czwartek, 22 sierpnia 2013

Rozdział 15.

- Aleks… No wstawaj… - czy ja nie miałem czasami nie żyć? - Grubasie, rusz się. Ciężki jesteś.
A jednak. Wyraźnie czułem poszturchiwanie w ramię, pod głowę miałem coś miękkiego i słyszałem czyjś głos… Zaraz, chwileczkę… To był JEJ głos.
Gwałtownie otworzyłem oczy i podniosłem się do pozycji siedzącej.
Znajdowałem się w jakimś brudnobiałym pomieszczeniu, przez przysłonięte wykrochmalonymi firanami duże okna przebijały się pojedyncze promyki zachodzącego słońca, nieco rozpraszając panujący wokół mrok. Pokój nie był duży; znalazło się w nim miejsce na mały stolik pod oknem, drewnianą, pomalowaną na biało, wiekową szafę, krzesło, na którym siedziałem i łóżko. Metalowe, szpitalne łóżko, nic specjalnego. Skrzypiące sprężyny, sztywna od wielokrotnego prania, śnieżnobiała pościel i drobna postać, niemal w całości pod nią schowana. W półmroku nie mogłem dostrzec zbyt wielu szczegółów. Tylko długie, kręcone włosy i duże oczy. Ale to mi wystarczyło.
- Mary - wyszeptałem drżącym głosem, którego nie potrafiłem kontrolować. Serce biło mi jak oszalałe - to ty żyjesz?
Moje oczy powoli przyzwyczajały się do otaczających, niemal egipskich, ciemności, więc zdołałem dostrzec, jak dziewczyna marszczy brwi w geście dezorientacji.
- Taaak - powiedziała ostrożnie, przyglądając mi się - jest w tym coś dziwnego?
- No tak jakby. Przecież w nocy omal nie udławiłaś się własną krwią, a potem po operacji lekarz powiedział, że tętniak…
- Ejejej, hola, hola, zwolnij, kowboju. Jaka operacja, jaki tętniak, o czym ty mówisz? - dziewczyna wpadła mi w słowo, przerywając mój monolog, który widocznie nie był dla niej zrozumiały.
- No przecież mi się to nie przyśniło - prychnąłem. Zacząłem odnosić wrażenie, że nie kontrolowałem tego, o czym mówię - Tylko w takim razie dlaczego ja żyje?
Mary chyba już nic nie rozumiała.
- Acha, to my oboje mieliśmy nie żyć, tak? Czyli jesteśmy duchami? - powiedziała sarkastycznie, ale po chwili ton jej głosu złagodniał - Aleks, powiedz mi, co się dzieje. Nic nie rozumiem.
Olśnienie przyszło nagle. Tak nagle, że aż poderwałem się z miejsca i udeżyłem otwartą dłonią w czoło. Słowa, które sam przed chwilą wypowiedziałem, nareszcie dotarły do mojego mózgu.
To był sen.- O Boże… - sapnąłem z niedowierzaniem wymieszanym z ulgą - to był tylko sen.
- Co było snem? Aleks, do cholery jasnej, powiedz mi wreszcie, co tu się dzieje. - Rudowłosej chyba wyczerpała się cierpiwość. Wyglądała na strasznie zdezorientowaną i chyba też trochę na mnie wściekłą. Wolałem nie ryzykować i nie poznawać tej rozzłoszczonej Mary.
- Spokojnie, nie denerwuj się. Już ci mówię. - Podniosłem ręce w obronnym geście i już miałem siadać na krześle, z którego chwilę wcześniej się poderwałem, gdy coś mi przeszkodziło. A raczej ktoś.
Zawiasy zaskrzypiały, kiedy ktoś powolnym ruchem otwierał drzwi. Po chwili do sali wślizgnęła się drobna postać. Była to pielęgniarka, która - jak sama powiedziała - miała podać Mary leki. Ja, rzecz jasna, musiałem się oddalić. Wyszedłem na korytarz i podążyłem w stronę baru. Zamówiłem duże latte i dwie drożdżówki z serem i usiadłem przy jednym z nielicznych stolików. Rozglądałem się niewidzącym wzrokiem po pomieszczeniu, myślami będąc zaledwie kilkanaście metrów dalej. Konkretnie w sali 114.
To wszystko wydawało mi się niewiarygodne. Mary żyła miała się dobrze, za kilka dni pewnoe będzie mogła wyjść ze szpitala. Nie było żadnego tętniaka, jej zdrowiu nic nie zagrażało. A przecież ten sen był taki rzeczywisty… A może ja teraz śnię? Nie, to niemożliwe przecież martwi nie śnią.
To idiotyczne podsumowałem swój jakże inteligenty dialog, który prowadziłem w głowie z samym sobą i odsunąłem od siebie te myśli. Zajmij się rzeczywistością podpowiedział mój wewnętrzny głos. Odstawiłem więc pusty kubek po kawie na stół, zostawiłem nietknięte drożdżówki i poniosłem się z krzesła. Wróciłem do sali Mary tą samą drogą.
Do drzwi dotarłem w dwie minuty. Zdążyłem wejść do sali i zamknąć za sobą drzwi, gdy…
- No, jesteś nareszcie. Możesz mi łaskawie wyjaśnić o co Ci wcześniej chodziło? - Mary przywitała mnie niezwykle serdecznie.
Odwróciłem się od drzwi, o które się opierałem i podszedłem do łóżka. Rudowłosa siedziała, opierając się o ścianę. Miała na sobie białą, szpitalną pidżamę,która odkrywała wystające obojczyki i mostek. Pod dużymi, zmęczonymi oczami dziewczyny zarysowały się sine worki. Wyglądała mizernie.
Usiadłem na moim krzesełku. Pielęgniarka szybko się uwinęła, byliśmy tylko we dwójkę. Przez chwilę przyglądałem się nastolatce. Raptem zmarszczyłem brwi i odwróciłem wzrok na okno. Przez dłuższą chwilę nie mogłem zebrać się w sobie, aby powiedzieć choć jedno słowo, ale ona cierpliwie czekała, nie ponaglając mnie. W duchu podziękowałem jej za to.
- Jak się czujesz? - odważyłem się wreszcie odezwać, nie odpowiadając jednak na jej prośbę, nadal wiszącą w powietrzu.
