piątek, 22 marca 2013

Rozdział 9.


Obudziło mnie dzwonienie… czegoś. Było to tak uporczywe i nieprzyjemne dla uszu, że – chcąc, nie chcąc – musiałam się obudzić. Przetarłam zmęczone oczy, ale nadal nie mogłam nic dojrzeć – w pokoju było ciemno. Wyciągnęłam rękę spod cieplutkiej kołdry i chwilę przesuwałam dłonią po drewnianej powierzchni szafki nocnej w poszukiwaniu telefonu. Poczułam pod palcami chłodny metal, więc pochwyciłam go i odblokowałam w celu sprawdzenia godziny. Zerknęłam w prawy górny róg ekranu…
CO?! Wpół do trzeciej nad ranem?! Czy ktoś jest chory psychicznie?!
Usiadłam gwałtownie na łóżku, o mało nie uderzając głową w pochyły sufit. Spuściłam nogi na podłogą, włożyłam na stopy moje mięciutkie kapcie-żaby i wstałam z hotelowego łóżka. Kilka kroków, drzwi, krótki korytarz, zakręt w lewo, przejście przez salon, zakręt w prawo i ponownie drzwi. Nie wyglądając przez wizjer (drzwi najzwyczajniej nie były w niego zaopatrzone) odkluczyłam zamek i z rozmachem otworzyłam drewniany prostokąt.
Jako, że światło nigdzie nie było zapalone, a za drzwiami było jeszcze ciemniej, zauważenie czegokolwiek znajdującego się na korytarzu zajęło mi dobrą chwilę. 
- Słucham? – spytałam uprzejmie z kwaśnym uśmiechem na ustach, niemal zasypiając na stojąco.
- Dzień dobry – odpowiedział mi niski, męski głos. Po chwili poczułam silne odepchnięcie; wpadłam na ścianę. Gość najwyraźniej sam się wprosił.  Usłyszałam szybkie kroki i chrzęst piasku na drewnianych panelach. Zszokowana całą sytuacją, jak w jakimś transie, zamknęłam i zakluczyłam drzwi. Skierowałam się do kuchni, skąd dochodziły mnie jakieś odgłosy. Weszłam do pomieszczenia  i natychmiast się zatrzymałam. Gwałtownie zamknęłam oczy, przysłaniając je ręką przed rażącym światłem lampy, i szukałam po omacku wyłącznika na ścianie. Pstryk! Udało się.
- Ej! – głośny krzyk pośród ciszy nocy sprawił, że podskoczyłam w miejscu. Usłyszałam szelest i ponownie kroki. Podniosłam wzrok i ujrzałam zarysy jakiejś postaci o trzy kroki przede mną – Co Ty wyprawiasz?! Ja tu czegoś szukam!
- A ja chciałam się tu wyspać! Czego niby możesz szukać w środku nocy w MOIM pokoju?! – odpowiedziałam wrzaskiem.
Moje oczy wreszcie przyzwyczaiły się do panującej wokoło ciemności. Dochodzące z przysłoniętego firanką okna światło latarni ulicznej rozpraszało panujący wszędzie mrok. Przede mną stał wysoki, barczysty mężczyzna  o krótkich, rozczochranych włosach. Był wyższy ode mnie o głowę i z pewnością o wiele silniejszy.
- Nie twój interes. Przeszkadzasz mi, wyjdź stąd.
Że co, do cholery?! Niech mnie ktoś przytrzyma, bo nie ręczę za siebie!
- Masz czelność mówić mi, co mam robić?! Jeszcze czego! To TY masz stąd wyjść, bo wezwę policję! – w tym momencie byłam najzupełniej poważna, a mimo to odpowiedział mi głośny, chrapliwy śmiech, który szybko ucichł.
- Słuchaj uważnie, mała, bo powiem to tylko raz i nie będę więcej powtarzał. Wynoś się stąd natychmiast, jeśli Ci życie miłe.
Tym razem to ja się zaśmiałam.
- Chyba śnisz! Nie ruszam się stąd, dopóki TY nie wyjdziesz! – dumnie uniosłam podbródek i założyłam ręce na piersi. Chłodnymi palcami dotknęłam odkrytych ramion. No tak – ciągle byłam w pidżamie. Spodnie do kolan i bluzka na cienkich ramiączkach to niezbyt dobry strój na tak chłodną noc. Mimowolnie zadrżałam.
- A co powiesz teraz? – głos mojego nieproszonego „gościa” pokrył się ze zgrzytem metalu i grubej skóry. Mężczyzna wyjął coś ze skórzanej torby i podniósł na wysokość moich oczu. Słabe światło odbijało się od metalowej, gładkiej niczym lustro powierzchni.
Nóż.
Oczy momentalnie mi się rozszerzyły, a serce na chwilę zamarło. Nerwowo przełykałam ślinę, czując narastającą w gardle gulę.
