Trzeba to przyznać - zdecydowanie nie był nieśmiałą lub pokorną osobą. Nie jestem jakaś mega otwarta, ale potrafię grać duszę towarzystwa. Kiedyś na jakimś badaniu psychologicznym dowiedziałam się, że łatwo nawiązuję kontakt z innymi ludźmi. Co ciekawe, wystarczyło tylko patrzenie w oczy.
Tak czy owak czasami żałowałam, że nie jestem nieśmiała. Zawsze mówiłam to, co myślałam, bez owijania w bawełnę, przez co traciłam wielu znajomych. Miałam kilku przyjaciół, ale nigdy nie byłam popularna. A teraz...
Odkąd jesteśmy z Marcinem razem, zaraz otoczyło mnie grono jego "kumpli" i ich "lasek". To strasznie irytujące. Ja, przywykła do niewielkiego grona znajomych, stałam się obiektem zainteresowania wszystkich wokół. A to tylko dlatego, że chodzę z kapitanem szkolnej drużyny koszykówki.'
Najgorsze jest to, że kiedy znaleźliśmy się wśród znajomych Marcina, chłopak jakby przestał mnie zauważać. Nie patrzył już na mnie z tym ciepłym uśmiechem, z iskierkami w oczach, tylko śmiał się głośno śmiechem wywołującym dreszcze. Oczywiście, gdy byliśmy już sami, wszystko wracało do wcześniejszego stanu. Nie byłam na niego zła, bo widziałam (a przynajmniej tak mi się wydawało), że jego uczucie względem mnie nie słabnie. Tylko przy tych swoich "kumplach" stawał się zupełnie inny, a ja nie wiedziałam dlaczego.
Tak przeminęły dwa miesiące szkoły. Nagle z lutego zrobił się kwiecień, a razem z nim coraz bliżej egzaminy. Można powiedzieć, że uczę się lepiej, niż większość moich rówieśników (gwoli ścisłości - druga średnia w szkole). Nie bałam się, że źle mi pójdzie, myślałam z optymizmem o dalszej nauce w liceum, nie czułam strachu. Byłam beztroska i pełna energii. Martwiła mnie tylko jedna rzecz... O co chodzi z tymi kumplami Marcina?
Musiałam to jak najszybciej wyjaśnić, już i tak za długo zwlekałam. Przez te dwa miesiące nie zrobiłam w kwestii "zmiana Marcina" najmniejszego kroczku do przodu. Nie ma na co czekać, i tak i tak będę musiała z nim porozmawiać.
Siedzę przy oknie w moim pokoju, jest sobota. Kwiecień kwitnie - słońce świeci na błękitnym, bezchmurnym niebie, delikatny wiatr porusza gałązkami cienkich brzóz rosnących w ogrodzie. Opieram głowę o dłonie i wyczekująco patrzę w kierunku furtki. Marcin powinien przybyć lada moment.
Moje rozmyślania przerywa brzęczenie telefony. Podnoszę się z pufy, podchodzę do biurka i sięgam po komórkę.
Od: Marcin
Treść: Czekam w parku.
No tak, standard. Już nie raz w ostatnim momencie zmieniał miejsce spotkania. Chociaż gdyby się tak zastanowić to nawet będzie mi to na rękę. Wyszłam tak, jak stałam - rozczochrane włosy, przetarte na kolanach wąskie jeansy, zwykły brązowy sweter. Wsunęłam tylko czarne trampki na stopy i wyszłam z pustego domu, zakluczając za sobą drzwi. Niespiesznie szłam chodnikiem, wdychając świeże powietrze, i nuciłam jakąś wymyśloną melodię. Dzień był taki piękny, nie było powodu przedwcześnie psuć sobie humoru. Doszłam do parku w niecałe pięć minut - był rzut beretem od mojego domu. Poszłam doskonale znaną mi już trasą (mimo mojej jakże perfekcyjnie rozwiniętej orientacji w terenie) do NASZEJ ławki. Marcin już na mnie czekał. Gdy tylko mnie zobaczył, poderwał się z miejsca i uśmiechnął czule. Podszedł do mnie i pocałował delikatnie w policzek. Zaczerwieniłam się i odwzajemniłam uśmiech. Pociągnął mnie za rękę do ławki i usiedliśmy obok siebie. Zapadła między nami krótka, pełna oczekiwania cisza. "To przecież ty chciałaś rozmawiać" zganiałam siebie w myślach. "No powiedz coś wreszcie, geniuszu."
