piątek, 31 maja 2013

Rozdział 14.

Obudziło mnie lekkie szarpanie. Gdy otworzyłem oczy, w pokoju było ciemno - był chyba środek nocy, a jedynym źródłem światła były przechodzące przez szpary w drzwiach pojedyncze smugi światła z lamp z korytarza. Znów poczułem szarpanie.
Spojrzałem w dół na swoją rękę. Była opleciona drobnymi, dziewczęcymi palcami, które co chwilę ją ściskały i potrząsały. Przeniosłem wzrok na twarz Mary i...
Momentalnie się rozbudziłem.
Dziewczyna była przeraźliwie blada, wręcz biała; dusiła się, a wokół niej na pościeli i na niej samej dostrzegłem ciemne plamy. Pluła krwią.
Natychmiast poderwałem się z miejsca i wybiegłem z sali. Serce biło mi przeraźliwie szybko, czułem bardzo mocne pulsowanie w skroni. Na korytarzu przez oślepiające światło lamp przez pierwsze sekundy nie mogłem niczego dostrzec. Wreszcie w pewnej odległości ode mnie dojrzałem zarys jakiejś postaci.
Bez namysłu ruszyłem w jej stronę.
- Niech mi pan pomoże! - krzyknąłem, kiedy pokonałem połowę dzielącego nas dystansu. Postać, która okazała się być mężczyzną, odwróciła głowę w moją stronę. W kilka sekund do niego dopadłem.
- Ona... krew... i... bo... - mówiłem nieskładnie, z trudem łapiąc oddech.
- Spokojnie, proszę oddychać. - Lekarz próbował mnie uspokoić, co na szczęście poskutkowało.
- Proszę ją ratować. Ona pluje krwią, nie może oddychać, dusi się... - nawijałem jak nakręcony.
- Ale kto, gdzie? - przerwał mi.
- Ta dziewczyna, która wczoraj tu przyjechała. W sali 114.
Mężczyzna nic nie już nie odpowiedział, tylko wyminął mnie i szybkim krokiem szedł w kierunku, z którego przyszedłem. Podążyłem za nim. Po drodze lekarz otworzył jeszcze jakieś drzwi, powiedział kilka słów, których nie dosłyszałem, i ruszył dalej. Po chwili z pokoju wybiegło kilka osób w białych kitlach, które poszły naszym śladem. Pierwszy lekarz wszedł do sali, ale gdy i ja chciałem to zrobić, ktoś odciągnął mnie od drzwi.
Byłem jak w transie. Nie zwracałem uwagi na otoczenie. Jedyne co mogłem robić, to patrzeć przez wychodzące na korytarz okno, jak lekarze odłączają Mary od tych wszystkich kabelków i wywożą z sali. Pojechali w kierunku wielkich, metalowych drzwi, oznaczonych opisem “Blok operacyjny”. Chciałem pobiec za nimi, ale czyjeś ręce zatrzymały mnie w miejscu. Nie słyszałem swojego krzyku ani głosu, który kazał mi się uspokoić. Czas dla mnie stanął.
Poczułem, jak ktoś siłą sadza mnie na krześle, a potem wbija igłę w moje przedramię. Odpłynąłem.