- Całkiem dobrze, tylko trochę boli mnie głowa. - Mary zachowała spokój i nie wybuchł. Cierpliwie czekała, aż sam się wygadam… - A powiesz mi wreszcie, co to był za sen? -
Cofam te słowa. Jej niecierpliwa natura jednak dała o sobie znać.
Rudowłosa wpatrywała się we mnie ze zmarszczonym czołem, jakby chciała odgadnąć moje myśli. Na szczęście dla mnie, nie była Edwardem ze “Zmierzchu” i nie mogła zajrzec do mojego umysłu. To naprawdę duża ulga.
- No… - zacząłem, nie wiedząc, czy powinienem powiedzieć jej prawdę, czy może jednak nie. W tej kwestii miałem wolną ręką, w końcu we śnie może zdarzyć się wszystko, wyobraźnia ludzka nie zna granic.
Stwierdziłem jednak, że dziewczyna nie zasłużyła na to, aby wciskać jej jakieś wyssane z palca bajeczki i powiem jej, jak było naprawdę (o ile sen ma jakąkolwiek rację bytu).
- To było niesamowicie realistyczne. Spałem tu, na tym krześle, kiedy ty zaczęłaś szarpać mnie za rękaw i próbowałaś mnie obudzić. Kiedy się ocknąłem, nie było z tobą najlepiej, dusiłaś się - po co się wdrażać w szczegóły, dziewczyny nie lubię krwi - więc poszedłem po lekarza. On i kilku innych wywieźli cię stąd, a ja zasnąłem. Potem znowu się obudziłem. Na korytarzu spotkałem lekarza, tego, który wcześniej gdzieś cię wiózł, a on zaczął mi tłumaczyć, że bardzo mu przykro, ale nie mógł nic zrobić. Potem zaczął mi coś nawijać o tętniaku, operacji, ale mówił tak chaotycznie, że ciężko było go zrozumieć. W końcu jakoś zdołał mi przekazać, że zmarłaś przez krwotok wewnętrzny. Postanowiłem, że muszę to wszystko przetrawić i wyszedłem ze szpitala się przewietrzyć. Przechodziłem przez pasy, kiedy usłyszałam klakson i pisk, a potem coś we mnie uderzyło. Wyleciałem w powietrze, a potem spadłem na asfalt. Później była tylko ciemność. Aż nagle na nowo zacząłem czuć, słyszeć, obudziłaś mnie i dotarło do mnie, że to był tylko niesamowicie realistyczny sen - zakończyłem swoją opowieść. Przepełniona kłamstwami i niedomówieniami jak dla mnie sprawiała wrażenie całkiem realnej. Teraz tylko czekać na jej reakcję.
Mary patrzyła na mnie z tą samą miną co wcześniej, aż wreszcie się odezwała:
- Wiesz co? Coś tak czuję, że kręcisz. To nie był twój sen, a już na pewno nie w stu procentach, tylko wymyślona przez ciebie historyjka. Jest zbyt realistyczna. Ale nie będą naciskać, w końcu to tylko sen, jak sam twierdzisz. Mogłeś powiedzieć, że nie chcesz do tego wracać ani sobie tego przypominać… Szkoda, że nie jesteś ze mną szczery. No, ale cóż.
Tą swoją krótką wypowiedzią, dziewczyna (świadomie lub nie) wzbudziła we mnie wyrzuty sumienia.
Nie pierwszy raz zresztą. Tylko jak ja miałbym być z nią szczery? Przecież nie powiem jej, że popełniłem samobójstwo z rozpaczy po jej śmierci…
Rudowłosa odwróciła wzrok od mojej osoby i spojrzała w stroną okna. Po krótkiej chwili odsunęła z siebie pościel, opuściła nogi poza łóżko i usiadła plecami do mnie. Podniosła się ostrożnie, podpierając rękoma, i stanęła na nogach. Jednak niemal w tej samej sekundzie zachwiała się i opadła z powrotem na materac, który cicho zaskrzypiał pod nagłym naciskiem.
Przyłapałem się na tym, że siedzę z rozdziawionymi ustami i wgapiam się w plecy Rudej. Szybko trzepnąłem się po głowie w myślach, wróciłem do świata żywych i już po chwili kucałem przed siedzącą dziewczyną. Ruda mocno zaciskała powieki i przygryzała wargę, powstrzymując się od wydania z siebie najcichszego jęku bólu.
- Bardzo boli? Może zawołam pielęgniarkę po jakieś leki? - oparłem delikatnie dłonie na jej szczupłych kolanach i patrzyłem na jej wykrzywioną z bólu twarz. Cierpiała, a ja nie mogłem jej pomóc. Okropne uczucie.
Mary w odpowiedzi na moje pytanie pokręciła głową, a spod jej zaciśniętych powiek wypłynęły dwie lśniące łzy. Musiało ją naprawdę boleć.
Podniosłem się z kucek, jednocześnie próbując uspokoić galopujące serce, i usiadłem obok dziewczyny. Jedną ręką łagodnie objąłem ją w talii, przysuwając tym samym bliżej siebie. Ruda nie odsunęła się, więc wciągnąłem ją zwinnie na swoje kolana tak, że siedziała na nich bokiem, i przytuliłem do siebie. Mary zastygła w bezruchu, ale po chwili rozluźniła się i chwilę wierciła, szukając wygodnej pozycji. Schowałem twarz w jej gęstych włosach i zaciągnąłem się ich słodkim, czekoladowym zapachem, jakby były upragnioną działką anfetaminy dla narkomana. Ona była moim narkotykiem. Zapach jej włosów, jej dużo, szaroniebieskie oczy, ten łagodny uśmiech, który tak często pokazywał się na jej twarzy. Wiem, że znamy się niewiele ponad jedną dobę. Ale… Ech, już sam siebie nie rozumiem. Z jednej strony jest najważniejsza na świecie i czuję, że mógłbym oddać za nią wszystko, ale z drugiej… przecież znamy się niewiele ponad jedną dobę. Niby to “zakochanie od pierwszego wejrzenia” istnieje (teoretycznie przynajmniej), ale czy to co czuję to właśnie miłość? Boże, to takie trudne. Dlaczego zawsze musi być to “ale”?


