W szpitalu siedziałam długo, bite dwa tygodnie. Okazało się bowiem, że oprócz zapalenia strun głosowych mam też zapalenie płuc. Jak to mówią 'nieszczęścia chodzą parami'.
Te dwa tygodnie były strasznie koszmarne i koszmarnie straszne. Leżałam w łóżku (nie mogłam się podnosić, bo zaraz atakował mnie kaszel) i wpatrywałam się w biały sufit. Co drugi dzień przychodziła do mnie mama, a gdy nie mogła przyjść, dzwoniła do mnie i dawała do telefonu Olkę. Mała mówiła, że "stlaśnie zia mną teśkni".To były miłe chwile. Ale nie było ich zbyt wiele. Dlatego myślałam, że zwariuję w tym szpitalu, gdyby nie... no kto? oczywiście, Marcin. :)
Szczerze? - nie sądziłam, że przyjdzie. Niby spędził przy mnie te parę godzin, czekając aż się obudzę, potem odpowiadał mi na moje pytania bez mrugnięcia okiem, a na końcu patrzył mi głęboko w oczy i pocałował w policzek. Mimo to nie sądziłam, że przyjdzie. Ale nie przeczę, że było mi bardzo miło, gdy zobaczyłam go w drzwiach pokoju nr 38.
Muszę to przyznać, podoba mi się. Czasami śnił mi się w nocy, czasami wspominałam jego uśmiech, jego hipnotyzujące oczy. Ale cały czas był gdzieś tam, w mojej podświadomości, i nie chciał wyjść. Co wcale mi nie przeszkadzało. Tak czy owak podobał mi się cholernie i nic nie mogłam na to poradzić.
A więc siedziałam w tym szpitalu, a że były akurat ferie zimowe (taa, ma się to szczęście znajdywania sobie wolnego od szkoły), Marcin przychodził codziennie w przedpołudnie i wychodził późnym wieczorem. Nie chciałam robić sobie nadziei, ale to musiało coś znaczyć. Przecież nieznajomi ludzie nie spotykają się codziennie, jeśli nie muszą. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Cholernie mi się podobał, był ucieleśnieniem moich marzeń - po prostu ideał - a mimo to bałam się. Nie ma się czego wstydzić, w końcu na miłość (o ile to zauroczenie nią było) nie mamy wpływu, a wiedziałam, że Marcin na pewno mnie nie wyśmieje, jeśli powiem mu prawdę, ale strasznie się bałam. Nie wiem nawet czego. Po prostu się bałam, koniec, kropka.
Przez te dwa tygodnie dużo dowiedziałam się o chłopaku. Nie ma co opowiadać, bo to nic nie znaczące fakty (no bo na co może przydać sie fakt, że Marcin jako dziecko kolekcjonował parasole, a żabę, którą kiedyś znalazł na podwórku, nazwał Kruczka?). Staliśmy się dobrymi przyjaciółmi. Ciągle mnie rozśmieszał, musiałam go wyganiać, bo za nic nie chciał wychodzić, przynosił mi wszytko, czego chciałam. Zakochiwałam się w nim coraz bardziej. Nie robiłam maślanych oczu, ale już na samą myśl uśmiechałam się, a motyle dawały o sobie znać. A co do jego uczuć względem mnie - był to jeden z niewielu tematów, których w ogóle nie poruszyliśmy.
Nie wiedziałam, co o mnie myśli, co do mnie czuje. Nie zdradzał się nigdy. Żadne spojrzenie, żaden gest, nic, co wskazywałoby na coś więcej niż 'przyjaźń'. Każdego wieczoru po jego wyjściu obiecywałam sobie, że następnego dnia powiem mu, co czuję. I za każdym razem kończyło się to fiaskiem. Nie przechodziło mi to przez usta (chociaż nadal nie mogłam zbyt dużo mówić), nie potrafiłam tego wykrztusić. Po prostu coś mnie blokowało. Jak tama rwącą rzekę.