Ocknąłem się i otworzyłem oczy. Rozejrzałem się wokół siebie.
Było już dość jasno. Leżałem na łóżku polowym w jakiejś sali, a poza mną nie było tam żywej duszy. Podniosłem się do pozycji siedzącej i próbowałem cokolwiek sobie przypomnieć, ale bezskutecznie. Po chwili wstałem z łóżka i poszedłem w kierunku drzwi. Wyszedłem na biały korytarz. Spojrzałem najpierw w jedną, potem drugą stronę. Nagle dostrzegłem te duże, metalowe drzwi.
I wtedy wszystko wróciło.
Omdlenie, czekanie, droga, recepcja, spotkanie, rozmowa, sen, pobudka,... krew. Wszędzie krew...
W tej samej chwili, te dotąd szczelnie zamknięte, metalowe drzwi, teraz się uchyliły. Wyszedł z nich ten sam lekarz, którego w nocy wzywałem do Mary. Miał wory pod oczami i zmęczenie wypisane na twarzy. Po chwili spojrzał w moim kierunku. Zacisnął szczękę i zmarszczył czoło. Zauważył mnie.
Nie odrywając od niego wzroku, ruszyłem w jego kierunku. Zatrzymałem się w odległości kilku kroków od niego. Po chwili wahania, lekarz pokonał dzielącą nas odległość i stanął około pół metra ode mnie.
- Żyje, prawda? - spytałem natychmiast - Niech pan powie, że ona żyje - zaakcentowałem ostatnie słowo. Nie dopuszczałem do siebie innej opcji. Ona musiała przeżyć. Nie mogła umrzeć! Nie ona!
Spojrzałem w oczy mężczyzny i czułem jak kolana pode mną się uginają.
- Nie - powiedziałem jakby do siebie - nie, to nie może być prawda - niemal wykrzyczałem.
Lekarz spojrzał na mnie ze współczuciem i już wiedziałem. Wiedziałem, że to koniec.
- Bardzo mi przykro. Krwiak na aorcie pękł, nie mogliśmy nic zrobić... - mężczyzna mówił coś jeszcze, ale ja już go nie słyszałem. Poczułem, jak łzy spływają po mojej twarzy, a dłonie zaciskają się w pięści. Świat dookoła zawirował.
Ona nie żyje.

Nie żyje...
Mary nie żyje.
MARY NIE ŻYJE!
Czułem, jak ból rozsadza mi serce. Chciałem krzyczeć, płakać, gryźć i szarpać jednocześnie. Przepełniały mnie złość i bezsilność. Nie miałem już dla kogo żyć.
Nie kontrolowałem swoich ruchów, instynkty przejęły dowodzenie. Czułem, jak odwracam się na pięcie i zaczynam biec. Z ogromną prędkością pokonuję korytarz i schody. Wybiegam ze szpitala i przebiegam na skróty przez parking. Ludzie, których mijam, próbują mnie zatrzymać, ale jestem dla nich za szybki. Dobiegam do ulicy, która jakby na przekór mnie jest pusta. Zrezygnowany zwalniam biegu, aż wreszcie zatrzymuję się całkowicie. Wkładam ręce do kieszeni i przetrząsam ich zawartość. Ze zdziwieniem stwierdzam fakty.
Nóż.
Wyjmuję niebezpieczne narzędzie.
Ręcznie rzeźbiony trzonek, lśniące ostrze.
Idealny. Odwracam się w kierunku, z którego przybiegłem. Widzę, jak kilkanaście ludzi podąża w moim kierunku, ale są za daleko. Już nie zdążą.
Ostatni raz spoglądam na nóż i sunę palcem po gładkiej powierzchni metalu.
Uśmiecham się lekko.
Przypominam sobie słowa, które zawsze powtarzała mi moja babcia:
Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne. Kiedyś ich nie rozumiałem, nie potrafiłem się z nimi zgodzić. Teraz jednak muszę przyznać, że stary, poczciwy Shakespeare miał rację. W stu procentach.
Podnoszę nóż, a jego ostrze kieruję w stronę swojego serca.
Jeden ruch.
To koniec.


*****

Taaak, rozdział czternasty okazał się epilogiem. Szczerze, nie miałam tego w planach, ale po prostu już nie mam siły dalej ciągnąć tej historii, choć z drugiej strony cieszę się, że tak to się skończyło. Wiem, że nie wszystkie sprawy się wyjaśniły, a niektóre wątki zostały niedokończone, ale było ich po protu za dużo i nie dałabym rady ogarnąć ich wszystkich w jednym rozdziale.
Nie będę robić żadnych statystyk, bo to opowiadanie było kompletnym niewypałem, nie wiem, co mi strzeliło do głowy z publikowaniem go. Tak czy owak chcę bardzo, bardzo podziękować wszystkim, którzy choć raz tutaj zajrzeli, przeczytali choć jeden rozdział, napisali choć jedno słowo. W końcu piszę to dla Was. :)
Nie wiem, co mogłabym jeszcze napisać, nie umiem się żegnać.
Dziękuję Wam raz jeszcze. ♥
~ autorka

poniedziałek, 27 maja 2013

Rozdział 13.