- Możemy to załatwić pokojowo, ale możemy też nieco bardziej oryginalnie. Wybieraj.
Poczułam nagły przypływ adrenaliny.
Nie będziesz w taki sposób pogrywał. Nie ze mną.
Nonszalancko przechyliłam głowę i spojrzałam na niego z politowaniem. Już otwierałam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale coś mi przerwało.
Był to głośny huk, od którego oboje podskoczyliśmy. Rozległy się głośne okrzyki i tupot ciężkiego obuwia. Odwróciłam się w stronę drzwi i już chciałam tam ruszyć, gdy poczułam silne szarpnięcie za ramię. Jakaś siła pociągnęła mnie do tyłu.  Cofnęłam się kilka kroków, aż na plecach poczułam silną przeszkodę.  Poczułam jedną dłoń zatykającą mi usta, a drugą krępującą mnie w pasie. Próbowałam wyszarpnąć się z tego żelaznego uścisku, ale nie byłam w stanie nic zrobić.
- I widzisz, co narobiłaś?! – Jasne, wszystko zwal na mnie  - Bądź grzeczna, a nic ci się nie stanie. – wysyczał wprost do mojego ucha.  Wykorzystując chwilę nieuwagi mężczyzny wyrwałam jedną rękę i z całej siły wbiłam łokieć w brzuch napastnika. Ten zgiął się lekko, nie wypuszczając mnie jednak z uścisku, i zaklął pod nosem.
- Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbą. – powiedział złowieszczo. Znów uwięził moją rękę, przyciskając ją do mojego brzucha. Zacisnęłam palce na jego przedramieniu najmocniej jak potrafiłam. Ten odpowiedział mocniejszym ściśnięciem w pasie. Zrezygnowana puściłam jego rękę i lekko odwróciłam głowę w jego stroną, posyłając mu mrożące spojrzenie.
Ten tylko uśmiechnął się lekko z wyraźną satysfakcją i poluźnił uścisk na brzuchu. Moje wnętrzności wróciły na swoje miejsca, a ja wzięłam głębszy oddech.
Nie minęły dwie sekundy, a drzwi kuchenne otworzyły się z rozmachem i uderzyły w ścianę. W progu dojrzałam kilka bliżej nieokreślonych postaci, które w kilka sekund otoczyły nas ze wszystkich stron.
- Rzuć broń, jesteś  otoczony!
Rozbłysło światło.
Pięć postaci. Pięć rewolwerów skierowanych w naszą stronę. Pięć par oczu, wpatrujących się w nas z najwyższą uwagą.
Zacisnęłam powieki, krzywiąc się z bólu przed oślepiającym światłem. Poczułam, jak ręka zatykająca moje usta puszcza. Cichy szelest, a potem chłodny metal na gardle.  Po raz kolejny zadrżałam.
Nóż.
- Jedno słowo, a ona zginie - mój napastnik wcale nie zamierzał się poddać, wręcz przeciwnie.
Ups. Niedobrze.
Zaczęłam się trząść. Nie bałam się, co było dla mnie wręcz szokujące, a mimo to dygotałam na całym ciele. Dlaczego?
Policjancie spoglądali po sobie i po kolei odkładali rewolwery na podłogę. Podnieśli ręce, tym samym się poddając. Wpatrywali się w nas w niemym oczekiwaniu.
- Jeśli usłyszę choćby szelest, zabiją ją – prawie zapomniałam o obejmującym mnie w pasie i przykładającym narzędzie do szyi mężczyźnie.  Poczułam lekkie ciągnięcie do tyłu, więc poddałam się jemu. Szłam do tyłu, ciągnięta przez „gościa”, który okazał się być niebezpiecznym zbiegiem, poszukiwanym przez policję.  Kilka kroków w tył, ostry zakręt, znów kilka kroków i zatrzymanie. Z kuchni nie dochodził mnie żaden, choćby najcichszy, odgłos. Przekręcenie klucza w zamku, skrzypnięcie drzwi i znowu ciągnięcie. Doczłapaliśmy do windy, zostawiając za sobą otwarte drzwi.  Czułam dziwną satysfakcję i odwagę. Mężczyzna odjął nóż od mojej szyi i poluźnił uścisk w pasie.
- Widzisz? – wyszeptał cicho – Jak chcesz, to potrafisz.
Spojrzałam na niego z politowaniem,  ale nie odezwałam się ani słowem.  Wsiedliśmy do windy, która właśnie przyjechała. Porywacz wcisnął przycisk z literką „P” i oparł się o czerwoną ścianę, nadal trzymając mnie w pasie.
- Mógłbyś mnie puścić z łaski swojej? – zapytałam, tracąc powoli cierpliwość.  Mężczyzna pokręcił głową, wykrzywiając usta w uśmiechu.
- Bo?  - ten tylko wyszczerzył zęby.