*** Uff, udało się. Dodałam. (:
Większość rozdziału już od wtorku czekała na przepisanie, ale jakoś się nie złożyło. No nic, dodaję teraz, lepiej późno, niż wcale, jak to mówią. Mi osobiście rozdział się jakoś specjalnie nie podoba, no cóż. Nie będę Wam tutaj marudzić. 3majcie się, Stokrotki. :* Dobranoc i kolorowych snów. xx ;*

niedziela, 18 sierpnia 2013

Matrix reaktywacja!

Zgłupiałam? Może i tak, ale taka już jestem... Wznawiam to opowiadanie! Zaczęłam za nim tęsknić, do głowy przyszły mi nowe pomysły - czy to nie znak? Oficjalnie ogłaszam, iż wkrótce pojawi się tutaj kolejny rozdział. Nie wiem, ile rozdziałów się jeszcze pojawi... Ale to teraz nieistotne. Witam ponownie i zapraszam do czytania. ;)

piątek, 31 maja 2013

Rozdział 14.

Obudziło mnie lekkie szarpanie. Gdy otworzyłem oczy, w pokoju było ciemno - był chyba środek nocy, a jedynym źródłem światła były przechodzące przez szpary w drzwiach pojedyncze smugi światła z lamp z korytarza. Znów poczułem szarpanie.
Spojrzałem w dół na swoją rękę. Była opleciona drobnymi, dziewczęcymi palcami, które co chwilę ją ściskały i potrząsały. Przeniosłem wzrok na twarz Mary i...
Momentalnie się rozbudziłem.
Dziewczyna była przeraźliwie blada, wręcz biała; dusiła się, a wokół niej na pościeli i na niej samej dostrzegłem ciemne plamy. Pluła krwią.
Natychmiast poderwałem się z miejsca i wybiegłem z sali. Serce biło mi przeraźliwie szybko, czułem bardzo mocne pulsowanie w skroni. Na korytarzu przez oślepiające światło lamp przez pierwsze sekundy nie mogłem niczego dostrzec. Wreszcie w pewnej odległości ode mnie dojrzałem zarys jakiejś postaci.
Bez namysłu ruszyłem w jej stronę.
- Niech mi pan pomoże! - krzyknąłem, kiedy pokonałem połowę dzielącego nas dystansu. Postać, która okazała się być mężczyzną, odwróciła głowę w moją stronę. W kilka sekund do niego dopadłem.
- Ona... krew... i... bo... - mówiłem nieskładnie, z trudem łapiąc oddech.
- Spokojnie, proszę oddychać. - Lekarz próbował mnie uspokoić, co na szczęście poskutkowało.
- Proszę ją ratować. Ona pluje krwią, nie może oddychać, dusi się... - nawijałem jak nakręcony.
- Ale kto, gdzie? - przerwał mi.
- Ta dziewczyna, która wczoraj tu przyjechała. W sali 114.
Mężczyzna nic nie już nie odpowiedział, tylko wyminął mnie i szybkim krokiem szedł w kierunku, z którego przyszedłem. Podążyłem za nim. Po drodze lekarz otworzył jeszcze jakieś drzwi, powiedział kilka słów, których nie dosłyszałem, i ruszył dalej. Po chwili z pokoju wybiegło kilka osób w białych kitlach, które poszły naszym śladem. Pierwszy lekarz wszedł do sali, ale gdy i ja chciałem to zrobić, ktoś odciągnął mnie od drzwi.
Byłem jak w transie. Nie zwracałem uwagi na otoczenie. Jedyne co mogłem robić, to patrzeć przez wychodzące na korytarz okno, jak lekarze odłączają Mary od tych wszystkich kabelków i wywożą z sali. Pojechali w kierunku wielkich, metalowych drzwi, oznaczonych opisem “Blok operacyjny”. Chciałem pobiec za nimi, ale czyjeś ręce zatrzymały mnie w miejscu. Nie słyszałem swojego krzyku ani głosu, który kazał mi się uspokoić. Czas dla mnie stanął.
Poczułem, jak ktoś siłą sadza mnie na krześle, a potem wbija igłę w moje przedramię. Odpłynąłem.


Ocknąłem się i otworzyłem oczy. Rozejrzałem się wokół siebie.
Było już dość jasno. Leżałem na łóżku polowym w jakiejś sali, a poza mną nie było tam żywej duszy. Podniosłem się do pozycji siedzącej i próbowałem cokolwiek sobie przypomnieć, ale bezskutecznie. Po chwili wstałem z łóżka i poszedłem w kierunku drzwi. Wyszedłem na biały korytarz. Spojrzałem najpierw w jedną, potem drugą stronę. Nagle dostrzegłem te duże, metalowe drzwi.
I wtedy wszystko wróciło.
Omdlenie, czekanie, droga, recepcja, spotkanie, rozmowa, sen, pobudka,... krew. Wszędzie krew...
W tej samej chwili, te dotąd szczelnie zamknięte, metalowe drzwi, teraz się uchyliły. Wyszedł z nich ten sam lekarz, którego w nocy wzywałem do Mary. Miał wory pod oczami i zmęczenie wypisane na twarzy. Po chwili spojrzał w moim kierunku. Zacisnął szczękę i zmarszczył czoło. Zauważył mnie.
Nie odrywając od niego wzroku, ruszyłem w jego kierunku. Zatrzymałem się w odległości kilku kroków od niego. Po chwili wahania, lekarz pokonał dzielącą nas odległość i stanął około pół metra ode mnie.
- Żyje, prawda? - spytałem natychmiast - Niech pan powie, że ona żyje - zaakcentowałem ostatnie słowo. Nie dopuszczałem do siebie innej opcji. Ona musiała przeżyć. Nie mogła umrzeć! Nie ona!
Spojrzałem w oczy mężczyzny i czułem jak kolana pode mną się uginają.
- Nie - powiedziałem jakby do siebie - nie, to nie może być prawda - niemal wykrzyczałem.
Lekarz spojrzał na mnie ze współczuciem i już wiedziałem. Wiedziałem, że to koniec.
- Bardzo mi przykro. Krwiak na aorcie pękł, nie mogliśmy nic zrobić... - mężczyzna mówił coś jeszcze, ale ja już go nie słyszałem. Poczułem, jak łzy spływają po mojej twarzy, a dłonie zaciskają się w pięści. Świat dookoła zawirował.
Ona nie żyje.

Nie żyje...
Mary nie żyje.
MARY NIE ŻYJE!
Czułem, jak ból rozsadza mi serce. Chciałem krzyczeć, płakać, gryźć i szarpać jednocześnie. Przepełniały mnie złość i bezsilność. Nie miałem już dla kogo żyć.
Nie kontrolowałem swoich ruchów, instynkty przejęły dowodzenie. Czułem, jak odwracam się na pięcie i zaczynam biec. Z ogromną prędkością pokonuję korytarz i schody. Wybiegam ze szpitala i przebiegam na skróty przez parking. Ludzie, których mijam, próbują mnie zatrzymać, ale jestem dla nich za szybki. Dobiegam do ulicy, która jakby na przekór mnie jest pusta. Zrezygnowany zwalniam biegu, aż wreszcie zatrzymuję się całkowicie. Wkładam ręce do kieszeni i przetrząsam ich zawartość. Ze zdziwieniem stwierdzam fakty.
Nóż.
Wyjmuję niebezpieczne narzędzie.
Ręcznie rzeźbiony trzonek, lśniące ostrze.
Idealny. Odwracam się w kierunku, z którego przybiegłem. Widzę, jak kilkanaście ludzi podąża w moim kierunku, ale są za daleko. Już nie zdążą.
Ostatni raz spoglądam na nóż i sunę palcem po gładkiej powierzchni metalu.
Uśmiecham się lekko.
Przypominam sobie słowa, które zawsze powtarzała mi moja babcia:
Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne. Kiedyś ich nie rozumiałem, nie potrafiłem się z nimi zgodzić. Teraz jednak muszę przyznać, że stary, poczciwy Shakespeare miał rację. W stu procentach.
Podnoszę nóż, a jego ostrze kieruję w stronę swojego serca.
Jeden ruch.
To koniec.


