- Aleks… No wstawaj… - czy ja nie miałem czasami nie żyć? - Grubasie, rusz się. Ciężki jesteś.
A jednak. Wyraźnie czułem poszturchiwanie w ramię, pod głowę miałem coś miękkiego i słyszałem czyjś głos… Zaraz, chwileczkę… To był JEJ głos.
Gwałtownie otworzyłem oczy i podniosłem się do pozycji siedzącej.
Znajdowałem się w jakimś brudnobiałym pomieszczeniu, przez przysłonięte wykrochmalonymi firanami duże okna przebijały się pojedyncze promyki zachodzącego słońca, nieco rozpraszając panujący wokół mrok. Pokój nie był duży; znalazło się w nim miejsce na mały stolik pod oknem, drewnianą, pomalowaną na biało, wiekową szafę, krzesło, na którym siedziałem i łóżko. Metalowe, szpitalne łóżko, nic specjalnego. Skrzypiące sprężyny, sztywna od wielokrotnego prania, śnieżnobiała pościel i drobna postać, niemal w całości pod nią schowana. W półmroku nie mogłem dostrzec zbyt wielu szczegółów. Tylko długie, kręcone włosy i duże oczy. Ale to mi wystarczyło.
- Mary - wyszeptałem drżącym głosem, którego nie potrafiłem kontrolować. Serce biło mi jak oszalałe - to ty żyjesz?
Moje oczy powoli przyzwyczajały się do otaczających, niemal egipskich, ciemności, więc zdołałem dostrzec, jak dziewczyna marszczy brwi w geście dezorientacji.
- Taaak - powiedziała ostrożnie, przyglądając mi się - jest w tym coś dziwnego?
- No tak jakby. Przecież w nocy omal nie udławiłaś się własną krwią, a potem po operacji lekarz powiedział, że tętniak…
- Ejejej, hola, hola, zwolnij, kowboju. Jaka operacja, jaki tętniak, o czym ty mówisz? - dziewczyna wpadła mi w słowo, przerywając mój monolog, który widocznie nie był dla niej zrozumiały.
- No przecież mi się to nie przyśniło - prychnąłem. Zacząłem odnosić wrażenie, że nie kontrolowałem tego, o czym mówię - Tylko w takim razie dlaczego ja żyje?
Mary chyba już nic nie rozumiała.
- Acha, to my oboje mieliśmy nie żyć, tak? Czyli jesteśmy duchami? - powiedziała sarkastycznie, ale po chwili ton jej głosu złagodniał - Aleks, powiedz mi, co się dzieje. Nic nie rozumiem.
Olśnienie przyszło nagle. Tak nagle, że aż poderwałem się z miejsca i udeżyłem otwartą dłonią w czoło. Słowa, które sam przed chwilą wypowiedziałem, nareszcie dotarły do mojego mózgu. To był sen.- O Boże… - sapnąłem z niedowierzaniem wymieszanym z ulgą - to był tylko sen.
- Co było snem? Aleks, do cholery jasnej, powiedz mi wreszcie, co tu się dzieje. - Rudowłosej chyba wyczerpała się cierpiwość. Wyglądała na strasznie zdezorientowaną i chyba też trochę na mnie wściekłą. Wolałem nie ryzykować i nie poznawać tej rozzłoszczonej Mary.
- Spokojnie, nie denerwuj się. Już ci mówię. - Podniosłem ręce w obronnym geście i już miałem siadać na krześle, z którego chwilę wcześniej się poderwałem, gdy coś mi przeszkodziło. A raczej ktoś.
Zawiasy zaskrzypiały, kiedy ktoś powolnym ruchem otwierał drzwi. Po chwili do sali wślizgnęła się drobna postać. Była to pielęgniarka, która - jak sama powiedziała - miała podać Mary leki. Ja, rzecz jasna, musiałem się oddalić. Wyszedłem na korytarz i podążyłem w stronę baru. Zamówiłem duże latte i dwie drożdżówki z serem i usiadłem przy jednym z nielicznych stolików. Rozglądałem się niewidzącym wzrokiem po pomieszczeniu, myślami będąc zaledwie kilkanaście metrów dalej. Konkretnie w sali 114.