Rozpoznają ją, na pewno ją rozpoznają. Nie mogłam uspokoić myśli. Z bardzo dużą prędkością pokonywałem kolejne kilometry, niemal nie zderzając się z jadącą przede mną karetką. W rzeczywistości minęło tylko parę minut, zanim dotarliśmy do szpitala, jednak to były najdłuższe minuty w moim życiu.
Czy to strach?
Mógłbym zaprzeczać tysiąc razy, okłamywać samego siebie, wmawiać sobie, że tak nie jest,  ale prawda jest nieubłagana i zawsze wyjdzie na jaw.
To ZDECYDOWANIE był strach.
Życie Mary było cenniejsze od wszystkiego innego.
Sama ona była cenniejsza od wszystkiego innego.
Była najważniejsza.
Nasz Alex się zakochał. Ach, no taka prawda, wredny głos miał rację. Nie ma po co się kłócić, bo to i tak niczego nie zmieni.
Zakochałem się.
Zakochałem się w tej niesamowitej dziewczynie z burzą rudych loków na głowie, błyszczącymi niebieskimi oczami i czarującym uśmiechem. Cholera, wpadłem na maksa.
Jakimś cudem minuty, jeszcze przed chwilą dłużące się niemiłosiernie, teraz skurczyły się do postaci kilku zaledwie sekund. Nim się obejrzałem, byłem już na parkingu przed szpitalem. Wysoki, zbudowany z czerwonej cegły, PRL-owski budynek. Wyglądał jak więzienie i w pewnym sensie nim był. Współczuję tym, którzy mają ten obrazek przed oczami na co dzień.
Wyskoczyłem z samochodu i pobiegłem w kierunku wejścia, po drodze potrącając kilka osób w białych kitlach z papierosami w dłoni. Dopadłem szklanych dzrwi i wślizgnąłem się do środka. Wzrokiem odszukałem recepcję i szybkim krokiem do niej dotarłem.
- Przepraszam, przed chwilą przywieziono tu taką rudowłosą dziewczy...
- Czy jest pan kimś z rodziny? - recepcjonistka przerwała mi, nawet na mnie nie spoglądając, zajęta wypełnianiem jakichś papierów.
- Tak, jestem... bratem... - skłamałem, bo co mogłem zrobić. Kobieta podniosła oczy i spojrzała na mnie z powątpiewaniem - przyrodnim - dodałem szybko.
- Czy ktoś może to potwierdzić? - Kobieta wierciła we mnie dziury tym bazyliszkowym spojrzeniem, aż czułem, jak mimowolnie się skurczam.
- Nikt poza nią. To gdzie ona jest? - ponowiłem pytanie.
- Jeszcze to sprawdzimy. Dziewczyna dopiero przyjechała, więc zapewne wciąż jest badana... -
Jezu, kobieto, to naprawdę nie było trudne pytanie! Powiedz mi tylko: GDZIE. ONA. JEST ?!” - jest w sali numer 114 na drugim piętrze, ale...
- Dziękuję - tym razem ja jej przerwałem. Nie zwracając już na nią uwagi, szybko odszukałem schody i po kilkunastu sekundach byłem już na drugim piętrze. Stałem na środku korytarza i rozglądałem się na wszystkie strony. Wokół mnie spokojnie przechodzili lekarze, pielęgniarki, pacjenci i goście, ale na szczęście nikt mnie nie zaczepił. Wreszcie dostrzegłem tabliczkę z numerem 114, wiszącą na przybrudzonych, zielono-burych, z odchodzącą farbą, drzwiach. Nogi same poniosły mnie w ich kierunku, ja już ich nie kontrolowałem. Znowu dopadł mnie strach.
Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Niby to tylko omdlenie, ale czy ona już wczoraj nie była taka blada? Czy już wczoraj nie miała worków pod oczami? Takiego zagubionego wzroku? A co, jeśli to coś poważniejszego? Co, jeśli jest na coś chora? Co wtedy?
Miliony nieskładnych pytań i okrąglutkie zero odpowiedzi.
W pewnej chwili z sali z wyszedł mężczyzna w białym fartuchu, więc szybko do niego podbiegłem.
- Doktorze, co z nią? Wszystko w porządku?
- Pan jest jej...?
- Bratem, przyrodnim - dokończyłem za niego - jak ona się czuje?
- Bratem, mówi pan... no dobrze - Chociaż on dał mi spokój. - A więc z pańską siostrą jest już lepiej, odzyskała przytomność. Sądzimy, że przyczyną omdlenia mógł być nadmierny stres i przemęczenie.
- A... kiedy będę mógł do niej wejść? - spytałem niepewnie, wdzięczny losowi, że jednak nic jej nie jest.
- Właściwie może pan choćby zaraz. Byle tylko nie na długo. Pacjentka jest osłabiona, potrzebuje dużo odpoczynku.
- Oczywiście, doktorze, dziękuję bardzo.
Ten tylko skinął głowę i odszedł z rękoma złączonymi za plecami. Czym prędzej odwróciłem się w stronę sali Mary i podążyłem w kierunku drzwi. Uchyliłem je lekko i wślizgnąłem się do środka z mocno bijącym sercem. Pomieszczenie było niewielkie, ale sprawiało wrażenie pustego. Pod ścianą z prawej strony stało łóżko, naprzeciwko niewielka szafa. Oprócz tego na trzeciej ścianie znajdowało się okno, pod nim mały stolik i dwa proste krzesła. W sali znajdowały się dwie osoby - zmieniająca kroplówkę, niska, blondo-włosa pielęgniarka i leżąca na łóżku, rudowłosa nastolatka. Na sam jej widok uśmiechnąłem się. Mimo potarganych włosów i zmęczenia wypisanego na twarzy, nadal wyglądała pięknie.
Kiedy drzwi samoistnie się za mną zamknęły, obie kobiety odwróciły twarze w moim kierunku.
- Aleks - Ten cichy, melodyjny głos rozpoznam wszędzie. Z prędkością światła znalazłem się przy łóżku Małej, przykucnąłem i odgarnąłem włosy z jej bladej twarzy, na której pojawił się cień uśmiechu.
- Jestem - powiedziałem lekko drżącym nieco głosem i złapałem jej drobną dłoń - Już jest wszystko dobrze.
- Wiem - wyszeptała i przymknęła oczy. Delikatnie zacisnęła palce na moich.
- Prześpij się - odezwałem się i chciałem odejść, ale powstrzymała mnie dłoń Mary.
“Zostań” powiedziała bezgłośnie.
Uśmiechnąłem się lekko i usiadłem na brzegu jej łóżka, gładząc kciukiem wierzch jej dłoni.
- Jak sobie życzysz.
Dziewczyna mruknęła coś niezidentyfikowanego i ułożyła się wygodniej na łóżku. Ja, nie puszczając jej dłoni, drugą ręką przysunąłem sobie jedno z krzeseł. Usiadłem na nim i spojrzałem na Mary, która odpłynęła już w objęcia Morfeusza. Pocałowałem ją delikatnie w czoło i oprałem się bokiem o ścianę. Nie wiem kiedy, zasnąłem.