*****

Taaak, rozdział czternasty okazał się epilogiem. Szczerze, nie miałam tego w planach, ale po prostu już nie mam siły dalej ciągnąć tej historii, choć z drugiej strony cieszę się, że tak to się skończyło. Wiem, że nie wszystkie sprawy się wyjaśniły, a niektóre wątki zostały niedokończone, ale było ich po protu za dużo i nie dałabym rady ogarnąć ich wszystkich w jednym rozdziale.
Nie będę robić żadnych statystyk, bo to opowiadanie było kompletnym niewypałem, nie wiem, co mi strzeliło do głowy z publikowaniem go. Tak czy owak chcę bardzo, bardzo podziękować wszystkim, którzy choć raz tutaj zajrzeli, przeczytali choć jeden rozdział, napisali choć jedno słowo. W końcu piszę to dla Was. :)
Nie wiem, co mogłabym jeszcze napisać, nie umiem się żegnać.
Dziękuję Wam raz jeszcze. ♥
~ autorka

poniedziałek, 27 maja 2013

Rozdział 13.

Rozpoznają ją, na pewno ją rozpoznają. Nie mogłam uspokoić myśli. Z bardzo dużą prędkością pokonywałem kolejne kilometry, niemal nie zderzając się z jadącą przede mną karetką. W rzeczywistości minęło tylko parę minut, zanim dotarliśmy do szpitala, jednak to były najdłuższe minuty w moim życiu.
Czy to strach?
Mógłbym zaprzeczać tysiąc razy, okłamywać samego siebie, wmawiać sobie, że tak nie jest,  ale prawda jest nieubłagana i zawsze wyjdzie na jaw.
To ZDECYDOWANIE był strach.
Życie Mary było cenniejsze od wszystkiego innego.
Sama ona była cenniejsza od wszystkiego innego.
Była najważniejsza.
Nasz Alex się zakochał. Ach, no taka prawda, wredny głos miał rację. Nie ma po co się kłócić, bo to i tak niczego nie zmieni.
Zakochałem się.
Zakochałem się w tej niesamowitej dziewczynie z burzą rudych loków na głowie, błyszczącymi niebieskimi oczami i czarującym uśmiechem. Cholera, wpadłem na maksa.
Jakimś cudem minuty, jeszcze przed chwilą dłużące się niemiłosiernie, teraz skurczyły się do postaci kilku zaledwie sekund. Nim się obejrzałem, byłem już na parkingu przed szpitalem. Wysoki, zbudowany z czerwonej cegły, PRL-owski budynek. Wyglądał jak więzienie i w pewnym sensie nim był. Współczuję tym, którzy mają ten obrazek przed oczami na co dzień.
Wyskoczyłem z samochodu i pobiegłem w kierunku wejścia, po drodze potrącając kilka osób w białych kitlach z papierosami w dłoni. Dopadłem szklanych dzrwi i wślizgnąłem się do środka. Wzrokiem odszukałem recepcję i szybkim krokiem do niej dotarłem.
- Przepraszam, przed chwilą przywieziono tu taką rudowłosą dziewczy...
- Czy jest pan kimś z rodziny? - recepcjonistka przerwała mi, nawet na mnie nie spoglądając, zajęta wypełnianiem jakichś papierów.
- Tak, jestem... bratem... - skłamałem, bo co mogłem zrobić. Kobieta podniosła oczy i spojrzała na mnie z powątpiewaniem - przyrodnim - dodałem szybko.
- Czy ktoś może to potwierdzić? - Kobieta wierciła we mnie dziury tym bazyliszkowym spojrzeniem, aż czułem, jak mimowolnie się skurczam.
- Nikt poza nią. To gdzie ona jest? - ponowiłem pytanie.
- Jeszcze to sprawdzimy. Dziewczyna dopiero przyjechała, więc zapewne wciąż jest badana... -
Jezu, kobieto, to naprawdę nie było trudne pytanie! Powiedz mi tylko: GDZIE. ONA. JEST ?!” - jest w sali numer 114 na drugim piętrze, ale...
- Dziękuję - tym razem ja jej przerwałem. Nie zwracając już na nią uwagi, szybko odszukałem schody i po kilkunastu sekundach byłem już na drugim piętrze. Stałem na środku korytarza i rozglądałem się na wszystkie strony. Wokół mnie spokojnie przechodzili lekarze, pielęgniarki, pacjenci i goście, ale na szczęście nikt mnie nie zaczepił. Wreszcie dostrzegłem tabliczkę z numerem 114, wiszącą na przybrudzonych, zielono-burych, z odchodzącą farbą, drzwiach. Nogi same poniosły mnie w ich kierunku, ja już ich nie kontrolowałem. Znowu dopadł mnie strach.
Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Niby to tylko omdlenie, ale czy ona już wczoraj nie była taka blada? Czy już wczoraj nie miała worków pod oczami? Takiego zagubionego wzroku? A co, jeśli to coś poważniejszego? Co, jeśli jest na coś chora? Co wtedy?
Miliony nieskładnych pytań i okrąglutkie zero odpowiedzi.
W pewnej chwili z sali z wyszedł mężczyzna w białym fartuchu, więc szybko do niego podbiegłem.
- Doktorze, co z nią? Wszystko w porządku?
- Pan jest jej...?
- Bratem, przyrodnim - dokończyłem za niego - jak ona się czuje?
- Bratem, mówi pan... no dobrze - Chociaż on dał mi spokój. - A więc z pańską siostrą jest już lepiej, odzyskała przytomność. Sądzimy, że przyczyną omdlenia mógł być nadmierny stres i przemęczenie.
- A... kiedy będę mógł do niej wejść? - spytałem niepewnie, wdzięczny losowi, że jednak nic jej nie jest.
- Właściwie może pan choćby zaraz. Byle tylko nie na długo. Pacjentka jest osłabiona, potrzebuje dużo odpoczynku.
- Oczywiście, doktorze, dziękuję bardzo.
Ten tylko skinął głowę i odszedł z rękoma złączonymi za plecami. Czym prędzej odwróciłem się w stronę sali Mary i podążyłem w kierunku drzwi. Uchyliłem je lekko i wślizgnąłem się do środka z mocno bijącym sercem. Pomieszczenie było niewielkie, ale sprawiało wrażenie pustego. Pod ścianą z prawej strony stało łóżko, naprzeciwko niewielka szafa. Oprócz tego na trzeciej ścianie znajdowało się okno, pod nim mały stolik i dwa proste krzesła. W sali znajdowały się dwie osoby - zmieniająca kroplówkę, niska, blondo-włosa pielęgniarka i leżąca na łóżku, rudowłosa nastolatka. Na sam jej widok uśmiechnąłem się. Mimo potarganych włosów i zmęczenia wypisanego na twarzy, nadal wyglądała pięknie.
Kiedy drzwi samoistnie się za mną zamknęły, obie kobiety odwróciły twarze w moim kierunku.
- Aleks - Ten cichy, melodyjny głos rozpoznam wszędzie. Z prędkością światła znalazłem się przy łóżku Małej, przykucnąłem i odgarnąłem włosy z jej bladej twarzy, na której pojawił się cień uśmiechu.
- Jestem - powiedziałem lekko drżącym nieco głosem i złapałem jej drobną dłoń - Już jest wszystko dobrze.
- Wiem - wyszeptała i przymknęła oczy. Delikatnie zacisnęła palce na moich.
- Prześpij się - odezwałem się i chciałem odejść, ale powstrzymała mnie dłoń Mary.
“Zostań” powiedziała bezgłośnie.
Uśmiechnąłem się lekko i usiadłem na brzegu jej łóżka, gładząc kciukiem wierzch jej dłoni.
- Jak sobie życzysz.
Dziewczyna mruknęła coś niezidentyfikowanego i ułożyła się wygodniej na łóżku. Ja, nie puszczając jej dłoni, drugą ręką przysunąłem sobie jedno z krzeseł. Usiadłem na nim i spojrzałem na Mary, która odpłynęła już w objęcia Morfeusza. Pocałowałem ją delikatnie w czoło i oprałem się bokiem o ścianę. Nie wiem kiedy, zasnąłem.