Nadszedł dzień wyjścia ze szpitala. Pomyślałam "Jak nie teraz to kiedy", więc kiedy skończyliśmy mnie pakować, a mieliśmy jeszcze jakiś kwadrans, wypaliłam ni stąd ni zowąd:
- Podobasz mi się... Bardzo. - powiedziałam bez żadnych wstępów, prosto z mostu. Chciałam spuścić wzrok na podłogę, ale siłą woli zmuszałam się patrzeć na Marcina. Brunet jakby ocknął się z zamyślenia. Dotąd wpatrywał się w okno, teraz jednak odwrócił się do mnie i patrzył mi w twarz z tym swoim delikatnym uśmiechem.
Czułam, że się czerwienię. Te chwile oczekiwania były straszne. Ręce zaczęły mi się trząść ze zdenerwowania, rozbolał mnie brzuch. Wiedziałam, że długo nie wytrzymam.
Kiedy przez najbliższą minutę nadal nie nie powiedział, dałam upust nerwom:
- Powiesz coś wreszcie? - wyszeptałam, cała roztrzęsiona - Jak długo chcesz mnie trzymać w niepewności?
Najgorsze, co mogłoby się teraz stać, to gdyby do pokoju weszła moja mama. Zostało niewiele czasu, musiałam się w końcu dowiedzieć prawdy. Nie po to zdobyłam się na odwagę, żeby nic mi nie powiedział.
- Proszę, powiedz coś wreszcie. - czułam, jak serce wali mi w żebra.
Słyszałam tylko własny przyspieszony oddech i tłukący w uszach dzwon. Krew buzowała mi w głowie, czułam jakby miała mi pęknąć czaszka.
Marcin chyba zauważył, że nie jest ze mną najlepiej. Nadal nic nie mówiąc, podniósł się z fotela, podszedł do mnie i usiadł obok mnie na łóżku. Wziął moje lodowate ręce w swoje. Patrzył przed siebie i nerwowo przełykał ślinę. Jemu też nie było lekko.
- Ale co mam ci powiedzieć? - szepnął cicho - Że jestem w tobie beznadziejnie, bezgranicznie zakochany a poza tobą świata nie widzę? O to chodzi?
Po chwili milczenia odpowiedziałam jeszcze ciszej:
- Nie wiem, Marcin. Powiedz prawdę, po prostu.
- Prawdę, tak? No dobra - wziął głęboki wdech i powiedział cichutko z zamkniętymi oczami - Jestem w tobie beznadziejnie, bezgranicznie zakochany, a poza tobą świata nie widzę.
Podniosłam głowę i spojrzałam na jego twarz. Był nadal bardzo stremowany, ja zresztą też. Po chwili on też otworzył oczy i patrzył z niecierpliwością, ze strachem. Pogłaskałam go po policzku, choć sama dziwiłam się sobie, że odważyłam się na taki gest. Objęłam go w pasie i wtuliłam w niego. Bez wahania przytulił mnie do siebie. Czułam się szczęśliwa. Po prostu.
Brunet oparł policzek na mojej głowie i kołysał delikatnie. Potem chwycił moją dłoń i podniósł do swojej twarzy. Spojrzałam mu w oczy. Boże, on naprawdę jest ideałem.
Coś oczywiście musiało przerwać tą romantyczną chwilę. Usłyszałam brzęk telefonu. Marcin sam wypuścił mnie ze swoich objęć, a ja z niechęcią odsunęłam się od niego i podeszłam do stolika, na którym leżał telefon.
- To od mamy. Mamy już zejść na dół, bo samochód czeka - podniosłam wzrok znad komórki i uśmiechnęłam się,
- Więc idziemy - westchnął brunet i wstał z łóżka z widocznym niezadowoleniem. Na ten widok roześmiałam się. Chłopak zdziwiony podniósł jedną brew.
- Czyżbyś polubił szpitale? - uśmiechnęłam się zawadiacko.
Marcin objął mnie w talii i przyciągnął dla siebie.
- Może - wymruczał niczym kot. Objęłam go za szyję i z bliska patrzyłam mu w oczy. Po sekundzie poczułam jego usta na swoich. Pocałował mnie delikatnie, czule. Odwzajemniłam ten pocałunek. Rozdzielił nas dopiero drugi SMS mamy "Gdzie Wy się podziewacie? Chcecie iść na piechotę?" Śmialiśmy się oboje, Marcin wziął moją torbę podróżną, ja sięgnęłam po podręczną i podeszliśmy do drzwi. Wyszliśmy na korytarz, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać.