*****

Witam po długiej przerwie. :)
Oficjalnie pozwalam Wam mnie udusić. Nie wiem nawet, który to już raz. Pisanie zeszło na dalszy plan, przyznaję, ale nie zapomniałam o nim. Mogłabym usprawiedliwiać się szkołą, ale wiem, ze gdybym dobrze rozplanowała sobie dzień, na pewno znalazłabym czas na pisanie. Mam nadzieję, że mi wybaczycie moje lenistwo, postaram się ogarnąć. I przepraszam za ten flakowaty rozdział, chociaż chyba lepszy taki, niż żaden, prawda? :) Pozdrawiam cieplutko. xx :)
~autorka

poniedziałek, 13 maja 2013

Witajcie

No heeej.
Przybyłam do Was z informacją.
Rozdział nie ma pojęcia kiedy się pojawi, bo najbliższe kilka tygodni mam straszne. W tym tygodniu 3 sprawdziany, w następnym wycieczka, potem Boże Ciało, a potem dwa tygodnie i już wystawianie ocen. Dlatego teraz czeka mnie taka harówa, że nie wiem, czy znajdę czas na cokolwiek innego. Jeszcze trzy prezentacje do zrobienia... Właściwie, to nie wiem, co ja tu aktualnie robię, bo powinnam się uczyć na wos. Dodatkowo za pół godziny mam spotkanie do bierzmowania, a jutro śpiewamy z okazji imienin proboszcza. I kiedy tu się uczyć?
Przepraszam Was za tak długą przerwę, ale naprawdę ciężko mi się ze wszystkim wyrobić. Nie mam ani chwili na pisanie, puki co następny rozdział ma jakieś 3-4 zdania... Przepraszam, po 13. czerwca wszystko powinno się uregulować i notka raczej się pojawi. :)
Przepraszam jeszcze raz i pozdrawiam cieplutko. xx
~ autorka

środa, 1 maja 2013

Rozdział 12.