*****

Witam po długiej przerwie. :)
Oficjalnie pozwalam Wam mnie udusić. Nie wiem nawet, który to już raz. Pisanie zeszło na dalszy plan, przyznaję, ale nie zapomniałam o nim. Mogłabym usprawiedliwiać się szkołą, ale wiem, ze gdybym dobrze rozplanowała sobie dzień, na pewno znalazłabym czas na pisanie. Mam nadzieję, że mi wybaczycie moje lenistwo, postaram się ogarnąć. I przepraszam za ten flakowaty rozdział, chociaż chyba lepszy taki, niż żaden, prawda? :) Pozdrawiam cieplutko. xx :)
~autorka

poniedziałek, 13 maja 2013

Witajcie

No heeej.
Przybyłam do Was z informacją.
Rozdział nie ma pojęcia kiedy się pojawi, bo najbliższe kilka tygodni mam straszne. W tym tygodniu 3 sprawdziany, w następnym wycieczka, potem Boże Ciało, a potem dwa tygodnie i już wystawianie ocen. Dlatego teraz czeka mnie taka harówa, że nie wiem, czy znajdę czas na cokolwiek innego. Jeszcze trzy prezentacje do zrobienia... Właściwie, to nie wiem, co ja tu aktualnie robię, bo powinnam się uczyć na wos. Dodatkowo za pół godziny mam spotkanie do bierzmowania, a jutro śpiewamy z okazji imienin proboszcza. I kiedy tu się uczyć?
Przepraszam Was za tak długą przerwę, ale naprawdę ciężko mi się ze wszystkim wyrobić. Nie mam ani chwili na pisanie, puki co następny rozdział ma jakieś 3-4 zdania... Przepraszam, po 13. czerwca wszystko powinno się uregulować i notka raczej się pojawi. :)
Przepraszam jeszcze raz i pozdrawiam cieplutko. xx
~ autorka

środa, 1 maja 2013

Rozdział 12.