Historia życia pewnej nastolatki, która pragnie spełniać swoje marzenia.
sobota, 8 grudnia 2012
niedziela, 2 grudnia 2012
Rozdział 1.
Obudziłam się z mocnym bólem głowy. Właściwie to przez niego wstałam. Samo patrzenie sprawiało mi problem. Starałam się o tym nie myśleć i usiadłam. Mało co nie spadłam z łóżka, tak bardzo kręciło mi się w głowie. Bardzo powoli wstałam na nogi i powoli, podpierając się o wszystko, co miałam pod ręką, podeszłam do drzwi. Chwyciłam komórkę i sprawdziłam godzinę. Była siódma, jakim cudem tata mnie nie obudził? Przez zwolnione obroty w mojej głowie dopiero po chwili skojarzyłam, że tato jest w górach, a mama jeszcze śpi. Przez chwilę byłam wdzięczna bólom głowy za to, że przynajmniej nie spóźnię się do szkoły.
Odłożyłam telefon na półkę i postawiłam jeden krok. Natychmiast zakręciło mi się w głowie, upadłam na ścianę. Obiłam sobie ramie, ale nie zwróciłam na to uwagi i sięgnęłam po Apap. Może przynajmniej on mi pomoże. Wzięłam jedną, potem kolejną tabletkę. Po kwadransie ból zelżał. W tym czasie zdążyłam się ubrać, umyć i uczesać. Poszłam do kuchni na śniadanie, ale po pierwszym kęsie myślałam, że zwymiotuje, więc dałam sobie z nim spokój. Podreptałam do korytarza, migiem założyłam kozaki, płaszczyk i szalik. Niemal wybiegłam z domu, żeby nie spóźnić się na autobus. Miałam dwie minuty. Zdążyłam, na szczęście. Gdy usiadłam, ból głowy powrócił. Odchyliłam głowę i zamknęłam oczy.
Jakimś cudem nie przegapiłam swojego przystanku. Ostrożnie wstałam, walcząc z zawrotami głowy. Wyszłam z autobusy i skierowałam się w stronę przejścia. Potem usłyszałam tylko czyjś krzyk, uderzenie w głowę i twardość bruku. Nic więcej nie pamiętam.
Obudziłam się później i za nic nie mogłam skapować gdzie jestem i dlaczego. Z czasem moje oczy przyzwyczaiły się do jasnego światła i zaczynałam przypominać sobie, co się stało.
Leżałam na łóżku w jakiejś dziwnej pidżamie, przykryta białą pościelą. Po prawej stronie widziałam mamę, śpiącą w fotelu i jakiegoś lekarza, krzątającego się po sali. Chyba wyczuł moje spojrzenie, bo odwrócił głowę i uśmiechnął się delikatnie. Podszedł do mnie, a ja spostrzegłam, że to nie lekarz. Nade mną stał jakiś chłopak (wyrośnięty, ale na pewno nie dorosły), ciemne włosy zasłaniały jego niebieskozielone oczy. Wiedziałam, że skądś go znam.
- A... - wychrypiałam tylko, nie byłam w stanie nic powiedzieć.
Chłopak uśmiechał się nadal.
- Lepiej nic nie mów. Masz zapalenie strun głosowych, możesz je tylko podrażnić.
Cholera. Czyli o nic go nie spytam.
- Zaczekaj, zaraz coś wymyślę. - brunet rozejrzał się po pokoju, jakby szukał jakiegoś rozwiązania. Wreszcie podszedł do szafy, wyciągnął jakąś kartkę i długopis. Podał mi. Położył mi książkę na kolanach, żebym miała na czym pisać.
' Kim jesteś? Skąd Cie kojarzę?'
- Jestem Marcin, znamy się ze szkoły. Jestem w trzeciej klasie, dzisiaj rano jechałem z tobą autobusem.