Kiedy tak się uśmiechał nie wyglądał wcale tak groźnie. Wydaje się być miły przemknęło mi przez myśl. I jest nawet przystojny.
Uśmiechnęłam się do swoich myśli i przyjrzałam mu się z  zaciekawieniem.
Bardzo przystojny. I wcale nie taki stary.
- Wiem, że jestem piękny, nie musisz mi tego powtarzać milion razy – wróciłam do rzeczywistości i po chwili dotarł do mnie sens wypowiedzianych przez porywacza słów. Szczerzył się do mnie, a w jego piwnych oczach dojrzałam iskierki radości.
Przewróciłam oczami i spojrzałam na niego, jakby był chory psychicznie, kręcąc przy tym głową.
Jak dziecko.
- Dokąd mnie zabierasz? – zmieniłam temat, przyglądając mu się ze szczerym uśmiechem. Odpowiedział mi tym samym.
- Niespodzianka – i puścił mi oczko.
Usłyszałam cichy sygnał, informujący dojazd windy do końca zaplanowanej trasy. Rozsuwane drzwi otworzyły się bezszelestnie, ukazując pusty, oświetlony ściennymi lampkami hall hotelu. Po raz kolejny dzisiaj ciągnięta wyszłam z windy.  Mężczyźnie chyba zależało na czasie, bo bez zbędnych ceregieli wziął mnie na ręce i szybkim krokiem skierował się do wyjścia. Podniosłam brwi, a ten tylko uśmiechnął się i dalej brnął przed siebie. Kopniakiem otworzył drzwi wyjściowe i wyszedł na zewnątrz. Natychmiast uderzył w nas chłód nocy. Zimny wiatr targał za włosy i docierał wszędzie. Zadrżałam, tym razem z zimna.
Nadal byłam w pidżamie.
Porywacz chyba poczuł, jak dygoczę w jego ramionach, więc przyspieszył kroku i przycisnął mnie mocniej do siebie.
Drżałam na całym ciele. Na dworze niecałe dziesięć stopni, a ja nie mam nawet długiego rękawa. Cienka pidżama to naprawdę nie jest dobry pomysł na tak chłodną noc. Mimo woli trzęsłam się jeszcze bardziej, zęby szczękały, a na skórze pojawiła się gęsia skórka.
Wreszcie dotarliśmy do celu. Mężczyzna postawił mnie na ziemi, a sam wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył samochód. Nie byłam wstanie postąpić ani kroku, stałam tam więc i zamieniałam się w żywy sopel lodu. Porywacz otworzył drzwi samochodu od strony pasażera i spojrzał na mnie zachęcająco.
Nie myślałam wtedy o tym, że jestem porywana jako zakładniczka.
Nie myślałam wtedy o tym, że wsiadam do wozu obcego człowieka.
Nie myślałam wtedy o tym, że może mnie on wywieźć nie wiadomo gdzie.
Nie myślałam wtedy o tym, jak strasznie się boję.
Myślałam tylko, jak strasznie mi zimno.
Mój nocny „gość” przyglądał mi się z troską i niepokojem. Delikatnie pociągnął mnie za rękę i pomógł usadowić się w samochodzie. Zapiął mi pas i zamknął drzwi z lekkim trzaskiem. Potem obszedł samochód dookoła i usiadł za kierownicą. Przekręcił kluczyk w stacyjce, a silnik zamruczał, niczym wyspany kocur. Ruszyliśmy.
Podciągnęłam nogi pod brodę i objęłam kolana drżącymi rękoma. Skuliłam się najmocniej jak umiałam i starałam się nie myśleć o zimnie. Zacisnęłam oczy. Po chwili poczułam coś miękkiego na ramionach. Otworzyłam ślepia  - mężczyzna przykrywał mnie grubym, fioletowym, ciepłym kocem. Wtuliłam się w niego i od razu było mi cieplej. Uśmiechnęłam się lekko.
- Lepiej trochę? – usłyszałam cichy głos. Odwróciłam głowę w lewo i spojrzałam na porywacza. Lustrował mnie wzrokiem z wyraźnym lękiem, jeśli mogę to tak nazwać.
Pokiwałam głowo i ziewnęłam szeroko.
- Do szczęścia potrzebuję jeszcze tylko kubek gorącej czekolady i jakiś dobry film.
Chłopak (nie będę go dłużej postarzać) zaśmiał się głośno i pokręcił głową, szczerząc się do przedniej szyby.
- Nie przedstawiłem się. Jestem Aleks. A Ty? – rzucił mi krótkie spojrzenie.
- Mary… -  powiedziałam cicho – jeszcze – dodałam po chwili.
- Czemu jeszcze? – zmarszczył brwi.
Westchnęłam cicho, czując jak kleją mi się powieki.
- Jutro – ziewnęłam ponownie i oparłam głowę o nagłówek. Zamknęłam oczy i udałam się do krainy snów.