-„… na nasz adres mailowy….”
- Kur*a! – przekląłem i czym prędzej wyłączyłem radio.
- Czym ten biedny przycisk ci zawinił? – usłyszałem cichy zachrypnięty głos za plecami, a fotel, na którym siedziałem, wygiął się lekko do tyłu Co się dzieje?
- Mówią o nas w każdej stacji – wysyczałem przez zaciśnięte zęby, nie odwracając głowy od jezdni.
Usłyszałem lekkie westchnienie, a skórzane oparcie wróciło do swojej pozycji. Ciche plaśnięcie obwieściło powrót Mary do pozycji siedzącej. Zerknąłem w lusterko: włosy dziewczyny były w sporym nieładzie, podkrążone oczy świadczyły o zmęczeniu. Opierała głowę o szybę i wyglądała na zewnątrz. Po chwili spojrzała z małe szkiełko i napotkawszy mój wzrok, uśmiechnęła się lekko.  Znów spojrzałem na drogę.
- Gdzie jesteśmy? – Cichy, melodyjny głos nastolatki przerwał panującą ciszę. Już chciałem jej odpowiedzieć, gdy ponownie się odezwała, tym razem dużo głośniej – Zatrzymaj się!
Zdziwiony odwróciłem głowę w jej kierunku, ale posłusznie zjechałem na pobocze. Kiedy tylko samochód się zatrzymał, dziewczyna wybiegła na zewnątrz.
Znajdowaliśmy się na przedmieściach. Z obu stron otaczały nas pola i łąki, zwieńczane na horyzoncie łańcuchami drzew. Gdzieniegdzie można było dostrzec pojedyncze domy i inne budynki.
Rudowłosa oddaliła się od drogi szybkim truchtem. Widziałem z daleka, jak podbiega do jakiejś kobiety, pracującej wśród gęstej trawy,  i coś do niej mówi. Nie słyszałem, o czym mówiły, mogłem tylko dostrzec, jak kobieta szeroko się uśmiecha i kiwa głową. Uradowany Rudzik wdzięcznie dygnął, chyba podziękował i ruszył w stroną pasących się niedaleko nich koni. Podeszła do czarnego zwierzęcia, które w tym momencie było zajęte jedzeniem trawy, i powoli wyciągnęła dłoń w jego stronę. Delikatnie położyła dłoń na szyi konia i leciutko pogłaskała. Koń nie zareagował, więc dziewczyna już śmielej sięgnęła jego grzywy. Chwilę rozplątywała palcami jego długie włosy, aż wreszcie usiadła na ziemi obok głowy zwierzęcia i głaskała jego pysk.
Uśmiech wypłynął na moje usta. Opierając się o bok mojego auta i przyglądając zafascynowanej koniem rudowłosej, nie zauważyłem, jak podchodzi do mnie wcześniej wspomniana kobieta. Była niska, drobnej postury, wyglądała na trochę starszą ode mnie. Długie jasne włosy zaplecione w kłos spływały po jej ramieniu, a głowę przykrywała wielobarwna chusta.  Miała na sobie prostą, bawełnianą koszulę z długimi rękawami, podwiniętymi do łokci, i jeansowe ogrodniczki.  Stanęła obok mnie, odwróciła się w kierunku, z którego przyszła i założyła ręce na piersi. Cały czas się uśmiechała.
- Niesamowita dziewczyna – odezwała się – poznałam na pierwszy rzut oka. Ja się na tym znam. Ma taki szczery uśmiech.
Odwróciłem głowę w jej stronę. Kobieta przyglądała mi się z uśmiechem i ciekawością.
- To prawda. – Znów spojrzałem na Rudzika. Mary zrywała źdźbła otaczającej ją trawy i podłożyła pod pysk konia. Zwierzę ze smakiem zjadło roślinę, a Mała pochyliła się i pocałowała go w nos. Zaśmiałem się cicho.