' A co tak wgl się stało? Gdzie jestem? I co tu robisz?'
Chłopak westchnął. Pisało się na długą rozmowę.
- Nie pamiętasz? Wyszliśmy z autobusu i czekałaś na przejściu. Potem jakiś małolat rzucił w ciebie dla żartu śnieżką i osunęłaś się na ziemie. Jakiś facet posadził cię na ławce, ja zadzwoniłem po pogotowie. Wzięli mnie ze sobą, bo byłem "naocznym świadkiem" - zgiął dwa palce obu rąk i zmienił głos. - " Jako jedyny znajomy niepełnoletniej został zabrany na oddział w celu złożenia zeznań."
Uśmiechnęłam się. "Czyli go wrobiłam - pomyślałam - Tylko czemu cały czas tu siedzi?"
'Która jest godzina?' - nabazgrałam.
- Gdzieś po w pół do siódmej wieczór.
Uniosłam brwi ze zdziwienia. Marcin uśmiechnął się znacząco.
- Pewnie dziwi cię, że ciągle tu jestem. Szczerze mówiąc, sam nie wiem, czemu. Powiedzieli mi, że mogę zostać jak długo chcę, więc zostałem. Nie mam nic ciekawego do roboty. A ty tak ładnie wyglądasz, jak śpisz.
Przysunął krzesło do mojego łóżka i usiadł. Bawił się kosmykiem moich włosów i uśmiechał delikatnie. Ten jego uśmiech był taki pociągający, nie mogłam oderwać od niego wzroku. Oparł głowę o ręce i spojrzał mi w oczy. To było takie miłe. Poczułam, jak z w moim brzuchu latają motyle.
Że też nigdy wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi. Poznaliśmy się zaledwie kilka minut temu, a już wiedziałam jaki ma kolor oczu, jak ma na imię i do której klasy chodzi.
Powoli zapadałam w sen. Powieki miałam coraz cięższe, ale nie chciałam zasypiać. Próbowałam stłumić ziewnięcie, ale nie udało mi się. Marcin roześmiał się.
- Masz rację, troche się zasiedziałem. Idź już spać, mała.
Przybliżył twarz do mojej i przez chwilę patrzył mi głęboko w oczy. Potem delikatnie musnął ustami mój policzek.
- Kolorowych snów.
Patrzyłam za Marcinem, dopóki nie zniknął w drzwiach. Zerknęłam na mamę - nadal spała. Musiała bardzo się martwić. Sięgnęłam po kartkę i napisałam na niej.
Cześć, Mamuś!
Mam nadzieję, że nie martwiłaś się za bardzo. Kiedy się obudziłam, Ty spałaś i nie chciałam Cię budzić.
Ja czuję się dobrze, byłam tylko zmęczona, dlatego idę spać. Jutro pogadamy.Kocham Cię !Mary
Odłożyłam kartkę na stolik i przewróciłam się na drugi bok. Zamknęłam oczy i natychmiast ujrzałam ten piękny uśmiech. Zasnęłam.
Odłożyłam telefon na półkę i postawiłam jeden krok. Natychmiast zakręciło mi się w głowie, upadłam na ścianę. Obiłam sobie ramie, ale nie zwróciłam na to uwagi i sięgnęłam po Apap. Może przynajmniej on mi pomoże. Wzięłam jedną, potem kolejną tabletkę. Po kwadransie ból zelżał. W tym czasie zdążyłam się ubrać, umyć i uczesać. Poszłam do kuchni na śniadanie, ale po pierwszym kęsie myślałam, że zwymiotuje, więc dałam sobie z nim spokój. Podreptałam do korytarza, migiem założyłam kozaki, płaszczyk i szalik. Niemal wybiegłam z domu, żeby nie spóźnić się na autobus. Miałam dwie minuty. Zdążyłam, na szczęście. Gdy usiadłam, ból głowy powrócił. Odchyliłam głowę i zamknęłam oczy.
Jakimś cudem nie przegapiłam swojego przystanku. Ostrożnie wstałam, walcząc z zawrotami głowy. Wyszłam z autobusy i skierowałam się w stronę przejścia. Potem usłyszałam tylko czyjś krzyk, uderzenie w głowę i twardość bruku. Nic więcej nie pamiętam.