To wszystko wydawało mi się niewiarygodne. Mary żyła miała się dobrze, za kilka dni pewnoe będzie mogła wyjść ze szpitala. Nie było żadnego tętniaka, jej zdrowiu nic nie zagrażało. A przecież ten sen był taki rzeczywisty… A może ja teraz śnię? Nie, to niemożliwe przecież martwi nie śnią.To idiotyczne podsumowałem swój jakże inteligenty dialog, który prowadziłem w głowie z samym sobą i odsunąłem od siebie te myśli. Zajmij się rzeczywistością podpowiedział mój wewnętrzny głos. Odstawiłem więc pusty kubek po kawie na stół, zostawiłem nietknięte drożdżówki i poniosłem się z krzesła. Wróciłem do sali Mary tą samą drogą.
A jednak. Wyraźnie czułem poszturchiwanie w ramię, pod głowę miałem coś miękkiego i słyszałem czyjś głos… Zaraz, chwileczkę… To był JEJ głos.
Gwałtownie otworzyłem oczy i podniosłem się do pozycji siedzącej.
Znajdowałem się w jakimś brudnobiałym pomieszczeniu, przez przysłonięte wykrochmalonymi firanami duże okna przebijały się pojedyncze promyki zachodzącego słońca, nieco rozpraszając panujący wokół mrok. Pokój nie był duży; znalazło się w nim miejsce na mały stolik pod oknem, drewnianą, pomalowaną na biało, wiekową szafę, krzesło, na którym siedziałem i łóżko. Metalowe, szpitalne łóżko, nic specjalnego. Skrzypiące sprężyny, sztywna od wielokrotnego prania, śnieżnobiała pościel i drobna postać, niemal w całości pod nią schowana. W półmroku nie mogłem dostrzec zbyt wielu szczegółów. Tylko długie, kręcone włosy i duże oczy. Ale to mi wystarczyło.
- Mary - wyszeptałem drżącym głosem, którego nie potrafiłem kontrolować. Serce biło mi jak oszalałe - to ty żyjesz?
Moje oczy powoli przyzwyczajały się do otaczających, niemal egipskich, ciemności, więc zdołałem dostrzec, jak dziewczyna marszczy brwi w geście dezorientacji.
- Taaak - powiedziała ostrożnie, przyglądając mi się - jest w tym coś dziwnego?
- No tak jakby. Przecież w nocy omal nie udławiłaś się własną krwią, a potem po operacji lekarz powiedział, że tętniak…
- Ejejej, hola, hola, zwolnij, kowboju. Jaka operacja, jaki tętniak, o czym ty mówisz? - dziewczyna wpadła mi w słowo, przerywając mój monolog, który widocznie nie był dla niej zrozumiały.
- No przecież mi się to nie przyśniło - prychnąłem. Zacząłem odnosić wrażenie, że nie kontrolowałem tego, o czym mówię - Tylko w takim razie dlaczego ja żyje?
Mary chyba już nic nie rozumiała.
- Acha, to my oboje mieliśmy nie żyć, tak? Czyli jesteśmy duchami? - powiedziała sarkastycznie, ale po chwili ton jej głosu złagodniał - Aleks, powiedz mi, co się dzieje. Nic nie rozumiem.
Olśnienie przyszło nagle. Tak nagle, że aż poderwałem się z miejsca i udeżyłem otwartą dłonią w czoło. Słowa, które sam przed chwilą wypowiedziałem, nareszcie dotarły do mojego mózgu. To był sen.- O Boże… - sapnąłem z niedowierzaniem wymieszanym z ulgą - to był tylko sen.
- Co było snem? Aleks, do cholery jasnej, powiedz mi wreszcie, co tu się dzieje. - Rudowłosej chyba wyczerpała się cierpiwość. Wyglądała na strasznie zdezorientowaną i chyba też trochę na mnie wściekłą. Wolałem nie ryzykować i nie poznawać tej rozzłoszczonej Mary.
- Spokojnie, nie denerwuj się. Już ci mówię. - Podniosłem ręce w obronnym geście i już miałem siadać na krześle, z którego chwilę wcześniej się poderwałem, gdy coś mi przeszkodziło. A raczej ktoś.
Zawiasy zaskrzypiały, kiedy ktoś powolnym ruchem otwierał drzwi. Po chwili do sali wślizgnęła się drobna postać. Była to pielęgniarka, która - jak sama powiedziała - miała podać Mary leki. Ja, rzecz jasna, musiałem się oddalić. Wyszedłem na korytarz i podążyłem w stronę baru. Zamówiłem duże latte i dwie drożdżówki z serem i usiadłem przy jednym z nielicznych stolików. Rozglądałem się niewidzącym wzrokiem po pomieszczeniu, myślami będąc zaledwie kilkanaście metrów dalej. Konkretnie w sali 114.