-„… na nasz adres mailowy….”
- Kur*a! – przekląłem i czym prędzej wyłączyłem radio.
- Czym ten biedny przycisk ci zawinił? – usłyszałem cichy zachrypnięty głos za plecami, a fotel, na którym siedziałem, wygiął się lekko do tyłu Co się dzieje?
- Mówią o nas w każdej stacji – wysyczałem przez zaciśnięte zęby, nie odwracając głowy od jezdni.
Usłyszałem lekkie westchnienie, a skórzane oparcie wróciło do swojej pozycji. Ciche plaśnięcie obwieściło powrót Mary do pozycji siedzącej. Zerknąłem w lusterko: włosy dziewczyny były w sporym nieładzie, podkrążone oczy świadczyły o zmęczeniu. Opierała głowę o szybę i wyglądała na zewnątrz. Po chwili spojrzała z małe szkiełko i napotkawszy mój wzrok, uśmiechnęła się lekko.  Znów spojrzałem na drogę.
- Gdzie jesteśmy? – Cichy, melodyjny głos nastolatki przerwał panującą ciszę. Już chciałem jej odpowiedzieć, gdy ponownie się odezwała, tym razem dużo głośniej – Zatrzymaj się!
Zdziwiony odwróciłem głowę w jej kierunku, ale posłusznie zjechałem na pobocze. Kiedy tylko samochód się zatrzymał, dziewczyna wybiegła na zewnątrz.
Znajdowaliśmy się na przedmieściach. Z obu stron otaczały nas pola i łąki, zwieńczane na horyzoncie łańcuchami drzew. Gdzieniegdzie można było dostrzec pojedyncze domy i inne budynki.
Rudowłosa oddaliła się od drogi szybkim truchtem. Widziałem z daleka, jak podbiega do jakiejś kobiety, pracującej wśród gęstej trawy,  i coś do niej mówi. Nie słyszałem, o czym mówiły, mogłem tylko dostrzec, jak kobieta szeroko się uśmiecha i kiwa głową. Uradowany Rudzik wdzięcznie dygnął, chyba podziękował i ruszył w stroną pasących się niedaleko nich koni. Podeszła do czarnego zwierzęcia, które w tym momencie było zajęte jedzeniem trawy, i powoli wyciągnęła dłoń w jego stronę. Delikatnie położyła dłoń na szyi konia i leciutko pogłaskała. Koń nie zareagował, więc dziewczyna już śmielej sięgnęła jego grzywy. Chwilę rozplątywała palcami jego długie włosy, aż wreszcie usiadła na ziemi obok głowy zwierzęcia i głaskała jego pysk.
Uśmiech wypłynął na moje usta. Opierając się o bok mojego auta i przyglądając zafascynowanej koniem rudowłosej, nie zauważyłem, jak podchodzi do mnie wcześniej wspomniana kobieta. Była niska, drobnej postury, wyglądała na trochę starszą ode mnie. Długie jasne włosy zaplecione w kłos spływały po jej ramieniu, a głowę przykrywała wielobarwna chusta.  Miała na sobie prostą, bawełnianą koszulę z długimi rękawami, podwiniętymi do łokci, i jeansowe ogrodniczki.  Stanęła obok mnie, odwróciła się w kierunku, z którego przyszła i założyła ręce na piersi. Cały czas się uśmiechała.
- Niesamowita dziewczyna – odezwała się – poznałam na pierwszy rzut oka. Ja się na tym znam. Ma taki szczery uśmiech.
Odwróciłem głowę w jej stronę. Kobieta przyglądała mi się z uśmiechem i ciekawością.
- To prawda. – Znów spojrzałem na Rudzika. Mary zrywała źdźbła otaczającej ją trawy i podłożyła pod pysk konia. Zwierzę ze smakiem zjadło roślinę, a Mała pochyliła się i pocałowała go w nos. Zaśmiałem się cicho.
- To twoja dziewczyna? – dobiegło do mnie z prawej strony – Dbaj o nią. Jest wspaniała.
- Tak – nie zaprzeczyłem – cudowna.
Kobieta z rozbawieniem pokręciła głową i odeszła. Chwilę postałem przy czarnym samochodzie, aż wreszcie ruszyłem się z miejsca. Podszedłem do Rudzika z rękoma w kieszeniach i usiadłem po turecku obok niej. Dziewczyna zerknęła na mnie i posłała mi lekki uśmiech, po czym ponownie skupiła uwagę na zwierzęciu. Delikatnie wodziła palcami po ciemnobrązowej sierści na głowie konia i patrzyła na niego z czułością.
Rozejrzałem się wokół siebie i zerwałem kilka garści trawy. Podsunąłem pod pysk zwierzęcia, ale to odwróciło głowę w drugą stronę. Mary roześmiała się dźwięcznie. Sekundę później poczułem, jak jej palce chwytają moje i rozprostowują je. Rudzik chwycił delikatnie mój nadgarstek i pociągnął w stronę konia. Zwierzę wąchało trawę, aż wreszcie zabrało je z mojej dłoni. Zerknąłem na Mary. Ta uśmiechała się leciutko, jakby do siebie. Puściła moją rękę, a ja poczułem lekki smutek. Gościu, ogarnij się. Jednak im dłużej nie czułem jej delikatnego dotyku lub nie widziałem jej pięknego uśmiechu, czułem się coraz gorzej. Co się ze mną dzieje? Prowadziłem w myślach dyskusję z samym sobą. Przyznaj się. Do czego niby? Do tego, że ci zależy. Ale tak nie jest, nie znam jej. Nie musisz jej znać, pociąga cię. Być może, ale to nieistotne.  Jak to nie? No tak, to nic nie znaczy. Tak, oszukuj sam siebie. Nie oszukuję! Po prostu się boisz. Nie prawda! Mów, co chcesz, ja i tak wiem swoje. A ja swoje.
- Aaaaleeeeks. – Mary machała mi ręka przed twarzą. Mówiła wolno i wyraźnie, jakbym był niespełna rozumu.
- Słuuuuchaaaam. – Kontynuowałem jej grę.
- Pobuuuudkaaa – zaśmiała się z mojej reakcji. Ten cudny śmiech znowu ten wredny głos. Nie narzekaj. Można to jakoś wyłączyć? – Idziemy?
- Tak, tak, już.
Wstałem z trawy i otrzepałem kolana. Rudowłosa podniosła się z ziemi i objęła rękoma szyję konia. Ostatni raz wtuliła twarz w jego grzywę. Po dłuższej chwili oderwała się od niego i ruszyła w stronę samochodu, nie oglądając się za siebie. Podążyłem za nią.
- Już za nim tęsknie – powiedziała ze smutkiem w głosie i wygięła usta w podkówkę.
- Bardzo szybko się przywiązujesz – zauważyłem.
- Wiele razy to słyszałam. – Delikatny uśmiech powrócił na twarz Mary. Mary… hm…
- Mary – zwróciłem jej uwagę na siebie – myślałaś kiedyś o zmianie nazwiska?
Dziewczyna była chyba nieco zdziwiona, ale odpowiedziała.
- Ano myślałam – potwierdziła.
- I? – Ciężko z niej cokolwiek wyciągnąć.
- Co powiesz na Aleksandrę Rubińczyk? – zapytała zaciekawiona.
- Skąd ty wytrzasnęłaś takie nazwisko? – zaśmiałem się, gdy nagle spostrzegłem  że dziewczyna stanęła. Obróciłem się w jej kierunku.
- Mówiłeś coś, piekarzu?* – spytała ze złośliwym uśmiechem i ironią w głosie.
- Co do tej Aleksandry – zmieniłem temat – będę mógł mówić do ciebie Aleks – uśmiechnąłem się triumfalnie.
Rudowłosa rozszerzyła oczy i klepnęła się dłonią w czoło.
- Och, faktycznie, nie pomyślałam – śmiała się z samej siebie – czyli pozostaje Zuzanna.
- Zuza… Zuzka… - mruczałem pod nosem – nawet ładnie. Pasuje do ciebie.
W odpowiedzi na mój komplement Mary (jeszcze) zaczerwieniła się słodko i odwróciła wzrok. Szliśmy wolnym krokiem w stronę samochodu, gdy usłyszałem coś za plecami. Obróciłem się za siebie i… zobaczyłem Małą leżącą na ziemi  Podbiegłem do niej natychmiast i próbowałem ocucić, jednak Młoda wciąż była nieprzytomna. Serce waliło mi jak oszalałe, krew wrzała w żyłach, ręce trzęsły się niemiłosiernie. Czyli jednak ci zależy. Zignorowałem ten głos. Miałem ważniejsze sprawy na głowie.
Mary leżała bezwiednie na ziemi  rude loki rozsypały się wokół jej głowy, skóra była jeszcze bledsza niż zazwyczaj. Mała, co jest?
Zadzwoniłem na pogotowie i wezwałem karetkę. W oczekiwaniu na jej przyjazd uklęknąłem przy głowie dziewczyny i ułożyłem ją na swoich kolanach. Zagarnąłem kilka niesfornych kosmyków za ucho, próbując uspokoić zszarpane nerwy.  Mimowolnie spojrzałem na jej usta. Teraz były nieco sine, ale nadal niezwykle kuszące. W ich kącikach czaił się uśmiech. Nareszcie mógłbym poczuć ich smak…
Stary, ogarnij się! głos rozsądku próbował przywołać mnie do porządku, ale w chwili obecnej nie miał za dużo do gadania. Przybliżyłem swoją twarz do twarzy Mary, od celu dzieliło mnie niespełna kilka centymetrów. Słyszałem tylko szaleńczy bieg mojego serca i płytki oddech.  Widziałem tylko TE usta.
I…
W ostatniej chwili stchórzyłem.
Kiedy teraz tak o tym myślę, sam nie wiem, dlaczego. Nie miałem czego się bać, no bo co to jest – zwykły pocałunek, nic takiego - ale mimo to nie zdobyłem się na odwagę. Na samą myśl o pocałunku z Mary, działo się ze mną… coś dziwnego. Jestem nienormalny. Sam się sobie dziwiłem. Co się ze mną dzieje?
Moje rozmyślania przerwał przyjazd karetki. Z samochodu wyskoczyło kilku sanitariuszy, którzy zajęli się Mary. Położyli ją na przyniesionych wcześniej noszach i zanieśli do ambulansu. Natychmiast wskoczyłem za kółko w moim aucie i ruszyłem w ślad za karetką do szpitala.
Jednego nie przemyślałem…