Obudziłam się później i za nic nie mogłam skapować gdzie jestem i dlaczego. Z czasem moje oczy przyzwyczaiły się do jasnego światła i zaczynałam przypominać sobie, co się stało.
Leżałam na łóżku w jakiejś dziwnej pidżamie, przykryta białą pościelą. Po prawej stronie widziałam mamę, śpiącą w fotelu i jakiegoś lekarza, krzątającego się po sali. Chyba wyczuł moje spojrzenie, bo odwrócił głowę i uśmiechnął się delikatnie. Podszedł do mnie, a ja spostrzegłam, że to nie lekarz. Nade mną stał jakiś chłopak (wyrośnięty, ale na pewno nie dorosły), ciemne włosy zasłaniały jego niebieskozielone oczy. Wiedziałam, że skądś go znam.
- A... - wychrypiałam tylko, nie byłam w stanie nic powiedzieć.
Chłopak uśmiechał się nadal.
- Lepiej nic nie mów. Masz zapalenie strun głosowych, możesz je tylko podrażnić.
Cholera. Czyli o nic go nie spytam.
- Zaczekaj, zaraz coś wymyślę. - brunet rozejrzał się po pokoju, jakby szukał jakiegoś rozwiązania. Wreszcie podszedł do szafy, wyciągnął jakąś kartkę i długopis. Podał mi. Położył mi książkę na kolanach, żebym miała na czym pisać.
' Kim jesteś? Skąd Cie kojarzę?'
- Jestem Marcin, znamy się ze szkoły. Jestem w trzeciej klasie, dzisiaj rano jechałem z tobą autobusem.
' A co tak wgl się stało? Gdzie jestem? I co tu robisz?'
Chłopak westchnął. Pisało się na długą rozmowę.
- Nie pamiętasz? Wyszliśmy z autobusu i czekałaś na przejściu. Potem jakiś małolat rzucił w ciebie dla żartu śnieżką i osunęłaś się na ziemie. Jakiś facet posadził cię na ławce, ja zadzwoniłem po pogotowie. Wzięli mnie ze sobą, bo byłem "naocznym świadkiem" - zgiął dwa palce obu rąk i zmienił głos. - " Jako jedyny znajomy niepełnoletniej został zabrany na oddział w celu złożenia zeznań."
Uśmiechnęłam się. "Czyli go wrobiłam - pomyślałam - Tylko czemu cały czas tu siedzi?"
'Która jest godzina?' - nabazgrałam.
- Gdzieś po w pół do siódmej wieczór.
Uniosłam brwi ze zdziwienia. Marcin uśmiechnął się znacząco.
- Pewnie dziwi cię, że ciągle tu jestem. Szczerze mówiąc, sam nie wiem, czemu. Powiedzieli mi, że mogę zostać jak długo chcę, więc zostałem. Nie mam nic ciekawego do roboty. A ty tak ładnie wyglądasz, jak śpisz.
Przysunął krzesło do mojego łóżka i usiadł. Bawił się kosmykiem moich włosów i uśmiechał delikatnie. Ten jego uśmiech był taki pociągający, nie mogłam oderwać od niego wzroku. Oparł głowę o ręce i spojrzał mi w oczy. To było takie miłe. Poczułam, jak z w moim brzuchu latają motyle.
Że też nigdy wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi. Poznaliśmy się zaledwie kilka minut temu, a już wiedziałam jaki ma kolor oczu, jak ma na imię i do której klasy chodzi.
Powoli zapadałam w sen. Powieki miałam coraz cięższe, ale nie chciałam zasypiać. Próbowałam stłumić ziewnięcie, ale nie udało mi się. Marcin roześmiał się.
- Masz rację, troche się zasiedziałem. Idź już spać, mała.
Przybliżył twarz do mojej i przez chwilę patrzył mi głęboko w oczy. Potem delikatnie musnął ustami mój policzek.
- Kolorowych snów.
Patrzyłam za Marcinem, dopóki nie zniknął w drzwiach. Zerknęłam na mamę - nadal spała. Musiała bardzo się martwić. Sięgnęłam po kartkę i napisałam na niej.