To wszystko wydawało mi się niewiarygodne. Mary żyła miała się dobrze, za kilka dni pewnoe będzie mogła wyjść ze szpitala. Nie było żadnego tętniaka, jej zdrowiu nic nie zagrażało. A przecież ten sen był taki rzeczywisty… A może ja teraz śnię? Nie, to niemożliwe przecież martwi nie śnią.To idiotyczne podsumowałem swój jakże inteligenty dialog, który prowadziłem w głowie z samym sobą i odsunąłem od siebie te myśli. Zajmij się rzeczywistością podpowiedział mój wewnętrzny głos. Odstawiłem więc pusty kubek po kawie na stół, zostawiłem nietknięte drożdżówki i poniosłem się z krzesła. Wróciłem do sali Mary tą samą drogą.
Do drzwi dotarłem w dwie minuty. Zdążyłem wejść do sali i zamknąć za sobą drzwi, gdy…
- No, jesteś nareszcie. Możesz mi łaskawie wyjaśnić o co Ci wcześniej chodziło? - Mary przywitała mnie niezwykle serdecznie.
Odwróciłem się od drzwi, o które się opierałem i podszedłem do łóżka. Rudowłosa siedziała, opierając się o ścianę. Miała na sobie białą, szpitalną pidżamę,która odkrywała wystające obojczyki i mostek. Pod dużymi, zmęczonymi oczami dziewczyny zarysowały się sine worki. Wyglądała mizernie.
Usiadłem na moim krzesełku. Pielęgniarka szybko się uwinęła, byliśmy tylko we dwójkę. Przez chwilę przyglądałem się nastolatce. Raptem zmarszczyłem brwi i odwróciłem wzrok na okno. Przez dłuższą chwilę nie mogłem zebrać się w sobie, aby powiedzieć choć jedno słowo, ale ona cierpliwie czekała, nie ponaglając mnie. W duchu podziękowałem jej za to.
- Jak się czujesz? - odważyłem się wreszcie odezwać, nie odpowiadając jednak na jej prośbę, nadal wiszącą w powietrzu.
- Całkiem dobrze, tylko trochę boli mnie głowa. - Mary zachowała spokój i nie wybuchł. Cierpliwie czekała, aż sam się wygadam… - A powiesz mi wreszcie, co to był za sen? - Cofam te słowa. Jej niecierpliwa natura jednak dała o sobie znać.
Rudowłosa wpatrywała się we mnie ze zmarszczonym czołem, jakby chciała odgadnąć moje myśli. Na szczęście dla mnie, nie była Edwardem ze “Zmierzchu” i nie mogła zajrzec do mojego umysłu. To naprawdę duża ulga.
- No… - zacząłem, nie wiedząc, czy powinienem powiedzieć jej prawdę, czy może jednak nie. W tej kwestii miałem wolną ręką, w końcu we śnie może zdarzyć się wszystko, wyobraźnia ludzka nie zna granic.
Stwierdziłem jednak, że dziewczyna nie zasłużyła na to, aby wciskać jej jakieś wyssane z palca bajeczki i powiem jej, jak było naprawdę (o ile sen ma jakąkolwiek rację bytu).
- To było niesamowicie realistyczne. Spałem tu, na tym krześle, kiedy ty zaczęłaś szarpać mnie za rękaw i próbowałaś mnie obudzić. Kiedy się ocknąłem, nie było z tobą najlepiej, dusiłaś się - po co się wdrażać w szczegóły, dziewczyny nie lubię krwi - więc poszedłem po lekarza. On i kilku innych wywieźli cię stąd, a ja zasnąłem. Potem znowu się obudziłem. Na korytarzu spotkałem lekarza, tego, który wcześniej gdzieś cię wiózł, a on zaczął mi tłumaczyć, że bardzo mu przykro, ale nie mógł nic zrobić. Potem zaczął mi coś nawijać o tętniaku, operacji, ale mówił tak chaotycznie, że ciężko było go zrozumieć. W końcu jakoś zdołał mi przekazać, że zmarłaś przez krwotok wewnętrzny. Postanowiłem, że muszę to wszystko przetrawić i wyszedłem ze szpitala się przewietrzyć. Przechodziłem przez pasy, kiedy usłyszałam klakson i pisk, a potem coś we mnie uderzyło. Wyleciałem w powietrze, a potem spadłem na asfalt. Później była tylko ciemność. Aż nagle na nowo zacząłem czuć, słyszeć, obudziłaś mnie i dotarło do mnie, że to był tylko niesamowicie realistyczny sen - zakończyłem swoją opowieść. Przepełniona kłamstwami i niedomówieniami jak dla mnie sprawiała wrażenie całkiem realnej. Teraz tylko czekać na jej reakcję.