_________________________
* - przypominam - 
Aleks Jakub Baker (z ang. piekarz :))

Cześć, Stokrotki. :)
Dzisiaj taki jakiś nijaki. Ale nie mam już czasu tego zmienić; do internetu będę miła dostęp dopiero za tydzień, jak wrócę z weekendu majowego. A chciałam jeszcze coś wstawić przed wyjazdem, więc się zawzięłam i dokończyłam rozdział.
No. To teraz z czystym sumieniem (powiedzmy) mogę iść spać. Wiecie - jutro o ósmej wyjazd, jest pierwsza w nocy, a ja chcę się wyspać - Like It! :D
Dobra, już nie zanudzam. Ciekawego miłego weekendu, Kochani, wypoczywajcie.
Dobranoc. xx :*

~ autorka.

PS A, no i mam nadzieję, że rozdział do przeżycia. :) Pozdrawiam. xo

niedziela, 21 kwietnia 2013

Rozdział 11.


- To teraz Ty powiedz mi coś o sobie. – Dziewczyna siedząca naprzeciwko przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się zachęcająco.  Skąd ona ma siłę, żeby się uśmiechać po czymś takim? Najpierw zdrada, potem wiadomość o adopcji…  Byłem w szoku. Dziewczyna jak na swój młody wiek przeżyła naprawdę sporo. Jak ona to robi? Byłem pełen podziwu dla tej drobnej (w porównaniu ze mną) osóbki.
- Halo! Ziemia do Aleksa! – Mary pstryknęła palcami tuż przed moją twarzą, więc natychmiast otrząsnąłem się z zamyślenia. Dziewczyna zaśmiała się z mojej reakcji. – O czym tak myślałeś?
- Co chciałabyś wiedzieć? – Zignorowałem ostatnie pytanie.
- Najlepiej wszystko. – Wyszczerzyła zęby. Miała naprawdę śliczny uśmiech.
- Trochę to potrwa. Naprawdę chce ci się mnie słuchać? – marudziłem, próbując jak najdalej odsunąć w czasie moją opowieść. Jak najdalej to znaczy nigdy.
Rudowłosa pokiwała energicznie głową i opadła delikatnie na oparcie kanapy, patrząc na mnie tymi swoimi przenikliwymi, niebieskoszarymi oczami.
No, stary, chyba się nie wymigasz.
Westchnąłem. Co za uparciuch.
- Niech ci będzie. – Poddałem się; z nią nie warto walczyć, bo i tak nie wygrasz – Nazywam się Aleks Jakub Baker (czyt. Bejker), mam 19 lat, pochodzę z Leszna…
- Czekaj. – Młoda przerwała mój monolog już na samym początku, zanim zdążyłem wspomnieć, żeby zaczekała z pytaniami do jego końca. – Masz dowód osobisty?
- Taaaak – odparłem ostrożnie, przyglądając się jej – czemu pytasz?
- A prawdziwy? – odpowiedziała pytaniem. To się robiło coraz dziwniejsze.
- Oczywiście. – Coraz mniej z tego wszystkiego rozumiałem.
- Dasz na chwilę? - Byłem kompletnie zdezorientowany. O co jej chodzi?
- A… po co? – spytałem podejrzliwie.
- Oj, nie narzekaj, tylko daj. – Nalegała. Ucieszyłem się w myślach.  Trochę się podroczymy…
- A co z tego będę miał? – Udałem, że się zastanawiam.
- I ty też? – Mary westchnęła, chyba rozczarowana. – Wszyscy faceci to materialiści.
- Być może. – Kontynuowałem grę. – To jak? Co mi za to dasz?
- Nic nie mam. O mnie wiesz prawie wszystko, więc to odpada. No nie wiem. – Zmartwiła się.
Boże, uwierzyła. Mimo że na zewnątrz udawałem spokojnego, w środku zwijałem się ze śmiechu. Jak ona mogła się na to nabr…? Nagle się ocknąłem. Przecież ona też gra, stary.
- Myślę, że na początek buziak wystarczy. – Wskazałem palcem na swój policzek. Dziewczyna zastawiała się tylko przez chwilę.
- OK. – Swoje słowa wzmocniła energicznym kiwaniem głowy. Czemu jej tak na tym zależy?
Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem portfel. Chwilę w nim pogrzebałem, aż wreszcie wyciągnąłem ten mały prostokącik. Obracałem go w palcach, skierowałam wzrok na sufit i, grając zniecierpliwionego, zrobiłem skwaszoną minę. W duchu jednak cały czas się śmiałem.
Dziewczyna wstała z sofy i obeszła stolik, a następnie usiadła obok mnie. Przez chwilę podziwiała mój idealny profil, aż wreszcie pochyliła się w moją stronę. Poczułem jej delikatny, ciepły oddech, a potem miękkie usta na moim policzku. Rozkoszowałem się jej nieśmiałym dotykiem. Po chwili odsunęła się ode mnie, a ja ocknąłem się z transu. Obróciłem twarz w jej kierunku i z uśmiechem zadowolenia podałem jej mój dowód. Mary pochwyciła go drżącymi palcami i wróciła na „swoją” sofę. Ostrożnie obracała mały przedmiot  w dłoniach, jakby trzymała nie wiem jakie bóstwo. Wpatrywała się w niego jak zaczarowana.
- Nie mów, że tamta fryzura była lepsza. – Zażartowałem. Dziewczyna natychmiast otrząsnęła się z zamyślenia i  spojrzała na mnie z pytaniem w oczach.
- Mówiłeś coś? – Była naprawdę zdziwiona.
- Nic takiego.  – Machnąłem ręką. – Po co ci ten dowód?
- A nie będziesz się śmiał? – spytała, spuszczając głowę.
Oj, to nie będzie takie proste.
- Postaram się. –Uśmiechnąłem się życzliwie. Niby ma już szesnaście lat, a czasami odnoszę wrażenie, jakby była małą dziewczynką, bojącą się własnego cienia. Taka… bezbronna.
- Bo ja chciałam sprawdzić,  czy ty nie farbujesz włosów – powiedziała cicho, jakby się bała. Idioto, przecież to oczywiste, że się boi. Ale dlaczego rzeczy tak błahych?
Spojrzałem na nią z troską i chwyciłem delikatnie jej małe dłonie, leżące na stoliku. Podniosła na mnie swoje duże, niebieskie oczy i sam już nie wiem, co w nich było – strach czy smutek. Nigdy nie zrozumiem kobiet.