Cześć, Mamuś!
Mam nadzieję, że nie martwiłaś się za bardzo. Kiedy się obudziłam, Ty spałaś i nie chciałam Cię budzić.
Ja czuję się dobrze, byłam tylko zmęczona, dlatego idę spać. Jutro pogadamy.Kocham Cię !Mary
Odłożyłam kartkę na stolik i przewróciłam się na drugi bok. Zamknęłam oczy i natychmiast ujrzałam ten piękny uśmiech. Zasnęłam.
sobota, 3 listopada 2012
Prolog
"Nigdy niczym szczególnym się nie wyróżniałam - dość wysoka, teraz już ważąca prawidłowa, niebieskooka piętnastolatka o nieokreślonym (połączenie brunatnego, brązowego, miedzianego, złotego, rudego i całej reszty, znane jako 'bursztynowe') i nieznanym pochodzeniu kolorze włosów. Niezadbane paznokcie, poorane bliznami z zabaw dzieciństwa ręce i nogi, lekko garbaty nos i blado opalona twarz. Przewrażliwiona na swoim punkcie dziewczyna, która kocha książki, muzykę i aparaty fotograficzne (ortodontycznego nie musiała, na szczęście, nigdy nosić). Bardzo lubi sport, przede wszystkim jeździectwo, siatkówkę i sporty wodne, choć z natury jest leniuchem i woli odpoczywać biernie. Nie lubi długo spać. Kolekcjonuje kubki, uwielbia rośliny i chce zostać wegetarianką - to chyba wszystko, co teraz przychodzi mi teraz do głowy, a co powinniście wiedzieć na mój temat. Chociaż nie, jeszcze coś - jest ambitną, niepoprawną marzycielką.
Oczywiście, marzy o spotkaniu swojej miłości. Wiecie, o co chodzi - przypadkowe spotkanie, krótkie spojrzenie, bezsenne noce, puste dni, kolejne spotkanie i pierwszy dialog. Następne spotkania, które przeradzają się w randki, szybsze bicie serca na sam JEGO widok, pierwsze trzymanie się za ręce, potem pierwszy pocałunek i zaproponowanie 'chodzenia'. I tak toczy się to dalej, i dalej - aż wreszcie zaręczyny i przepiękny ślub oraz jeszcze piękniejsze wesele. A co potem... się okaże.
Szalenie ambitna, choć - jak to już było wspomniane - leniwa. Nie jest pewna swojej przyszłości, aktualnie waha się między wyborem - 'human' czy 'biol-chem'. Sama nie wie, że kiedyś spotka o wiele trudniejsze wybory niż wybór licealnego profilu (choć z tego zdania wynika, że jednak wie). Mimo ambicji, nie omieszka jej się zaliczyć kapcia.."
Dziewczyna siedziała nad zeszytem już od kwadransa i skrobała długopisem po kolejnych jego kartkach, gdy nagłe otwarcie drzwi przez jej młodszą siostrę spowodowało zamknięcie i schowanie zeszytu do szuflady biurka. Mała Ola nawet tego nie zauważyła - była zbyt zajęta swoimi wysmarowanymi czekoladowym kremem rączkami, które na przemiennie oczyszczała językiem, bynajmniej nie oczyszczając przy tym równie mocno usmarowanej twarzy. Po chwili podniosła swoje duże, śliczne, brązowe oczy, gęsto otoczone rzęsami, i spojrzała na twarz siostry.
- Marysiu - powiedziała trzylatka, uśmiechając się przy tym uroczo, pokazując dołeczki w policzkach.
