oddali Cię do adopcji? I tak dalej, i tak dalej.
*
Wyobraziłeś/wyobraziłaś sobie tą sytuację?
*
To pięknie. Teraz wróć do rzeczywistości i ciesz się, że to nie Twoja historia.
*
To jest MOJA historią.
To JA zostałam ADOPTOWANA.
Niby o tym jakże zaskakującym fakcie dowiedziałam się już kilka godzin temu, ale ciągle to do mnie nie dociera. Po prostu jest to dla mnie nierealne.
Dlaczego to wszystko nie może okazać się strasznym koszmarem, z którego po prostu nie mogę się wybudzić? Dlaczego teraz? Dlaczego ja?
Miałam się wyprowadzić. Miałam zacząć wszystko zera. I nagle wszystko zaczyna się walić.
Boże, za co? Dlaczego?
Wyszukałam numeru Pawła i połączyłam się. Po drugim sygnale odebrał.
- No, cześć, Mary? Co tam?
- Cześć, Paweł. - nikły uśmiech mimowolnie wkradł się na moją twarz - Możemy się spotkać?
- Jestem do twojej dyspozycji. - odpowiedział bez wahania - Gdzie, kiedy?
Zastanowiłam się chwilę.
- "ChocoCafe" za pół godziny?
- To do zobaczenia. - dodał jeszcze i przerwał połączenie.
Starałam się już nie myśleć o czekającym mnie spotkaniu, bo zaczęłabym samą siebie przekonywać, że to nie jest dobry pomysł. Spakowałam do torebki najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam z pokoju (byłam w domu). Zbiegłam po schodach, przy drzwiach zmieniłam obuwie, krzyknęłam 'Wychodzę!" i już mnie nie było. Wsiadłam do zamówionej wcześniej taksówki i dojechałam na umówione miejsce niecałe 10 minut przed czasem. Po uregulowaniu rachunku z kierowcą, skierowałam się w stronę kawiarni. Usiadłam przy moim "stałym" stole i zamówiłam - jak zwykle - gorącą czekoladę. Po chwili otrzymałam swoje zamówienie. Paweł zjawił się po dosłownie minucie. Widziałam przez okno, jak szedł od strony hotelu, a wiatr rozwiewał luźne rękawy jego koszuli. Wreszcie dotarł do drzwi i wszedł do budynku. Szybko odszukał mnie wzrokiem i z uśmiechem na ustach podszedł do mojego stolika.
- Heeej - powiedziałam przeciągle, wyginając usta w nieco sztucznym uśmiechu.
Szatyn bez słowa zajął miejsce naprzeciwko mnie i przyglądał mi się badawczym wzrokiem.
- Stało się coś, prawda? - po kilkunastu sekundach zdecydował się przerwać ciszę - Potrzebujesz słuchacza?
Aż tak to widać?
- Oj, tak. - ten uśmiech już z pewnością był szczery.
- Zatem zamieniam się w słuch. - Paweł oparł łokcie na blacie, brodę na dłoniach, a ja zaczęłam swoją opowieść.
*
-... i tak to w skrócie wygląda. - westchnęłam.
Tak, powiedziałam mu o wszystkim. O Marcinie, o przeprowadzce, o adopcji. Całą historię od samego początku aż do obecnej chwili, w której przyglądam mu się w oczekiwaniu na jakąś reakcje. Może to trochę dziwne, że zwierzam się prawie obcemu człowiekowi. Ale musiałam się wygadać.
Paweł zachował kamienną twarz, ale jego oczy zdradzały wszystko. To znaczy może nie wszystko, ale wiedziałam na pewno, że moja historia nie jest mu obojętna. Nie umiem czytać z oczu, ale wiem, że przewinęło się w nich wiele uczuć. Biła z nich przede wszystkim troska. I... podziw? Tego ostatniego nie byłam pewna.
- Wow... nie wiem, co powiedzieć. - wydusił po dłuższej przerwie. Z trudem sklejał zdania. Ale nie dziwię mu się. Skąd ja to znam.
Uśmiechnęłam się smutno. Szatyn usilnie szukał jakichś słów pocieszenia i wsparcia, ale bezskutecznie. A przynajmniej tak to wyglądało.
- Przepraszam, że musiałeś tego wszystkiego słuchać. Ale wiesz... Musiałam to komuś powiedzieć. To mnie tak... cisnęło od środka, rozumiesz.
Pokiwał głową, jednocześnie kręcąc nią lekko [niby niemożliwe, ale chyba potraficie to sobie wyobrazić :)- przyp. autorki], jakby z niedowierzaniem. Widocznie nadal był w lekkim szoku po mojej opowieści.
- Jezu, wiesz... Ciężko mi w to uwierzyć... Na twoim miejscu tu chyba bym się z mostu rzucił. - stwierdził dyplomatycznie.
- Nie, no, dzięki. - z rozbawieniem patrzyłam, jak dociera do niego sens wypowiedzianych przed chwilą słów.