- Mała, co się dzieje? Boisz się czegoś, chcesz stąd iść? – Dziewczyna jednak nie zdążyła mi odpowiedzieć.
-”Dziś w nocy około godziny drugiej trzydzieści nad ranem w Poznaniu dokonano włamania do hotelu przy ulicy Roosevelta. Sprawcą napadu jest około dwudziestoletni mężczyzna; ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu; wysportowany, był ubrany w ciemnoniebieskie spodnie jeansowe i szarą bluzę z kapturem. Po dokonaniu włamania pojmał rudowłosą dziewczynę. Ma ona szesnaście lat i około sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Była ubrana niebieskie spodnie do kolan i niebieską bluzkę na ramiączka. Odjechali czarnym samochodem marki Audi. Pilnie poszukiwani. Jakiekolwiek przydatne informacje prosimy wysyłać na nasz adres mailowy.” – dobiegło do nas z głośnika wiszącego pod sufitem.
To my.
Spojrzałem na Mary. Ona też słyszała. Uśmiechnąłem się uspokajająco. Podniosłem się spokojnie z sofy i lekkim ruchem głowy nakazałem dziewczynie iść ze mną. Podszedłem do baru, z udawanym luzem zapłaciłem za nasze śniadanie i skierowałem się do wyjście. Raz, dwa, trzy…
- Chwileczkę. – Usłyszałem za placami. Cholera, rozpoznał nas przekląłem w myślach. Uciekać. Z mocno bijącym sercem odwróciłem się i spojrzałem na kelnera, który podchodził do mnie. – Nie wziął pan reszty. Dziękujemy za wizytę i życzymy miłego dnia.
- Dziękuję bardzo – wydukałem oszołomiony. Bez słowa pociągnąłem Mary za łokieć i wyprowadziłem z kawiarni. Gdy tylko drzwi się za nami zamknęły, odetchnąłem z ulgą.
- O Boże. – Mała schowała twarz w dłoniach. – Już myślałam, że nas poznał.
Sam byłem w nie mniejszym szoku. Objąłem ją ramieniem i pociągnąłem w stronę samochodu. Dziewczyna posłusznie ruszyła, cały czas jednak drżąc ze zdenerwowania. Szybko doszliśmy do auta. Z trzaskiem zamknąłem za sobą drzwiczki i opadłam na oparcie. Zamknąłem oczy i brałem głębokie wdechy. Dawno nie byłem tak zdenerwowany.
- Jezu, myślałem że tam zawału dostanę – wydusiłem, żeby przerwać tą okropną ciszę.
Odwróciłem głowę w prawą stronę. Rudzik siedział z podkulonymi nogami. Objęła kolana rękoma i delikatnie kołysała się do przodu i do tyłu. Oczy miała zamknięte, a po policzkach spływały wąskie strumyki łez. Zrobiło mi się jej strasznie żal. Musiało ją to wiele kosztować.
Bez słowa wyszedłem z samochodu i podszedłem do drzwi z jej strony. Otworzyłem je i przykucnąłem obok.
- Mała, no już. Teraz nic nam nie grozi. – Próbowałem ją uspokoić. – Proszę, nie płacz.
Dziewczyna nie reagowała na moje słowa. Otworzyła swoje piękne, teraz wilgotne oczy, oparła brodę na kolanach i wpatrywała się w przednią szybę.
- Rudzik, no coś ty.
Chwyciłem jej dłonie, które zaciskała na łokciach i delikatnie rozluźniłem uścisk. Dziewczyna zachowywała się jak marionetka – opuściła ręce, jakby nie potrafiła nad nimi panować. Zsunęła stopy z siedzenia, a tułów poleciał z nogami. Wziąłem ją na ręce i wyciągnąłem z auta. Postawiłem ją na ziemi, opierając o bok samochodu.
Stała na drżących nogach, twarz miała czerwoną i lekko opuchniętą od płaczu. Próbowałem wychwycić jej wzrok pośród tysięcy spojrzeń, jakimi obdarzała świat dookoła, chwytając jej twarz w dłonie. Po chwili niebieskie tęczówki skierowały się na moje brązowe.  Uśmiechnąłem się lekko. Dziewczyna jednym nagłym ruchem zarzuciła mi ręce na szyję i wtuliła we mnie. Objąłem ją ramionami i delikatnie kołysałem. Usłyszałam cichy szloch, poczułem drżenie jej niewielkiego ciała. Spazmatyczne wstrząsy potęgowały się z każdą chwilę. Przycisnąłem ją do siebie mocniej. Biedactwo. Było mi jej strasznie szkoda.
Wszystkie te emocje, uczucia, które kłębiła w sobie od jakiegoś czasu, teraz dały o sobie znać. Jak dotąd była silna i odważna, tak w tej jednej chwili całe jej opanowanie uleciało jak powietrze z przebitego balonika. Była całkowicie bezbronna, a jednocześnie tak naturalna.
Może to było niestosowne, ale na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Pierwszy raz jest stuprocentowo sobą.
Gdy Mała ucichła, a drżenie ustało, podniosłem ją delikatnie i posadziłem w tylnej części samochodu. Położyła się na siedzeniach, a głowę ułożyła na poduszce. Już po chwili spała.
Przykryłem ją kocem i pocałowałem we włosy. Lekko zamknąłem drzwi i zasiadłem z kierownicą. Przekręciłem kluczyk w stacyjce i zwolniłem hamulec ręczny.
Ruszyliśmy do Gdańska.

*    *    *
Witajcie. :*
Pozwalam Wam udusić mnie za ten rozdział, bo jest po prostu ma-sa-kry-czny. Nudny jak flaki z olejem, brak akcji, totalne zero. Nic nie mogłam wymyślić, chyba dopadł mnie kryzys wieku średniego. Przepraszam, wybaczcie.
Hehe, a pojutrze egzaminy, a ja nic nie umiem. xd Tak szczerze to nie mogę się ich doczekać (czy ja już tego nie pisałam?), ale wolałabym żeby się nie kończyły. Mam zapowiedziane jakieś... 8 sprawdzianów? W dodatku trzy w okolicy moich urodzin. No, dzięki za taki prezent! :(
Dobra, skończę to marudzenie.
Do następnego, Stokrotki. ♥
Baj baj. :* xx