*    *    *
Siemka. ; *
Sama nie wiem, czemu tak szybko dodaję kolejny rozdział. Jakoś mnie natchnęło i napisałam to tutaj. ^
Ach, co ja Wam mogę jeszcze powiedzieć, hmm. Ogólnie rozdział wydaje mi się całkiem niezły pod względem technicznym, mimo takiej długości, ale starałam się. x ) Ocenę treści pozostawiam Wam, jeśli ktokolwiek to czyta. Nie będę Was prosić o komentarze, bo piszę dla siebie. Bo chcę być w tym coraz lepsza. Bo naprawdę to uwielbiam. Jasne, komentarze są bardzo miłe i na ich widok człowiek dostaje szczękościsku, ale nie o to w tym chodzi. A przynajmniej nie mnie. Jeśli chcecie, piszcie, jeśli nie, to nie i tyle. Ja też czasem najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty pisać komentarza, bo robię to na siłę. I świat się nie zawala. ; )
Wybaczcie to powyżej, wena Fiona chyba już mnie opuściła.
Pozdrawiam Was wszystkich, Stokrotki. ♥
~ ruda mycha (wcz. green daisy)
(>*-*)>

środa, 20 marca 2013

Rozdział 8.


Taksówka zatrzymała się przed moim domem. Zapłaciłam kierowcy i skierowałam się w stronę furtki. Serce biło mi jak szalone. Stanęłam przed białymi drzwiami i wzięłam kilka głębszych oddechów.
Raz kozie śmierć.
Przymknęłam oczy i trzęsącą się ręką nacisnęłam klamkę. Weszłam do środka, a drzwi zamknęły się za mną z charakterystycznym skrzypieniem. Zdjęłam moje ulubione trampki i na bosaka przeszłam do salonu. Było tu przestronne pomieszczenia o ścianach w brązowe i beżowe paski, śnieżnobiałym suficie i podłodze z jasnego drewna. Naprzeciwko wejścia znajdowały się otwarte przeszklone drzwi na taras. Po lewej w narożniku znajdował się kominek, a po przeciwnej stronie stał wysoki regał z wypełnionymi ramkami ze zdjęciami pólkami. Obok – duża, brązowa, skórzana kanapa i dwa fotele o tym samym, czekoladowym obiciu.  Przed nimi niewielki stolik do kawy z ciemnego drewna. Na ścianie naprzeciwko wisiał telewizor,  pod nim stała wieża stereo, a po obu jej stronach – głośniki.
- Mary… jesteś… - ciemnowłosa kobieta, którą kiedyś nazywałam „mamą” , siedząca na wspomnianej wyżej kanapie obok blondwłosego mężczyzny, spoglądała na mnie niepewnie.
Boi się? Mnie?!
- Muszę Wam coś powiedzieć – pewnym siebie głosem odpowiedziałam na jej wahanie i lęk przed nieznanym. Stanęłam przed nimi i założyłam ręce na piersi. Czułam, jak odwaga mnie opuszcza, a jej miejsce zastępuje strach.
No, dalej. Przecież kiedyś muszę im to powiedzieć.
- Postanowiłam…  - że się wyprowadzam. W myślach to nic trudnego, czyż nie? Dobra, jeszcze raz.
Nerwowo przygryzłam wargę i spuściłam wzrok.
- Przeprowadzam się do Krakowa. – powiedziałam to. Bardzo cicho, wręcz niedosłyszalnie, ale jednak. Palce zacisnęłam na ramionach, żeby nie było widać, jak bardzo trzęsą mi się ręce. Rzuciłam moim byłym rodzicom spojrzenie spod rzęs. Oni… śmiali się?
- Żartujesz, prawda? – w ich oczach dostrzegłam rozbawienie. Jednak już po sekundzie, gdy wyraz mojej twarzy się nie zmienił, ono zniknęło.