Mary patrzyła na mnie z tą samą miną co wcześniej, aż wreszcie się odezwała:
Usiadłem na moim krzesełku. Pielęgniarka szybko się uwinęła, byliśmy tylko we dwójkę. Przez chwilę przyglądałem się nastolatce. Raptem zmarszczyłem brwi i odwróciłem wzrok na okno. Przez dłuższą chwilę nie mogłem zebrać się w sobie, aby powiedzieć choć jedno słowo, ale ona cierpliwie czekała, nie ponaglając mnie. W duchu podziękowałem jej za to.
- Jak się czujesz? - odważyłem się wreszcie odezwać, nie odpowiadając jednak na jej prośbę, nadal wiszącą w powietrzu.
- Całkiem dobrze, tylko trochę boli mnie głowa. - Mary zachowała spokój i nie wybuchł. Cierpliwie czekała, aż sam się wygadam… - A powiesz mi wreszcie, co to był za sen? - Cofam te słowa. Jej niecierpliwa natura jednak dała o sobie znać.
Rudowłosa wpatrywała się we mnie ze zmarszczonym czołem, jakby chciała odgadnąć moje myśli. Na szczęście dla mnie, nie była Edwardem ze “Zmierzchu” i nie mogła zajrzec do mojego umysłu. To naprawdę duża ulga.
- No… - zacząłem, nie wiedząc, czy powinienem powiedzieć jej prawdę, czy może jednak nie. W tej kwestii miałem wolną ręką, w końcu we śnie może zdarzyć się wszystko, wyobraźnia ludzka nie zna granic.
Stwierdziłem jednak, że dziewczyna nie zasłużyła na to, aby wciskać jej jakieś wyssane z palca bajeczki i powiem jej, jak było naprawdę (o ile sen ma jakąkolwiek rację bytu).
- To było niesamowicie realistyczne. Spałem tu, na tym krześle, kiedy ty zaczęłaś szarpać mnie za rękaw i próbowałaś mnie obudzić. Kiedy się ocknąłem, nie było z tobą najlepiej, dusiłaś się - po co się wdrażać w szczegóły, dziewczyny nie lubię krwi - więc poszedłem po lekarza. On i kilku innych wywieźli cię stąd, a ja zasnąłem. Potem znowu się obudziłem. Na korytarzu spotkałem lekarza, tego, który wcześniej gdzieś cię wiózł, a on zaczął mi tłumaczyć, że bardzo mu przykro, ale nie mógł nic zrobić. Potem zaczął mi coś nawijać o tętniaku, operacji, ale mówił tak chaotycznie, że ciężko było go zrozumieć. W końcu jakoś zdołał mi przekazać, że zmarłaś przez krwotok wewnętrzny. Postanowiłem, że muszę to wszystko przetrawić i wyszedłem ze szpitala się przewietrzyć. Przechodziłem przez pasy, kiedy usłyszałam klakson i pisk, a potem coś we mnie uderzyło. Wyleciałem w powietrze, a potem spadłem na asfalt. Później była tylko ciemność. Aż nagle na nowo zacząłem czuć, słyszeć, obudziłaś mnie i dotarło do mnie, że to był tylko niesamowicie realistyczny sen - zakończyłem swoją opowieść. Przepełniona kłamstwami i niedomówieniami jak dla mnie sprawiała wrażenie całkiem realnej. Teraz tylko czekać na jej reakcję.
Mary patrzyła na mnie z tą samą miną co wcześniej, aż wreszcie się odezwała:
- Wiesz co? Coś tak czuję, że kręcisz. To nie był twój sen, a już na pewno nie w stu procentach, tylko wymyślona przez ciebie historyjka. Jest zbyt realistyczna. Ale nie będą naciskać, w końcu to tylko sen, jak sam twierdzisz. Mogłeś powiedzieć, że nie chcesz do tego wracać ani sobie tego przypominać… Szkoda, że nie jesteś ze mną szczery. No, ale cóż.
Tą swoją krótką wypowiedzią, dziewczyna (świadomie lub nie) wzbudziła we mnie wyrzuty sumienia. Nie pierwszy raz zresztą. Tylko jak ja miałbym być z nią szczery? Przecież nie powiem jej, że popełniłem samobójstwo z rozpaczy po jej śmierci…
Rudowłosa odwróciła wzrok od mojej osoby i spojrzała w stroną okna. Po krótkiej chwili odsunęła z siebie pościel, opuściła nogi poza łóżko i usiadła plecami do mnie. Podniosła się ostrożnie, podpierając rękoma, i stanęła na nogach. Jednak niemal w tej samej sekundzie zachwiała się i opadła z powrotem na materac, który cicho zaskrzypiał pod nagłym naciskiem.
Przyłapałem się na tym, że siedzę z rozdziawionymi ustami i wgapiam się w plecy Rudej. Szybko trzepnąłem się po głowie w myślach, wróciłem do świata żywych i już po chwili kucałem przed siedzącą dziewczyną. Ruda mocno zaciskała powieki i przygryzała wargę, powstrzymując się od wydania z siebie najcichszego jęku bólu.
- Bardzo boli? Może zawołam pielęgniarkę po jakieś leki? - oparłem delikatnie dłonie na jej szczupłych kolanach i patrzyłem na jej wykrzywioną z bólu twarz. Cierpiała, a ja nie mogłem jej pomóc. Okropne uczucie.
Mary w odpowiedzi na moje pytanie pokręciła głową, a spod jej zaciśniętych powiek wypłynęły dwie lśniące łzy. Musiało ją naprawdę boleć. Tą swoją krótką wypowiedzią, dziewczyna (świadomie lub nie) wzbudziła we mnie wyrzuty sumienia. Nie pierwszy raz zresztą. Tylko jak ja miałbym być z nią szczery? Przecież nie powiem jej, że popełniłem samobójstwo z rozpaczy po jej śmierci…
Rudowłosa odwróciła wzrok od mojej osoby i spojrzała w stroną okna. Po krótkiej chwili odsunęła z siebie pościel, opuściła nogi poza łóżko i usiadła plecami do mnie. Podniosła się ostrożnie, podpierając rękoma, i stanęła na nogach. Jednak niemal w tej samej sekundzie zachwiała się i opadła z powrotem na materac, który cicho zaskrzypiał pod nagłym naciskiem.
Przyłapałem się na tym, że siedzę z rozdziawionymi ustami i wgapiam się w plecy Rudej. Szybko trzepnąłem się po głowie w myślach, wróciłem do świata żywych i już po chwili kucałem przed siedzącą dziewczyną. Ruda mocno zaciskała powieki i przygryzała wargę, powstrzymując się od wydania z siebie najcichszego jęku bólu.
- Bardzo boli? Może zawołam pielęgniarkę po jakieś leki? - oparłem delikatnie dłonie na jej szczupłych kolanach i patrzyłem na jej wykrzywioną z bólu twarz. Cierpiała, a ja nie mogłem jej pomóc. Okropne uczucie.
Podniosłem się z kucek, jednocześnie próbując uspokoić galopujące serce, i usiadłem obok dziewczyny. Jedną ręką łagodnie objąłem ją w talii, przysuwając tym samym bliżej siebie. Ruda nie odsunęła się, więc wciągnąłem ją zwinnie na swoje kolana tak, że siedziała na nich bokiem, i przytuliłem do siebie. Mary zastygła w bezruchu, ale po chwili rozluźniła się i chwilę wierciła, szukając wygodnej pozycji. Schowałem twarz w jej gęstych włosach i zaciągnąłem się ich słodkim, czekoladowym zapachem, jakby były upragnioną działką anfetaminy dla narkomana. Ona była moim narkotykiem. Zapach jej włosów, jej dużo, szaroniebieskie oczy, ten łagodny uśmiech, który tak często pokazywał się na jej twarzy. Wiem, że znamy się niewiele ponad jedną dobę. Ale… Ech, już sam siebie nie rozumiem. Z jednej strony jest najważniejsza na świecie i czuję, że mógłbym oddać za nią wszystko, ale z drugiej… przecież znamy się niewiele ponad jedną dobę. Niby to “zakochanie od pierwszego wejrzenia” istnieje (teoretycznie przynajmniej), ale czy to co czuję to właśnie miłość? Boże, to takie trudne. Dlaczego zawsze musi być to “ale”?
*** Uff, udało się. Dodałam. (:
Większość rozdziału już od wtorku czekała na przepisanie, ale jakoś się nie złożyło. No nic, dodaję teraz, lepiej późno, niż wcale, jak to mówią. Mi osobiście rozdział się jakoś specjalnie nie podoba, no cóż. Nie będę Wam tutaj marudzić. 3majcie się, Stokrotki. :* Dobranoc i kolorowych snów. xx ;*