W szpitalu siedziałam długo, bite dwa tygodnie. Okazało się bowiem, że oprócz zapalenia strun głosowych mam też zapalenie płuc. Jak to mówią 'nieszczęścia chodzą parami'.
Te dwa tygodnie były strasznie koszmarne i koszmarnie straszne. Leżałam w łóżku (nie mogłam się podnosić, bo zaraz atakował mnie kaszel) i wpatrywałam się w biały sufit. Co drugi dzień przychodziła do mnie mama, a gdy nie mogła przyjść, dzwoniła do mnie i dawała do telefonu Olkę. Mała mówiła, że "stlaśnie zia mną teśkni".To były miłe chwile. Ale nie było ich zbyt wiele. Dlatego myślałam, że zwariuję w tym szpitalu, gdyby nie... no kto? oczywiście, Marcin. :)
Szczerze? - nie sądziłam, że przyjdzie. Niby spędził przy mnie te parę godzin, czekając aż się obudzę, potem odpowiadał mi na moje pytania bez mrugnięcia okiem, a na końcu patrzył mi głęboko w oczy i pocałował w policzek. Mimo to nie sądziłam, że przyjdzie. Ale nie przeczę, że było mi bardzo miło, gdy zobaczyłam go w drzwiach pokoju nr 38.
Muszę to przyznać, podoba mi się. Czasami śnił mi się w nocy, czasami wspominałam jego uśmiech, jego hipnotyzujące oczy. Ale cały czas był gdzieś tam, w mojej podświadomości, i nie chciał wyjść. Co wcale mi nie przeszkadzało. Tak czy owak podobał mi się cholernie i nic nie mogłam na to poradzić.
A więc siedziałam w tym szpitalu, a że były akurat ferie zimowe (taa, ma się to szczęście znajdywania sobie wolnego od szkoły), Marcin przychodził codziennie w przedpołudnie i wychodził późnym wieczorem. Nie chciałam robić sobie nadziei, ale to musiało coś znaczyć. Przecież nieznajomi ludzie nie spotykają się codziennie, jeśli nie muszą. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Cholernie mi się podobał, był ucieleśnieniem moich marzeń - po prostu ideał - a mimo to bałam się. Nie ma się czego wstydzić, w końcu na miłość (o ile to zauroczenie nią było) nie mamy wpływu, a wiedziałam, że Marcin na pewno mnie nie wyśmieje, jeśli powiem mu prawdę, ale strasznie się bałam. Nie wiem nawet czego. Po prostu się bałam, koniec, kropka.
Przez te dwa tygodnie dużo dowiedziałam się o chłopaku. Nie ma co opowiadać, bo to nic nie znaczące fakty (no bo na co może przydać sie fakt, że Marcin jako dziecko kolekcjonował parasole, a żabę, którą kiedyś znalazł na podwórku, nazwał Kruczka?). Staliśmy się dobrymi przyjaciółmi. Ciągle mnie rozśmieszał, musiałam go wyganiać, bo za nic nie chciał wychodzić, przynosił mi wszytko, czego chciałam. Zakochiwałam się w nim coraz bardziej. Nie robiłam maślanych oczu, ale już na samą myśl uśmiechałam się, a motyle dawały o sobie znać. A co do jego uczuć względem mnie - był to jeden z niewielu tematów, których w ogóle nie poruszyliśmy.
Nie wiedziałam, co o mnie myśli, co do mnie czuje. Nie zdradzał się nigdy. Żadne spojrzenie, żaden gest, nic, co wskazywałoby na coś więcej niż 'przyjaźń'. Każdego wieczoru po jego wyjściu obiecywałam sobie, że następnego dnia powiem mu, co czuję. I za każdym razem kończyło się to fiaskiem. Nie przechodziło mi to przez usta (chociaż nadal nie mogłam zbyt dużo mówić), nie potrafiłam tego wykrztusić. Po prostu coś mnie blokowało. Jak tama rwącą rzekę.
Nadszedł dzień wyjścia ze szpitala. Pomyślałam "Jak nie teraz to kiedy", więc kiedy skończyliśmy mnie pakować, a mieliśmy jeszcze jakiś kwadrans, wypaliłam ni stąd ni zowąd:
- Podobasz mi się... Bardzo. - powiedziałam bez żadnych wstępów, prosto z mostu. Chciałam spuścić wzrok na podłogę, ale siłą woli zmuszałam się patrzeć na Marcina. Brunet jakby ocknął się z zamyślenia. Dotąd wpatrywał się w okno, teraz jednak odwrócił się do mnie i patrzył mi w twarz z tym swoim delikatnym uśmiechem.