- Ale dlaczego?
Serio? Po raz kolejny muszę to wszystko tłumaczyć?
Westchnęłam. Usiadłam na fotelu naprzeciwko dwojga wpatrujących się we mnie dorosłych. Wzięłam głęboki wdech i przyglądałam się swoim lekko drżącym palcom.
- Marcin wyjechał, chociaż wcale nie musiał, bo mnie zdradził. W tym roku kończę gimnazjum, a w Krakowie jest najlepsza aktorska szkoła średnia.  A teraz dowiedziałam się - posłałam im wymowne spojrzenie –  że mam innych rodziców. Więc zasadniczo nic mnie tutaj nie trzyma. Ostatniego dnia roku szkolnego wsiadam w pociąg i wyjeżdżam.
- Ale jak to? Przecież  my… Ola...
- WY – przerwałam „mamie” – nie jesteście moją rodziną. 
- Ale…  - spoglądali to na siebie nawzajem, to na mnie.
- Jadę i koniec. Chciałam tylko, żebyście wiedzieli.
Wstałam z fotela i skierowałam się do wyjścia z salonu. W progu odwróciłam się jeszcze i spojrzałam na nich po raz ostatni.
- Zamieszkam w hotelu. Kiedy skończę 16 lat nie będę już pod waszą opieką. Jestem dorosła. Potrafię być odpowiedzialna.
Poszłam do hallu, założyłam buty i wyszłam z domu. Ruszyłam chodnikiem.
Na niebie zbierały się gęste chmury, wiał silny, ciepły wiatr. Na ulicy ruch był niewielki. Tu i tam jechało/ szło/ biegło kilka osób,  samochody można by policzyć na palcach jednej ręki.  Ptaki zamilkły, z daleka dobiegało odbijane echem szczekanie psów. Wybijałam stopami spokojny, cichy rytm. Po krótkim marszu doszłam do przystanku autobusowego. Niedługo później nadjechał autobus. Wsiadłam do niego, a w uszy włożyłam słuchawki od mojego iPoda. Usiadłam w fotelu i wyglądałam przez zabrudzone zaschniętym błotem okna. Stąd świat wyglądał tak szaro i ponuro. Tak smutno.
Nie zauważyłam nawet, kiedy ktoś usiadł na miejscu obok.  Dopiero po chwili zdałam sobie z tego sprawę, ale nic sobie z tego nie robiłam.
Skupiona na widoku za szybą i muzyce brzmiącej w uszach straciłam poczucie czasu. Kiedy wróciłam do rzeczywistości, TA osoba nadal siedziała koło mnie. Była to wyższa ode mnie, przygarbiona postać, w ciemnoszarej bluzie z kapturem na głowie i czarnych dresowych spodniach. Nic więcej nie mogę o tym kimś powiedzieć, jednak odniosłam wrażenie, że skądś znam tego „dresa”. Ale skąd?
Dojechałam do końca pętli. Wysiadłam z autobusu i rozglądałam się za jakimś rozkładem jazdy. Po chwili znalazłam go; udało mi się zorientować, jak dojechać do hotelu. Wróciłam na przystanek i czekałam za tramwajem, gdy po raz kolejny w tym tygodniu poczułam mrowienie na karku. Dyskretnie rozejrzałam się dookoła.  Po drugiej stronie ulicy dostrzegłam TĄ osobę. Stała, lekko schowana za słupem elektrycznym, i przyglądała mi się! Ze strachem czekałam na tramwaj. Te kilka minut okropnie dłużyły się, jak podczas najnudniejszej lekcji. Wsiadłam do mojego wybawiciela. Przed odjazdem rzuciłam ostatnie spojrzenie na przystanek. Ale TEJ osoby już nie było…