- Muszę cię o coś spytać - wydusiłam z siebie po długiej ciszy, patrząc z niego zza zasłony opadających na twarz włosów. W odpowiedzi Marcin uśmiechnął się tylko, jakby dając mi pozwolenie na zadanie tego pytania. Odetchnęłam głęboko i zaczęłam niepewnie:
- Bo jest taka sprawa... Chodzi mi o to, że... Kiedy jesteśmy... A... Yym... - zacięłam się i nie powiedziałam już nic. Marcin patrzył na mnie z niekrytym rozbawieniem i... czułością?
- Tak, tak, wszystko rozumiem. Przypomnij mi tylko, o czym rozmawialiśmy?
"Nie pomagasz mi." Byłam spięta i on to czuł, dlatego próbował jakoś rozładować atmosferę. Jednak nie dawałam mu na to możliwości. No cóż, ze mną nie ma tak lekko.
"Dobra, weź się w garść."
- Chodzi o to, że...- jest piękny wstęp, może przejdziemy do rzeczy - jak jesteś z kumplami... - uchylamy rąbka tajemnicy, teraz kurtyna w górę - zachowujesz się jakoś... - już chciałam powiedzieć "dziwnie", ale ugryzłam się w język - ...inaczej, niż jak jesteś ze mną. I ja nie wiem dlaczego. - podniosłam oczy, dotąd uważnie śledzące wzorki na chodniku, i przygryzłam wargę. Marcin wydawał się być zaskoczony. "Nie spodziewał się, że wystrzelę z czymś takim."
- To przyzwyczajenie - odparł jakby bez namysłu, a zdziwienie w ułamku sekundy zniknęło z jego twarzy - Wiesz, znam ich trochę dłużej niż ciebie, przywykłem do nich.
Powiedział to tak jakoś... jak nie on. Kurczę, o co w tym wszystkim chodzi.
"Już nic nie rozumiem."
- OK. - uśmiechnęłam się sztucznie, jednak wcale nie czuła się lepiej. - Wiesz co, ja będę lecieć, trzeba by było trochę pouczyć się do tych egzaminów. -"Brawo, Mary. Fantastyczna, doprawdy wspaniała wymówka." Marcin od razu wiedział, że ściemniam, ale nie ciągnął tematu. Pożegnał mnie tylko całusem w czubek głowy i odszedł w swoją stronę. Czułam się jakaś taka... pusta. Jakaś cząstka mnie nagle niepostrzeżenie oderwała się i uciekła z mojej podświadomości. Nie wiedziałam, co takiego straciłam, ale było mi bez tego "czegoś" bardzo samotnie. Ruszyłam powoli, oglądając chodnik pod moimi stopami. Wcisnęłam ręce w kieszenie i szłam, nie zwracając na nic uwagi. Miałam szczęście, że na mojej drodze nie rosło żadne drzewo.
Doszłam do domu, mechanicznie otworzyłam drzwi i przeszłam korytarz i schody, nie do końca świadoma swoich czynów. Znalazłam się w swoim pokoju. Zaczęłam rozmyślać. Pogrążałam się w marzeniach, z każdą chwilą coraz bardziej się zagłębiałam.
Nie wiedząc kiedy, usnęłam. Obudził mnie nagły podmuch wiatru - na dworze... szalała burza. Ze zdziwienia szeroko otworzyłam oczy.