- To nie miało tak zabrzmieć... Serio. Sorry, nie to miałem na myśli.
- Nie ma sprawy, spoko. - mój dobry humor momentalnie się ulotnił. - Dzięki, że mnie wysłuchałeś.
- Hej, to naprawdę nic wielkiego. - przesiadł się na krzesło obok mnie i objął ramieniem. Lekko przytulił mnie do siebie i pocieszająco klepał po placach.
Nagle pod powiekami poczułam łzy, które następnie spłynęły po mojej twarzy.
Jeszcze chwilę trwaliśmy w uścisku. Wreszcie, gdy zapanowałam nad oczami i wypływającą z nich cieczą, odsunęłam się od niego i wymusiłam uśmiech. Paweł odwzajemnił go i gestem przywołał kelnerkę. Zapłacił za nasze zamówienia i wyszliśmy z kawiarni. Skierowaliśmy się w stronę jego hotelu. Całą drogę przebyliśmy w ciszy. Szliśmy jakiś kwadrans, napawając się słodkim zapachem bzów i azalii. Wreszcie dotarliśmy do celu. Staliśmy chwilę przed wejściem do hallu, naprzeciwko siebie.
To było nasze ostatnie spotkanie - Paweł jutro wyjeżdża.
Wyciągnęłam do niego rękę i uśmiechnęłam się - lekko, ale szczerze.
- Do widzenia Panu.
- Do zobaczenia. - poprawił mnie z uśmiechem. - Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
Prychnęłam lekko.
- Sam się będziesz o to prosił.
- Zobaczymy. - puścił moją dłoń. Za moimi plecami usłyszałam klakson samochodu. Taxi...- Ja lecę. - ostatni smile i odwrót na pięcie. Otwierając drzwi do taksówki, obejrzałam się jeszcze raz, ale Pawła już nie było. Wsiadłam do auta i podałam kierowcy adres mojego (jeszcze) domu.
Teraz czeka mnie o wiele mniej przyjemna rozmowa.
* * *
Oj, powinniście mnie zdrowo opie*rzyć. Cały czas odkładam w czasie tą rozmowę Mary z rodzicami, ale po prostu nie wiem, jak miałaby ona wyglądać. Nie potrafię myśleć "po dorosłemu". Przepraszam, sama jestem na siebie zła. Myślę, że w następnym rozdziale już będzie.
Pozdrawiam cieplutko i słodkich snów. xx ♥
~ green daisy
PS Hehe, a ja już mam weekend. :D
Dlaczego to wszystko nie może okazać się strasznym koszmarem, z którego po prostu nie mogę się wybudzić? Dlaczego teraz? Dlaczego ja?
Miałam się wyprowadzić. Miałam zacząć wszystko zera. I nagle wszystko zaczyna się walić.
Boże, za co? Dlaczego?
Wyszukałam numeru Pawła i połączyłam się. Po drugim sygnale odebrał.
- No, cześć, Mary? Co tam?
- Cześć, Paweł. - nikły uśmiech mimowolnie wkradł się na moją twarz - Możemy się spotkać?
- Jestem do twojej dyspozycji. - odpowiedział bez wahania - Gdzie, kiedy?
Zastanowiłam się chwilę.
- "ChocoCafe" za pół godziny?
- To do zobaczenia. - dodał jeszcze i przerwał połączenie.
Starałam się już nie myśleć o czekającym mnie spotkaniu, bo zaczęłabym samą siebie przekonywać, że to nie jest dobry pomysł. Spakowałam do torebki najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam z pokoju (byłam w domu). Zbiegłam po schodach, przy drzwiach zmieniłam obuwie, krzyknęłam 'Wychodzę!" i już mnie nie było. Wsiadłam do zamówionej wcześniej taksówki i dojechałam na umówione miejsce niecałe 10 minut przed czasem. Po uregulowaniu rachunku z kierowcą, skierowałam się w stronę kawiarni. Usiadłam przy moim "stałym" stole i zamówiłam - jak zwykle - gorącą czekoladę. Po chwili otrzymałam swoje zamówienie. Paweł zjawił się po dosłownie minucie. Widziałam przez okno, jak szedł od strony hotelu, a wiatr rozwiewał luźne rękawy jego koszuli. Wreszcie dotarł do drzwi i wszedł do budynku. Szybko odszukał mnie wzrokiem i z uśmiechem na ustach podszedł do mojego stolika.
- Heeej - powiedziałam przeciągle, wyginając usta w nieco sztucznym uśmiechu.
Szatyn bez słowa zajął miejsce naprzeciwko mnie i przyglądał mi się badawczym wzrokiem.
- Stało się coś, prawda? - po kilkunastu sekundach zdecydował się przerwać ciszę - Potrzebujesz słuchacza?
Aż tak to widać?
- Oj, tak. - ten uśmiech już z pewnością był szczery.