*    *    *
Witam moje Słoneczka. ♥
Dzisiaj sama robię sobie imieninowy prezent, bo jakoś nikt - nie wliczając mojej rodziny - nie pamiętał o moim święcie. No, ale cóż. Nie pierwszy, nie ostatni raz. ; )
Wiecie co? Przeczytałam dzisiaj te wszystkie siedem rozdziałów i stwierdziłam, że historia jest tak banalna, nudna, dziecinna i żałosna, że nie wierzę, że ja ją wymyśliłam. Doszłam do wniosku, że jeśli już po siedmiu częściach opowiadania fabuła wydaje mi się tak słaba jak ta, to z moimi opowiadaniami będzie kiepsko. Mój problem chyba polega na tym, że najpierw skaczę, a dopiero potem myślę. Z tym blogiem to naprawdę był jakiś odpał, chociaż cieszę się, że mimo wszystko ciągnę to opowiadanie. Wreszcie mam pomysł na tę historię... To znaczy na następny rozdział. ; ) Polecam film "Buntownik z wyboru", zastępstwo z polonistką i pisanie rozdziału. Połączenie idealne. Mi wyszło na dobre... Chyba. ; )
Tak w ogóle to ostatnio przyszedł mi do głowy pomysł na nowego bloga. Jeśli kiedykolwiek go zacznę, to najwcześniej w maju, albo w wakacje, o ile coś takiego powstanie. Ale nie będę zdradzać. Przynajmniej jeszcze nie teraz. ; )
W zakładce SPAM możecie reklamować swoje blogi. Od razu uprzedzam, że jako pierwsze odwiedzę te, które będą jakoś streszczone/opisane, w następnej kolejności linki do nich. Może to trochę nie fair, ale nie mam 24 godzin na dobę na czytanie blogów. Musicie mnie jakoś do tego zachęcić. ; )
Pozdrawiam Was serdecznie, Stokrotki, i zachęcam do wyrażania szczerej opinii. ; ) xx
(>*-*)> (kocham tego potworka *.* ♥)

czwartek, 7 marca 2013

Rozdział 7.


Wyobraź sobie taką sytuację:
*
Dowiadujesz się, że Twój chłopak zdradzał Cię z inną.
*
Planujesz wyprowadzkę.
*
Twojej rodziny nie ma w domu.
*
Czeka Cię poważna rozmowa z rodzicami na temat wyjazdu (którzy - chcąc, nie chcąc - nadal są Twoimi opiekunami).
*
I nagle...

Dowiadujesz się pewnej rzeczy.
*
Nie, Twoi rodzice nie zginęli w katastrofie lotniczej.
*
Teraz wszystko staje się jasne.
Dlaczego rodzice opóźnili swój powrót.
Dlaczego zawsze wydawało Ci się, że oni nigdy Cię nie rozumieli.
Dlaczego nie masz zdjęć żadnych z dzieciństwa.
Dlaczego zawsze byłaś inna.
*
Bo Ty, jak właśnie się dowiedziałaś, zostałaś....