"A przecież ten dzień zapowiadał się tak pięknie" pomyślałam z żalem. Nagle usłyszałam brzęk telefonu. "To jakieś déjà vu czy co?" Sięgnęłam po komórkę (znowu) i odczytałam treść wiadomości:
Od: Marcin
Treść: Musimy się spotkać. Za 5 minut pod Twoim domem.
Uniosłam jedną brew ze zdziwienia.
"No, no. Tego się nie spodziewałam."
Podniosłam się leniwie z wyrka i przeciągnęłam, ziewając jak niedźwiedź po półrocznym śnie. Nie miałam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek spotkania, ale już niech mu będzie.
Poszłam na korytarz, włożyłam swoje fioletowo-czarne kalosze i wyjęłam parasol z szafy. Gdy tylko otworzyłam drzwi wejściowe, zadrżałam z zimna od przeszywającego na wskroś wiatru. Kuląc głowę w ramionach, przeciwstawiłam się wiatrowi i wyszłam na zewnątrz. Spojrzałam na furtkę, ale chłopaka jeszcze nie było. Zakluczyłam drzwi, zbiegłam po schodach i dopadłam furtki. Zamknęła się za mną z lekkim jękiem. Stałam bezradnie na chodniku i rozglądałam się na wszystkie strony.
"Albo pomyliły mu się cyferki, albo to jakiś głupi żart." zastanawiałam się "Tylko o co w tym wszystkim chodzi?"
Z każdą chwilą miałam coraz więcej wątpliwości i pytań. Po 10 minutach czekania, jak gdyby nigdy nic, ruszyłam chodnikiem w stronę parku.
"Skoro już wyszłam, to nie będę marnować czasu na czekanie."
Po chwili znalazłam się przed bramą wejściową. Szłam powoli alejkami, wiatr - tłumiony trochę przez drzewa - plątał mi włosy, z zielonych liści dębów spadały pojedyncze krople deszczu i przyjemnie ochładzały moją twarz. Po krótkim spacerze doszłam do "mojego drzewa". Był to piękny, rozrośnięty dąb, rosnący w zapomnianej części parku, jak na ten gatunek bardzo nietypowo zbudowany. Przy samej ziemi konar rozwidlał się na dwa mniejsze, które - nie mam pojęcia, jakim cudem - splatały się ze sobą i były połączone przez dwa metry, a następnie rozłączały sie i tworzyły własne korony.
Piękny okaz. Od zawsze uwielbiałam rośliny, sama hodowałam wiele gatunków małych roślin, w ogrodzie miałam pełno drzew i krzewów różnej wielkości, maści i gatunku. Ten dąb był jednak najpiękniejszym drzewem, jakie kiedykolwiek widziałam.
Obeszłam drzewo dookoła i usiadłam pomiędzy wystającymi z ziemi korzeniami, opierając się plecami o pień. Było cicho... Zbyt cicho.
Coś w mojej głowie, jakiś cichutki głosik, radził mi, żebym jak najszybciej stamtąd poszła. Szybko podniosłam się z miejsca i wróciłam na ścieżką, którą doszłam do drzewa. Wyszłam, prawie wybiegłam, z parku i odetchnęłam z ulgą. Jak się jednak okazało, przedwcześnie. Przez całą drogę do domu czułam na sobie czyjeś spojrzenie. Ktoś mnie śledził! Z sercem na ramieniu dotarłam do domu. Tam czekał na mnie... Marcin?! Wybałuszyłam oczy.
"Przecież zakluczyłam drzwi. Więc jak...?"
- Wszedłem tylnym wyjściem. - odpowiedział na moje niezadane pytanie. Zmarszczyłam brwi, z trudem przyswajając nową informację. Byłam taka... spowolniona.
- Musimy porozmawiać - odezwał się po chwili ciszy. Te słowa nigdy w niczyich ustach nie zwiastowały nic dobrego. Gestem poprosił mnie, żebym usiadła obok niego na kanapie. Podeszłam tam na trzęsących się nogach i, z mocno bijącym sercem, usiadłam. Po raz kolejny w dniu dzisiejszym zapadła cisza. Atmosfera była tak gęsta, że można było kroić ją nożem.