- To twoja dziewczyna? – dobiegło do mnie z prawej strony – Dbaj o nią. Jest wspaniała.
- Tak – nie zaprzeczyłem – cudowna.
Kobieta z rozbawieniem pokręciła głową i odeszła. Chwilę postałem przy czarnym samochodzie, aż wreszcie ruszyłem się z miejsca. Podszedłem do Rudzika z rękoma w kieszeniach i usiadłem po turecku obok niej. Dziewczyna zerknęła na mnie i posłała mi lekki uśmiech, po czym ponownie skupiła uwagę na zwierzęciu. Delikatnie wodziła palcami po ciemnobrązowej sierści na głowie konia i patrzyła na niego z czułością.
Rozejrzałem się wokół siebie i zerwałem kilka garści trawy. Podsunąłem pod pysk zwierzęcia, ale to odwróciło głowę w drugą stronę. Mary roześmiała się dźwięcznie. Sekundę później poczułem, jak jej palce chwytają moje i rozprostowują je. Rudzik chwycił delikatnie mój nadgarstek i pociągnął w stronę konia. Zwierzę wąchało trawę, aż wreszcie zabrało je z mojej dłoni. Zerknąłem na Mary. Ta uśmiechała się leciutko, jakby do siebie. Puściła moją rękę, a ja poczułem lekki smutek. Gościu, ogarnij się. Jednak im dłużej nie czułem jej delikatnego dotyku lub nie widziałem jej pięknego uśmiechu, czułem się coraz gorzej. Co się ze mną dzieje? Prowadziłem w myślach dyskusję z samym sobą. Przyznaj się. Do czego niby? Do tego, że ci zależy. Ale tak nie jest, nie znam jej. Nie musisz jej znać, pociąga cię. Być może, ale to nieistotne.  Jak to nie? No tak, to nic nie znaczy. Tak, oszukuj sam siebie. Nie oszukuję! Po prostu się boisz. Nie prawda! Mów, co chcesz, ja i tak wiem swoje. A ja swoje.
- Aaaaleeeeks. – Mary machała mi ręka przed twarzą. Mówiła wolno i wyraźnie, jakbym był niespełna rozumu.
- Słuuuuchaaaam. – Kontynuowałem jej grę.
- Pobuuuudkaaa – zaśmiała się z mojej reakcji. Ten cudny śmiech znowu ten wredny głos. Nie narzekaj. Można to jakoś wyłączyć? – Idziemy?
- Tak, tak, już.
Wstałem z trawy i otrzepałem kolana. Rudowłosa podniosła się z ziemi i objęła rękoma szyję konia. Ostatni raz wtuliła twarz w jego grzywę. Po dłuższej chwili oderwała się od niego i ruszyła w stronę samochodu, nie oglądając się za siebie. Podążyłem za nią.
- Już za nim tęsknie – powiedziała ze smutkiem w głosie i wygięła usta w podkówkę.
- Bardzo szybko się przywiązujesz – zauważyłem.
- Wiele razy to słyszałam. – Delikatny uśmiech powrócił na twarz Mary. Mary… hm…
- Mary – zwróciłem jej uwagę na siebie – myślałaś kiedyś o zmianie nazwiska?
Dziewczyna była chyba nieco zdziwiona, ale odpowiedziała.
- Ano myślałam – potwierdziła.
- I? – Ciężko z niej cokolwiek wyciągnąć.
- Co powiesz na Aleksandrę Rubińczyk? – zapytała zaciekawiona.
- Skąd ty wytrzasnęłaś takie nazwisko? – zaśmiałem się, gdy nagle spostrzegłem  że dziewczyna stanęła. Obróciłem się w jej kierunku.
- Mówiłeś coś, piekarzu?* – spytała ze złośliwym uśmiechem i ironią w głosie.