ADOPTOWANA.

Wow, lekki szok, czyż nie? Po szesnastu latach wychowywania przez praktycznie obcą rodzinę, dowiadujesz się, że ona nią nie jest.
Niemożliwe? A jednak.

Co teraz czujesz?
*
Niedowierzanie? Zdumienie? Rozczarowanie? Może złość?
*
I pewnie zadajesz dużo pytań.
*
Dlaczego dopiero teraz ci o tym mówią? Czy Twoi biologiczni (ugh, co za wstrętne słowo) rodzice żyją? Gdzie są? Kim są? Dlaczego oddali Cię do adopcji? I tak dalej, i tak dalej.
*
Wyobraziłeś/wyobraziłaś sobie tą sytuację?
*
To pięknie. Teraz wróć do rzeczywistości i ciesz się, że to nie Twoja historia.
*
To jest MOJA historią.
To JA zostałam ADOPTOWANA.



Niby o tym jakże zaskakującym  fakcie dowiedziałam się już kilka godzin temu, ale ciągle to do mnie nie dociera. Po prostu jest to dla mnie nierealne.
Dlaczego to wszystko nie może okazać się strasznym koszmarem, z którego po prostu nie mogę się wybudzić? Dlaczego teraz? Dlaczego ja?
Miałam się wyprowadzić. Miałam zacząć wszystko zera. I nagle wszystko zaczyna się walić.
Boże, za co? Dlaczego?