"Coś musi przerwać tą ciszę" myślałam, łamiąc sobie palce.
- Wyjeżdżam - jedno słowo. Jedno wyszeptane proste słowo. Jedno słowo, które sprawiło, że oczy wyszły mi z orbit, serce na chwilę stanęło, a żołądek podszedł do gardła.
Co on powiedział?! Że WYJEŻDŻA?!
- Jutro rano mam samolot do Los Angeles. Dowiedziałem się godzinę temu. - próbował się usprawiedliwiać, ale ja już go nie słuchałam. Los Angeles? LOS ANGELES?!
- Ziemia do Mary! Halo, jesteś tam? - Marcin pomachał mi dłonią przed oczami. Zamrugałam odruchowo. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że wyjeżdża. Do LOS ANGELES!
- Wiem, że to może być dla ciebie trochę szokujące, ale...
- Trochę szokujące?! - wybuchnęłam, przerywając mu w pół słowa. - Marcin, przed chwilą się dowiedziałam, że mój chłopak wyjeżdża do Stanów! I to na dzień przed odlotem! I ma to być dla mnie "trochę szokujące"?! Nie zdążę nawet przyswoić tej wiadomości, a co dopiero zaakceptować, bo lot masz już jutro. Ja... nie wiem, co mam o tym myśleć...
Oparłam łokcie o kolana i wplotłam palce we włosy. W głowie cały czas słyszałam tylko to jedno słowo, odbijające się echem od ścian mojego pustego mózgu: "wyjeżdżam... wyjeżdżam... wyjeżdżam..."
Po chwili nadpłynęło też pytanie: "A co z nami?"
I zaraz potem krótka odpowiedź: "To koniec."
- To koniec - po okropnie długiej ciszy powiedziałam te straszne słowa. - Koniec z "nami".
Marcin spojrzał na mnie, w jego oczach widziałam smutek i coś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać.
- Może lepiej już idź - ostatkiem sił powstrzymywałam łzy. Chłopak pokiwał delikatnie głową i bez słowa udał się do wyjścia. Ja nie ruszałam się z miejsca. Marcin już otwierał drzwi, gdy nagle odwrócił się w progu i powiedział cicho:
- Zapomnij o mnie.
Wytrzeszczyłam oczy. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Marcin tylko patrzył na mnie, kiwając leciutko głową. Postał jeszcze chwilę, a potem... po prostu odszedł.
Ja siedziałam na kanapie jak sparaliżowana i nie mogłam się ruszyć. A łzy za nic nie chciały przestać płynąć.
Wiem, wiem - strasznie długi. Obiecuję, poprawię się.
Czytam to opowiadanie i czytam, bo mnie w ciąga, ale nie wiem o czym jest. Na serio. O tobie, o jakiejś dziewczynie nie wiem. Ale podoba mi się
OdpowiedzUsuńMasz rację, nie zamieściłam żadnych informacji o blogu, co jest spowodowane brakiem czasu. Nadrobiłam to, mam nadzieję, że wystarczy.
UsuńDziękuję za wskazówkę i komentarz. ;)
Pozdrawiam. xx
Jeśli wszystkie rozdziały pozostaną utrzymane w takim klimacie i stylu, to będę czytała do ostatniej linijki, która zostanie opublikowana na tym blogu. A jeśli znajdziesz trochę wolnego czasu to zapraszam na: http://you-love-me-and-i-love-you.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńOczywiście, już wchodzę na Twojego bloga. ;)
UsuńTo jest szantaż? Hahah. ;) Postaram się pisać najlepiej, jak potrafię, to jedynie mogę obiecać. ;)
Dziękuję za te miłe słowa i że wgl poświęciłaś czas na czytanie. ;)
Pozdrawiam. xx