"Masz 27 nieodebranych połączeń od: Marcin" powiedziała metalicznym, sztucznym głosem (czyt. jak robot) sekretarka poczty głosowej.
"Masz 8 nieodebranych wiadomości od: Mar..."
- Spierdalaj! - wrzasnęłam, z całej siły ciskając telefonem w podłogę. Komórka rozpadła się na kilka części, a ja nie musiałam już słuchać tego denerwującego głosu. Siedziałam na brzegu łóżka i, wściekła, szarpałam rozpuszczone, mokre włosy, starając się zahamować napływające łzy. Zaciskałam zęby, powstrzymując się od wykrzyczenia paru soczystych słów lub, co gorsza, ponownego wybuchnięcia płaczem.
Od rozmowy z Baku minęły cztery dni, jutro piątek i tym samym - powrót ukochanej rodzinki. A ja nadal nie potrafiłam kontrolować swoich zachowań. Wystarczyła jedna myśl o... wiecie kim (i nie mam tu na myśli Lorda Voldemorta (jak mogłaś wymówić to imię?!(nie wymówiłam, tylko napisałam, geniuszu (ano tak, zwracam honor (jaki honor?(tak się mówi (aa, ok. :D))))))*, a w oczach pojawiały się łzy wściekłości. Jako już prawie szesnastolatka, którą przecież jestem, powinnam przestać zachowywać się jak smarkacz i odebrać ten telefon, pozwolić Marcinowi skontaktować się ze mną. Ale nie myślałam racjonalnie. Emocje wzięły górę.
- Wiesz, że to nic nie da. - usłyszałam głos. I to nie był ten cichutki głos w mojej głowie.
Otworzyłam zaciśnięte wcześniej oczy i spojrzałam spod rzęs w kierunku drzwi. Po raz kolejny Baku widział, jak użalam się nad sobą. Niby byliśmy przyjaciółmi, ale ta jego ciągła troska onieśmielała mnie. Zachowywałam się jak rozpieszczony bachor, ale nie potrafiłam... Nie nie potrafiłam. Nie chciałam, po prostu nie chciałam inaczej. Wolałam całymi dniami beczeć niż przez tą jedną krótką chwilę porozmawiać z moim byłym chłopakiem. A Piotrek powoli wkurzał mnie swoją opiekuńczością. Chociaż ostatnio wszystko mnie wkurzało.
- Wiem - to nie był mój głos. Odchrząknęłam - Ale ja nie chcę inaczej.
Spuściłam wzrok i nerwowo bawiłam się nitką mojego swetra.
- Przynajmniej umiesz się do tego przyznać. Co nie zmienia faktu, że jesteś tchórzem.
Cóż, miał rację. Ale nie musiał mi o tym przypominać. Ze smutkiem wpatrywałam się w swoje kolana. "W takim razie może zamiast pocieszania dasz jakąś dobrą radę?"
- Baku, co ja mam zrobić?
Nie patrzyłam na niego, więc nie widziałam jego reakcji. I to chyba nawet lepiej.
- Ty dobrze wiesz, co.
Westchnęłam i bez słowa pozbierałam części mojego telefonu. Obudowa była trochę zniszczona, ekran na szczęście cały. Po złożeniu komórki włączyłam ją i w milczeniu czekałam, aż się uruchomi. Wpisałam kod PIN i zadzwoniłam na pocztę głosową. Najpierw chciałam odsłuchać wiadomości, może dowiem się z nich czegoś ważnego. Postępując zgodnie z poleceniami robota-sekretarki wpisałam kilka cyferek i już po chwili usłyszałam nieco zniekształcony głos Marcina: "Hej, Mary, tu Marcin. Dlaczego nie odbierasz, chcę porozmawiać. Odezwij się, proszę." "To znowu ja. Słońce, co się dzieje, martwię się. Proszę, oddzwoń." "Odbierz ten cholerny telefon i porozmawiaj ze mną!" to tylko trzy z ośmiu... już dziewięciu wiadomości. Odsłuchałam wszystkie z grobową miną. Wreszcie wyłączyłam pocztę i na chwilę odsunęłam komórkę od ucha. Baku stał w progu, opierając się o framugę drzwi i przyglądał mi się z tajemniczym uśmiechem (normalnie jak Mona Lisa :P). Nie wiem, co miał on wyrażać - zadowolenie? triumf? Nie przejmując się Piotrem ponownie skupiłam się na telefonie. W spisie kontaktów wyszukałam numer Marcina, odetchnęłam głęboko dla uspokojenia i połączyłam się. Przyłożyłam komórkę do ucha i wsłuchiwałam się w pojedyncze kilkusekundowe dźwięki. Po drugim sygnale usłyszałam to tak dobrze mi znane:
- Halo?
- Cześć, Marcin...
Jego reakcja była dość zaskakująca:
- Mary, to naprawdę ty? Dlaczego nie odbierałaś, dzwoniłem tyle razy. Myślałem, że coś się stało, bałem się o ciebie... - wsłuchiwałam się w jego melodyjny, miękki głos, a na moją twarz wypłynął lekki uśmiech. Jednak po chwili dotarła do mnie okrutna prawda.
- Marcin, wiesz co... - w tym momencie cieszyłam się, że nie muszę rozmawiać z nim w rzeczywistości - Przepraszam, że nie odbierałam. