Obudziło mnie lekkie szarpanie. Gdy otworzyłem oczy, w pokoju było ciemno - był chyba środek nocy, a jedynym źródłem światła były przechodzące przez szpary w drzwiach pojedyncze smugi światła z lamp z korytarza. Znów poczułem szarpanie.
Spojrzałem w dół na swoją rękę. Była opleciona drobnymi, dziewczęcymi palcami, które co chwilę ją ściskały i potrząsały. Przeniosłem wzrok na twarz Mary i...
Momentalnie się rozbudziłem.
Dziewczyna była przeraźliwie blada, wręcz biała; dusiła się, a wokół niej na pościeli i na niej samej dostrzegłem ciemne plamy. Pluła krwią.
Natychmiast poderwałem się z miejsca i wybiegłem z sali. Serce biło mi przeraźliwie szybko, czułem bardzo mocne pulsowanie w skroni. Na korytarzu przez oślepiające światło lamp przez pierwsze sekundy nie mogłem niczego dostrzec. Wreszcie w pewnej odległości ode mnie dojrzałem zarys jakiejś postaci.
Bez namysłu ruszyłem w jej stronę.
- Niech mi pan pomoże! - krzyknąłem, kiedy pokonałem połowę dzielącego nas dystansu. Postać, która okazała się być mężczyzną, odwróciła głowę w moją stronę. W kilka sekund do niego dopadłem.
- Ona... krew... i... bo... - mówiłem nieskładnie, z trudem łapiąc oddech.
- Spokojnie, proszę oddychać. - Lekarz próbował mnie uspokoić, co na szczęście poskutkowało.
- Proszę ją ratować. Ona pluje krwią, nie może oddychać, dusi się... - nawijałem jak nakręcony.
- Ale kto, gdzie? - przerwał mi.
- Ta dziewczyna, która wczoraj tu przyjechała. W sali 114.
Mężczyzna nic nie już nie odpowiedział, tylko wyminął mnie i szybkim krokiem szedł w kierunku, z którego przyszedłem. Podążyłem za nim. Po drodze lekarz otworzył jeszcze jakieś drzwi, powiedział kilka słów, których nie dosłyszałem, i ruszył dalej. Po chwili z pokoju wybiegło kilka osób w białych kitlach, które poszły naszym śladem. Pierwszy lekarz wszedł do sali, ale gdy i ja chciałem to zrobić, ktoś odciągnął mnie od drzwi.
Byłem jak w transie. Nie zwracałem uwagi na otoczenie. Jedyne co mogłem robić, to patrzeć przez wychodzące na korytarz okno, jak lekarze odłączają Mary od tych wszystkich kabelków i wywożą z sali. Pojechali w kierunku wielkich, metalowych drzwi, oznaczonych opisem “Blok operacyjny”. Chciałem pobiec za nimi, ale czyjeś ręce zatrzymały mnie w miejscu. Nie słyszałem swojego krzyku ani głosu, który kazał mi się uspokoić. Czas dla mnie stanął.
Poczułem, jak ktoś siłą sadza mnie na krześle, a potem wbija igłę w moje przedramię. Odpłynąłem.
Spojrzałem w dół na swoją rękę. Była opleciona drobnymi, dziewczęcymi palcami, które co chwilę ją ściskały i potrząsały. Przeniosłem wzrok na twarz Mary i...
Momentalnie się rozbudziłem.
Dziewczyna była przeraźliwie blada, wręcz biała; dusiła się, a wokół niej na pościeli i na niej samej dostrzegłem ciemne plamy. Pluła krwią.
Natychmiast poderwałem się z miejsca i wybiegłem z sali. Serce biło mi przeraźliwie szybko, czułem bardzo mocne pulsowanie w skroni. Na korytarzu przez oślepiające światło lamp przez pierwsze sekundy nie mogłem niczego dostrzec. Wreszcie w pewnej odległości ode mnie dojrzałem zarys jakiejś postaci.
Bez namysłu ruszyłem w jej stronę.
- Niech mi pan pomoże! - krzyknąłem, kiedy pokonałem połowę dzielącego nas dystansu. Postać, która okazała się być mężczyzną, odwróciła głowę w moją stronę. W kilka sekund do niego dopadłem.
- Ona... krew... i... bo... - mówiłem nieskładnie, z trudem łapiąc oddech.
- Spokojnie, proszę oddychać. - Lekarz próbował mnie uspokoić, co na szczęście poskutkowało.
- Proszę ją ratować. Ona pluje krwią, nie może oddychać, dusi się... - nawijałem jak nakręcony.
- Ale kto, gdzie? - przerwał mi.
- Ta dziewczyna, która wczoraj tu przyjechała. W sali 114.
Mężczyzna nic nie już nie odpowiedział, tylko wyminął mnie i szybkim krokiem szedł w kierunku, z którego przyszedłem. Podążyłem za nim. Po drodze lekarz otworzył jeszcze jakieś drzwi, powiedział kilka słów, których nie dosłyszałem, i ruszył dalej. Po chwili z pokoju wybiegło kilka osób w białych kitlach, które poszły naszym śladem. Pierwszy lekarz wszedł do sali, ale gdy i ja chciałem to zrobić, ktoś odciągnął mnie od drzwi.
Byłem jak w transie. Nie zwracałem uwagi na otoczenie. Jedyne co mogłem robić, to patrzeć przez wychodzące na korytarz okno, jak lekarze odłączają Mary od tych wszystkich kabelków i wywożą z sali. Pojechali w kierunku wielkich, metalowych drzwi, oznaczonych opisem “Blok operacyjny”. Chciałem pobiec za nimi, ale czyjeś ręce zatrzymały mnie w miejscu. Nie słyszałem swojego krzyku ani głosu, który kazał mi się uspokoić. Czas dla mnie stanął.
Poczułem, jak ktoś siłą sadza mnie na krześle, a potem wbija igłę w moje przedramię. Odpłynąłem.
Ocknąłem się i otworzyłem oczy. Rozejrzałem się wokół siebie.
Było już dość jasno. Leżałem na łóżku polowym w jakiejś sali, a poza mną nie było tam żywej duszy. Podniosłem się do pozycji siedzącej i próbowałem cokolwiek sobie przypomnieć, ale bezskutecznie. Po chwili wstałem z łóżka i poszedłem w kierunku drzwi. Wyszedłem na biały korytarz. Spojrzałem najpierw w jedną, potem drugą stronę. Nagle dostrzegłem te duże, metalowe drzwi.
I wtedy wszystko wróciło.
Omdlenie, czekanie, droga, recepcja, spotkanie, rozmowa, sen, pobudka,... krew. Wszędzie krew...
W tej samej chwili, te dotąd szczelnie zamknięte, metalowe drzwi, teraz się uchyliły. Wyszedł z nich ten sam lekarz, którego w nocy wzywałem do Mary. Miał wory pod oczami i zmęczenie wypisane na twarzy. Po chwili spojrzał w moim kierunku. Zacisnął szczękę i zmarszczył czoło. Zauważył mnie.
Nie odrywając od niego wzroku, ruszyłem w jego kierunku. Zatrzymałem się w odległości kilku kroków od niego. Po chwili wahania, lekarz pokonał dzielącą nas odległość i stanął około pół metra ode mnie.
- Żyje, prawda? - spytałem natychmiast - Niech pan powie, że ona żyje - zaakcentowałem ostatnie słowo. Nie dopuszczałem do siebie innej opcji. Ona musiała przeżyć. Nie mogła umrzeć! Nie ona!
Spojrzałem w oczy mężczyzny i czułem jak kolana pode mną się uginają.
- Nie - powiedziałem jakby do siebie - nie, to nie może być prawda - niemal wykrzyczałem.
Lekarz spojrzał na mnie ze współczuciem i już wiedziałem. Wiedziałem, że to koniec.
- Bardzo mi przykro. Krwiak na aorcie pękł, nie mogliśmy nic zrobić... - mężczyzna mówił coś jeszcze, ale ja już go nie słyszałem. Poczułem, jak łzy spływają po mojej twarzy, a dłonie zaciskają się w pięści. Świat dookoła zawirował.
Ona nie żyje.
Nie żyje...
Mary nie żyje.
MARY NIE ŻYJE!Czułem, jak ból rozsadza mi serce. Chciałem krzyczeć, płakać, gryźć i szarpać jednocześnie. Przepełniały mnie złość i bezsilność. Nie miałem już dla kogo żyć.
Nie kontrolowałem swoich ruchów, instynkty przejęły dowodzenie. Czułem, jak odwracam się na pięcie i zaczynam biec. Z ogromną prędkością pokonuję korytarz i schody. Wybiegam ze szpitala i przebiegam na skróty przez parking. Ludzie, których mijam, próbują mnie zatrzymać, ale jestem dla nich za szybki. Dobiegam do ulicy, która jakby na przekór mnie jest pusta. Zrezygnowany zwalniam biegu, aż wreszcie zatrzymuję się całkowicie. Wkładam ręce do kieszeni i przetrząsam ich zawartość. Ze zdziwieniem stwierdzam fakty. Nóż.
Wyjmuję niebezpieczne narzędzie.
Ręcznie rzeźbiony trzonek, lśniące ostrze. Idealny. Odwracam się w kierunku, z którego przybiegłem. Widzę, jak kilkanaście ludzi podąża w moim kierunku, ale są za daleko. Już nie zdążą.
Ostatni raz spoglądam na nóż i sunę palcem po gładkiej powierzchni metalu.
Uśmiecham się lekko.
Przypominam sobie słowa, które zawsze powtarzała mi moja babcia: Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne. Kiedyś ich nie rozumiałem, nie potrafiłem się z nimi zgodzić. Teraz jednak muszę przyznać, że stary, poczciwy Shakespeare miał rację. W stu procentach.
Podnoszę nóż, a jego ostrze kieruję w stronę swojego serca.
Jeden ruch.
To koniec.
Było już dość jasno. Leżałem na łóżku polowym w jakiejś sali, a poza mną nie było tam żywej duszy. Podniosłem się do pozycji siedzącej i próbowałem cokolwiek sobie przypomnieć, ale bezskutecznie. Po chwili wstałem z łóżka i poszedłem w kierunku drzwi. Wyszedłem na biały korytarz. Spojrzałem najpierw w jedną, potem drugą stronę. Nagle dostrzegłem te duże, metalowe drzwi.
I wtedy wszystko wróciło.
Omdlenie, czekanie, droga, recepcja, spotkanie, rozmowa, sen, pobudka,... krew. Wszędzie krew...
W tej samej chwili, te dotąd szczelnie zamknięte, metalowe drzwi, teraz się uchyliły. Wyszedł z nich ten sam lekarz, którego w nocy wzywałem do Mary. Miał wory pod oczami i zmęczenie wypisane na twarzy. Po chwili spojrzał w moim kierunku. Zacisnął szczękę i zmarszczył czoło. Zauważył mnie.
Nie odrywając od niego wzroku, ruszyłem w jego kierunku. Zatrzymałem się w odległości kilku kroków od niego. Po chwili wahania, lekarz pokonał dzielącą nas odległość i stanął około pół metra ode mnie.
- Żyje, prawda? - spytałem natychmiast - Niech pan powie, że ona żyje - zaakcentowałem ostatnie słowo. Nie dopuszczałem do siebie innej opcji. Ona musiała przeżyć. Nie mogła umrzeć! Nie ona!
Spojrzałem w oczy mężczyzny i czułem jak kolana pode mną się uginają.
- Nie - powiedziałem jakby do siebie - nie, to nie może być prawda - niemal wykrzyczałem.
Lekarz spojrzał na mnie ze współczuciem i już wiedziałem. Wiedziałem, że to koniec.
- Bardzo mi przykro. Krwiak na aorcie pękł, nie mogliśmy nic zrobić... - mężczyzna mówił coś jeszcze, ale ja już go nie słyszałem. Poczułem, jak łzy spływają po mojej twarzy, a dłonie zaciskają się w pięści. Świat dookoła zawirował.
Ona nie żyje.
Nie żyje...
Mary nie żyje.
MARY NIE ŻYJE!Czułem, jak ból rozsadza mi serce. Chciałem krzyczeć, płakać, gryźć i szarpać jednocześnie. Przepełniały mnie złość i bezsilność. Nie miałem już dla kogo żyć.
Nie kontrolowałem swoich ruchów, instynkty przejęły dowodzenie. Czułem, jak odwracam się na pięcie i zaczynam biec. Z ogromną prędkością pokonuję korytarz i schody. Wybiegam ze szpitala i przebiegam na skróty przez parking. Ludzie, których mijam, próbują mnie zatrzymać, ale jestem dla nich za szybki. Dobiegam do ulicy, która jakby na przekór mnie jest pusta. Zrezygnowany zwalniam biegu, aż wreszcie zatrzymuję się całkowicie. Wkładam ręce do kieszeni i przetrząsam ich zawartość. Ze zdziwieniem stwierdzam fakty. Nóż.
Wyjmuję niebezpieczne narzędzie.
Ręcznie rzeźbiony trzonek, lśniące ostrze. Idealny. Odwracam się w kierunku, z którego przybiegłem. Widzę, jak kilkanaście ludzi podąża w moim kierunku, ale są za daleko. Już nie zdążą.
Ostatni raz spoglądam na nóż i sunę palcem po gładkiej powierzchni metalu.
Uśmiecham się lekko.
Przypominam sobie słowa, które zawsze powtarzała mi moja babcia: Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne. Kiedyś ich nie rozumiałem, nie potrafiłem się z nimi zgodzić. Teraz jednak muszę przyznać, że stary, poczciwy Shakespeare miał rację. W stu procentach.
Podnoszę nóż, a jego ostrze kieruję w stronę swojego serca.
Jeden ruch.
To koniec.
*****
Taaak, rozdział czternasty okazał się epilogiem. Szczerze, nie miałam tego w planach, ale po prostu już nie mam siły dalej ciągnąć tej historii, choć z drugiej strony cieszę się, że tak to się skończyło. Wiem, że nie wszystkie sprawy się wyjaśniły, a niektóre wątki zostały niedokończone, ale było ich po protu za dużo i nie dałabym rady ogarnąć ich wszystkich w jednym rozdziale. Nie będę robić żadnych statystyk, bo to opowiadanie było kompletnym niewypałem, nie wiem, co mi strzeliło do głowy z publikowaniem go. Tak czy owak chcę bardzo, bardzo podziękować wszystkim, którzy choć raz tutaj zajrzeli, przeczytali choć jeden rozdział, napisali choć jedno słowo. W końcu piszę to dla Was. :)
Nie wiem, co mogłabym jeszcze napisać, nie umiem się żegnać.
Dziękuję Wam raz jeszcze. ♥ ~ autorka