- Zatem zamieniam się w słuch. - Paweł oparł łokcie na blacie, brodę na dłoniach, a ja zaczęłam swoją opowieść.
*
-... i tak to w skrócie wygląda. - westchnęłam.
Tak, powiedziałam mu o wszystkim. O Marcinie, o przeprowadzce, o adopcji. Całą historię od samego początku aż do obecnej chwili, w której przyglądam mu się w oczekiwaniu na jakąś reakcje. Może to trochę dziwne, że zwierzam się prawie obcemu człowiekowi. Ale musiałam się wygadać.
Paweł zachował kamienną twarz, ale jego oczy zdradzały wszystko. To znaczy może nie wszystko, ale wiedziałam na pewno, że moja historia nie jest mu obojętna. Nie umiem czytać z oczu, ale wiem, że przewinęło się w nich wiele uczuć. Biła z nich przede wszystkim troska. I... podziw? Tego ostatniego nie byłam pewna.
- Wow... nie wiem, co powiedzieć. - wydusił po dłuższej przerwie. Z trudem sklejał zdania. Ale nie dziwię mu się. Skąd ja to znam.
Uśmiechnęłam się smutno. Szatyn usilnie szukał jakichś słów pocieszenia i wsparcia, ale bezskutecznie. A przynajmniej tak to wyglądało.
- Przepraszam, że musiałeś tego wszystkiego słuchać. Ale wiesz... Musiałam to komuś powiedzieć. To mnie tak... cisnęło od środka, rozumiesz.
Pokiwał głową, jednocześnie kręcąc nią lekko [niby niemożliwe, ale chyba potraficie to sobie wyobrazić :)- przyp. autorki], jakby z niedowierzaniem. Widocznie nadal był w lekkim szoku po mojej opowieści.
- Jezu, wiesz... Ciężko mi w to uwierzyć... Na twoim miejscu tu chyba bym się z mostu rzucił. - stwierdził dyplomatycznie.
- Nie, no, dzięki. - z rozbawieniem patrzyłam, jak dociera do niego sens wypowiedzianych przed chwilą słów.
- To nie miało tak zabrzmieć... Serio. Sorry, nie to miałem na myśli.
- Nie ma sprawy, spoko. - mój dobry humor momentalnie się ulotnił. - Dzięki, że mnie wysłuchałeś.
- Hej, to naprawdę nic wielkiego. - przesiadł się na krzesło obok mnie i objął ramieniem. Lekko przytulił mnie do siebie i pocieszająco klepał po placach.
Nagle pod powiekami poczułam łzy, które następnie spłynęły po mojej twarzy.
Jeszcze chwilę trwaliśmy w uścisku. Wreszcie, gdy zapanowałam nad oczami i wypływającą z nich cieczą, odsunęłam się od niego i wymusiłam uśmiech. Paweł odwzajemnił go i gestem przywołał kelnerkę. Zapłacił za nasze zamówienia i wyszliśmy z kawiarni. Skierowaliśmy się w stronę jego hotelu. Całą drogę przebyliśmy w ciszy. Szliśmy jakiś kwadrans, napawając się słodkim zapachem bzów i azalii. Wreszcie dotarliśmy do celu. Staliśmy chwilę przed wejściem do hallu, naprzeciwko siebie.
To było nasze ostatnie spotkanie - Paweł jutro wyjeżdża.
Wyciągnęłam do niego rękę i uśmiechnęłam się - lekko, ale szczerze.
- Do widzenia Panu.
- Do zobaczenia. - poprawił mnie z uśmiechem. - Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
Prychnęłam lekko.
- Sam się będziesz o to prosił.
- Zobaczymy. - puścił moją dłoń. Za moimi plecami usłyszałam klakson samochodu. Taxi...- Ja lecę. - ostatni smile i odwrót na pięcie. Otwierając drzwi do taksówki, obejrzałam się jeszcze raz, ale Pawła już nie było. Wsiadłam do auta i podałam kierowcy adres mojego (jeszcze) domu.
Teraz czeka mnie o wiele mniej przyjemna rozmowa.
* * *
Oj, powinniście mnie zdrowo opie*rzyć. Cały czas odkładam w czasie tą rozmowę Mary z rodzicami, ale po prostu nie wiem, jak miałaby ona wyglądać. Nie potrafię myśleć "po dorosłemu". Przepraszam, sama jestem na siebie zła. Myślę, że w następnym rozdziale już będzie.
Pozdrawiam cieplutko i słodkich snów. xx ♥
~ green daisy
PS Hehe, a ja już mam weekend. :D
jesteś geniuszem < 3
OdpowiedzUsuńRozdział świetny < 3 bd czytać i dodaje do obserwowanych, a ja zapraszam do siebie, dzisiaj dodałam prolog i chciałabym szczerą opinię do tego opowiadania.
http://rock-me-onedirection.blogspot.com/ zapraszam :*