Wyszukałam numeru Pawła i połączyłam się. Po drugim sygnale odebrał.
- No, cześć, Mary? Co tam?
- Cześć, Paweł. - nikły uśmiech mimowolnie wkradł się na moją twarz - Możemy się spotkać?
- Jestem do twojej dyspozycji. - odpowiedział bez wahania - Gdzie, kiedy?
Zastanowiłam się chwilę.
- "ChocoCafe" za pół godziny?
- To do zobaczenia. - dodał jeszcze i przerwał połączenie.
Starałam się już nie myśleć o czekającym mnie spotkaniu, bo zaczęłabym samą siebie przekonywać, że to nie jest dobry pomysł. Spakowałam do torebki najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam z pokoju (byłam w domu). Zbiegłam po schodach, przy drzwiach zmieniłam obuwie, krzyknęłam 'Wychodzę!" i już mnie nie było. Wsiadłam do zamówionej wcześniej taksówki i dojechałam na umówione miejsce niecałe 10 minut przed czasem. Po uregulowaniu rachunku z kierowcą, skierowałam się w stronę kawiarni. Usiadłam przy moim "stałym" stole i zamówiłam - jak zwykle - gorącą czekoladę. Po chwili otrzymałam swoje zamówienie. Paweł zjawił się po dosłownie minucie. Widziałam przez okno, jak szedł od strony hotelu, a wiatr rozwiewał luźne rękawy jego koszuli. Wreszcie dotarł do drzwi i wszedł do budynku. Szybko odszukał mnie wzrokiem i z uśmiechem na ustach podszedł do mojego stolika.
- Heeej - powiedziałam przeciągle, wyginając usta w nieco sztucznym uśmiechu.
Szatyn bez słowa zajął miejsce naprzeciwko mnie i przyglądał mi się badawczym wzrokiem.
- Stało się coś, prawda? - po kilkunastu sekundach zdecydował się przerwać ciszę - Potrzebujesz słuchacza?
Aż tak to widać?
- Oj, tak. - ten uśmiech już z pewnością był szczery.
- Zatem zamieniam się w słuch. - Paweł oparł łokcie na blacie, brodę na dłoniach, a ja zaczęłam swoją opowieść.
*
-... i tak to w skrócie wygląda. - westchnęłam.
Tak, powiedziałam mu o wszystkim. O Marcinie, o przeprowadzce, o adopcji. Całą historię od samego początku aż do obecnej chwili, w której przyglądam mu się w oczekiwaniu na jakąś reakcje. Może to trochę dziwne, że zwierzam się prawie obcemu człowiekowi. Ale musiałam się wygadać.
Paweł zachował kamienną twarz, ale jego oczy zdradzały wszystko. To znaczy może nie wszystko, ale wiedziałam na pewno, że moja historia nie jest mu obojętna. Nie umiem czytać z oczu, ale wiem, że przewinęło się w nich wiele uczuć. Biła z nich przede wszystkim troska. I... podziw? Tego ostatniego nie byłam pewna.
- Wow... nie wiem, co powiedzieć. - wydusił po dłuższej przerwie. Z trudem sklejał zdania. Ale nie dziwię mu się.  Skąd ja to znam.
Uśmiechnęłam się smutno. Szatyn usilnie szukał jakichś słów pocieszenia i wsparcia, ale bezskutecznie. A przynajmniej tak to wyglądało.
- Przepraszam, że musiałeś tego wszystkiego słuchać. Ale wiesz... Musiałam to komuś powiedzieć. To mnie tak... cisnęło od środka, rozumiesz.
Pokiwał głową, jednocześnie kręcąc nią lekko [niby niemożliwe, ale chyba potraficie to sobie wyobrazić :)- przyp. autorki], jakby z niedowierzaniem. Widocznie nadal był w lekkim szoku po mojej opowieści.
- Jezu, wiesz... Ciężko mi w to uwierzyć... Na twoim miejscu tu chyba bym się z mostu rzucił. - stwierdził dyplomatycznie.
- Nie, no, dzięki. - z rozbawieniem patrzyłam, jak dociera do niego sens wypowiedzianych przed chwilą słów.
- To nie miało tak zabrzmieć... Serio. Sorry, nie to miałem na myśli.
- Nie ma sprawy, spoko. - mój dobry humor momentalnie się ulotnił. - Dzięki, że mnie wysłuchałeś.
- Hej, to naprawdę nic wielkiego. - przesiadł się na krzesło obok mnie i objął ramieniem. Lekko przytulił mnie do siebie i pocieszająco klepał po placach.
Nagle pod powiekami poczułam łzy, które następnie  spłynęły po mojej twarzy.
Jeszcze chwilę trwaliśmy w uścisku. Wreszcie, gdy zapanowałam nad oczami i wypływającą z nich cieczą, odsunęłam się od niego i wymusiłam uśmiech. Paweł odwzajemnił go i gestem przywołał kelnerkę. Zapłacił za nasze zamówienia i wyszliśmy z kawiarni. Skierowaliśmy się w stronę jego hotelu. Całą drogę przebyliśmy w ciszy. Szliśmy jakiś kwadrans, napawając się słodkim zapachem bzów i azalii. Wreszcie dotarliśmy do celu. Staliśmy chwilę przed wejściem do hallu, naprzeciwko siebie.
To było nasze ostatnie spotkanie - Paweł jutro wyjeżdża.
Wyciągnęłam do niego rękę i uśmiechnęłam się - lekko, ale szczerze.
- Do widzenia Panu.
- Do zobaczenia. - poprawił mnie z uśmiechem. - Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
Prychnęłam lekko.
- Sam się będziesz o to prosił.
- Zobaczymy. - puścił moją dłoń. Za moimi plecami usłyszałam klakson samochodu. Taxi...- Ja lecę. - ostatni smile i odwrót na pięcie. Otwierając drzwi do taksówki, obejrzałam się jeszcze raz, ale Pawła już nie było. Wsiadłam do auta i podałam kierowcy adres mojego (jeszcze) domu.
Teraz czeka mnie o wiele mniej przyjemna rozmowa.


*    *    *

Oj, powinniście mnie zdrowo opie*rzyć. Cały czas odkładam w czasie tą rozmowę Mary z rodzicami, ale po prostu nie wiem, jak miałaby ona wyglądać. Nie potrafię myśleć "po dorosłemu". Przepraszam, sama jestem na siebie zła. Myślę, że w następnym rozdziale już będzie.
Pozdrawiam cieplutko i słodkich snów. xx ♥
~ green daisy

PS Hehe, a ja już mam weekend. :D