- Co do tej Aleksandry – zmieniłem temat – będę mógł mówić do ciebie Aleks – uśmiechnąłem się triumfalnie.
Rudowłosa rozszerzyła oczy i klepnęła się dłonią w czoło.
- Och, faktycznie, nie pomyślałam – śmiała się z samej siebie – czyli pozostaje Zuzanna.
- Zuza… Zuzka… - mruczałem pod nosem – nawet ładnie. Pasuje do ciebie.
W odpowiedzi na mój komplement Mary (jeszcze) zaczerwieniła się słodko i odwróciła wzrok. Szliśmy wolnym krokiem w stronę samochodu, gdy usłyszałem coś za plecami. Obróciłem się za siebie i… zobaczyłem Małą leżącą na ziemi  Podbiegłem do niej natychmiast i próbowałem ocucić, jednak Młoda wciąż była nieprzytomna. Serce waliło mi jak oszalałe, krew wrzała w żyłach, ręce trzęsły się niemiłosiernie. Czyli jednak ci zależy. Zignorowałem ten głos. Miałem ważniejsze sprawy na głowie.
Mary leżała bezwiednie na ziemi  rude loki rozsypały się wokół jej głowy, skóra była jeszcze bledsza niż zazwyczaj. Mała, co jest?
Zadzwoniłem na pogotowie i wezwałem karetkę. W oczekiwaniu na jej przyjazd uklęknąłem przy głowie dziewczyny i ułożyłem ją na swoich kolanach. Zagarnąłem kilka niesfornych kosmyków za ucho, próbując uspokoić zszarpane nerwy.  Mimowolnie spojrzałem na jej usta. Teraz były nieco sine, ale nadal niezwykle kuszące. W ich kącikach czaił się uśmiech. Nareszcie mógłbym poczuć ich smak…
Stary, ogarnij się! głos rozsądku próbował przywołać mnie do porządku, ale w chwili obecnej nie miał za dużo do gadania. Przybliżyłem swoją twarz do twarzy Mary, od celu dzieliło mnie niespełna kilka centymetrów. Słyszałem tylko szaleńczy bieg mojego serca i płytki oddech.  Widziałem tylko TE usta.
I…
W ostatniej chwili stchórzyłem.
Kiedy teraz tak o tym myślę, sam nie wiem, dlaczego. Nie miałem czego się bać, no bo co to jest – zwykły pocałunek, nic takiego - ale mimo to nie zdobyłem się na odwagę. Na samą myśl o pocałunku z Mary, działo się ze mną… coś dziwnego. Jestem nienormalny. Sam się sobie dziwiłem. Co się ze mną dzieje?
Moje rozmyślania przerwał przyjazd karetki. Z samochodu wyskoczyło kilku sanitariuszy, którzy zajęli się Mary. Położyli ją na przyniesionych wcześniej noszach i zanieśli do ambulansu. Natychmiast wskoczyłem za kółko w moim aucie i ruszyłem w ślad za karetką do szpitala.
Jednego nie przemyślałem…

_________________________
* - przypominam - 
Aleks Jakub Baker (z ang. piekarz :))

Cześć, Stokrotki. :)
Dzisiaj taki jakiś nijaki. Ale nie mam już czasu tego zmienić; do internetu będę miła dostęp dopiero za tydzień, jak wrócę z weekendu majowego. A chciałam jeszcze coś wstawić przed wyjazdem, więc się zawzięłam i dokończyłam rozdział.
No. To teraz z czystym sumieniem (powiedzmy) mogę iść spać. Wiecie - jutro o ósmej wyjazd, jest pierwsza w nocy, a ja chcę się wyspać - Like It! :D
Dobra, już nie zanudzam. Ciekawego miłego weekendu, Kochani, wypoczywajcie.
Dobranoc. xx :*

~ autorka.

PS A, no i mam nadzieję, że rozdział do przeżycia. :) Pozdrawiam. xo