Było oczywiste, o co mogło chodzić Oli. Jeśli mama zobaczy małą całą ubabraną czekoladą, zakaże jej słodyczy na tydzień. To z kolei oznacza poważne kłopoty finansowe Marii. Bez słowa podeszła do dziewczynki, chwyciła jej malutką dłoń i zaprowadziła do łazienki. Przed umywalką postawiła krzesło, na którym już po chwili skakała mała. Mary (innej wersji swojego imienia nie tolerowała) nalała ciepłej wody, namydliła ręce i, delikatnie szorując, myła brązowe ręce siostry. Po skończonym zabiegu Olka zarzuciła jej chude ramionka na szyję i mocna ścisnęła, prawie odcinając dopływ tlenu "Marysi". Ta przerzuciła sobie dziewczynkę na plecy, umyła zlew, odstawiła krzesło i zeszła na dół. Tam przekazała dziewczynkę zdezorientowanemu tacie, pogrążonemu w lekturze, i wróciła do pokoju. Rzuciła się na łóżko i leżała tak na brzuchu po ciemku. Była już w pidżamie, a zegarek dawno wybił wpół do jedenastej, mogła więc spokojnie iść spać. Przez kilka minut turlała się z boku na bok, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. W końcu zrezygnowana ułożyła poduszkę wyżej i zaczęła rozmyślać. A rozmyślać to miała o czym.
Oczywiście, marzy o spotkaniu swojej miłości. Wiecie, o co chodzi - przypadkowe spotkanie, krótkie spojrzenie, bezsenne noce, puste dni, kolejne spotkanie i pierwszy dialog. Następne spotkania, które przeradzają się w randki, szybsze bicie serca na sam JEGO widok, pierwsze trzymanie się za ręce, potem pierwszy pocałunek i zaproponowanie 'chodzenia'. I tak toczy się to dalej, i dalej - aż wreszcie zaręczyny i przepiękny ślub oraz jeszcze piękniejsze wesele. A co potem... się okaże.
Szalenie ambitna, choć - jak to już było wspomniane - leniwa. Nie jest pewna swojej przyszłości, aktualnie waha się między wyborem - 'human' czy 'biol-chem'. Sama nie wie, że kiedyś spotka o wiele trudniejsze wybory niż wybór licealnego profilu (choć z tego zdania wynika, że jednak wie). Mimo ambicji, nie omieszka jej się zaliczyć kapcia.."
Dziewczyna siedziała nad zeszytem już od kwadransa i skrobała długopisem po kolejnych jego kartkach, gdy nagłe otwarcie drzwi przez jej młodszą siostrę spowodowało zamknięcie i schowanie zeszytu do szuflady biurka. Mała Ola nawet tego nie zauważyła - była zbyt zajęta swoimi wysmarowanymi czekoladowym kremem rączkami, które na przemiennie oczyszczała językiem, bynajmniej nie oczyszczając przy tym równie mocno usmarowanej twarzy. Po chwili podniosła swoje duże, śliczne, brązowe oczy, gęsto otoczone rzęsami, i spojrzała na twarz siostry.
- Marysiu - powiedziała trzylatka, uśmiechając się przy tym uroczo, pokazując dołeczki w policzkach.
Było oczywiste, o co mogło chodzić Oli. Jeśli mama zobaczy małą całą ubabraną czekoladą, zakaże jej słodyczy na tydzień. To z kolei oznacza poważne kłopoty finansowe Marii. Bez słowa podeszła do dziewczynki, chwyciła jej malutką dłoń i zaprowadziła do łazienki. Przed umywalką postawiła krzesło, na którym już po chwili skakała mała. Mary (innej wersji swojego imienia nie tolerowała) nalała ciepłej wody, namydliła ręce i, delikatnie szorując, myła brązowe ręce siostry. Po skończonym zabiegu Olka zarzuciła jej chude ramionka na szyję i mocna ścisnęła, prawie odcinając dopływ tlenu "Marysi". Ta przerzuciła sobie dziewczynkę na plecy, umyła zlew, odstawiła krzesło i zeszła na dół. Tam przekazała dziewczynkę zdezorientowanemu tacie, pogrążonemu w lekturze, i wróciła do pokoju. Rzuciła się na łóżko i leżała tak na brzuchu po ciemku. Była już w pidżamie, a zegarek dawno wybił wpół do jedenastej, mogła więc spokojnie iść spać. Przez kilka minut turlała się z boku na bok, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. W końcu zrezygnowana ułożyła poduszkę wyżej i zaczęła rozmyślać. A rozmyślać to miała o czym.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)