Czułam, że się czerwienię. Te chwile oczekiwania były straszne. Ręce zaczęły mi się trząść ze zdenerwowania, rozbolał mnie brzuch. Wiedziałam, że długo nie wytrzymam.
Kiedy przez najbliższą minutę nadal nie nie powiedział, dałam upust nerwom:
- Powiesz coś wreszcie? - wyszeptałam, cała roztrzęsiona - Jak długo chcesz mnie trzymać w niepewności?
Najgorsze, co mogłoby się teraz stać, to gdyby do pokoju weszła moja mama. Zostało niewiele czasu, musiałam się w końcu dowiedzieć prawdy. Nie po to zdobyłam się na odwagę, żeby nic mi nie powiedział.
- Proszę, powiedz coś wreszcie. - czułam, jak serce wali mi w żebra.
Słyszałam tylko własny przyspieszony oddech i tłukący w uszach dzwon. Krew buzowała mi w głowie, czułam jakby miała mi pęknąć czaszka.
Marcin chyba zauważył, że nie jest ze mną najlepiej. Nadal nic nie mówiąc, podniósł się z fotela, podszedł do mnie i usiadł obok mnie na łóżku. Wziął moje lodowate ręce w swoje. Patrzył przed siebie i nerwowo przełykał ślinę. Jemu też nie było lekko.
- Ale co mam ci powiedzieć? - szepnął cicho - Że jestem w tobie beznadziejnie, bezgranicznie zakochany a poza tobą świata nie widzę? O to chodzi?
Po chwili milczenia odpowiedziałam jeszcze ciszej:
- Nie wiem, Marcin. Powiedz prawdę, po prostu.
- Prawdę, tak? No dobra - wziął głęboki wdech i powiedział cichutko z zamkniętymi oczami - Jestem w tobie beznadziejnie, bezgranicznie zakochany, a poza tobą świata nie widzę.
Podniosłam głowę i spojrzałam na jego twarz. Był nadal bardzo stremowany, ja zresztą też. Po chwili on też otworzył oczy i patrzył z niecierpliwością, ze strachem. Pogłaskałam go po policzku, choć sama dziwiłam się sobie, że odważyłam się na taki gest. Objęłam go w pasie i wtuliłam w niego. Bez wahania przytulił mnie do siebie. Czułam się szczęśliwa. Po prostu.
Brunet oparł policzek na mojej głowie i kołysał delikatnie. Potem chwycił moją dłoń i podniósł do swojej twarzy. Spojrzałam mu w oczy. Boże, on naprawdę jest ideałem.
Coś oczywiście musiało przerwać tą romantyczną chwilę. Usłyszałam brzęk telefonu. Marcin sam wypuścił mnie ze swoich objęć, a ja z niechęcią odsunęłam się od niego i podeszłam do stolika, na którym leżał telefon.
- To od mamy. Mamy już zejść na dół, bo samochód czeka - podniosłam wzrok znad komórki i uśmiechnęłam się,
- Więc idziemy - westchnął brunet i wstał z łóżka z widocznym niezadowoleniem. Na ten widok roześmiałam się. Chłopak zdziwiony podniósł jedną brew.
- Czyżbyś polubił szpitale? - uśmiechnęłam się zawadiacko.
Marcin objął mnie w talii i przyciągnął dla siebie.
- Może - wymruczał niczym kot. Objęłam go za szyję i z bliska patrzyłam mu w oczy. Po sekundzie poczułam jego usta na swoich. Pocałował mnie delikatnie, czule. Odwzajemniłam ten pocałunek. Rozdzielił nas dopiero drugi SMS mamy "Gdzie Wy się podziewacie? Chcecie iść na piechotę?" Śmialiśmy się oboje, Marcin wziął moją torbę podróżną, ja sięgnęłam po podręczną i podeszliśmy do drzwi. Wyszliśmy na korytarz, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać.
Fajny rozdział ;)
OdpowiedzUsuńhttp://and-little-things-1d.blogspot.com/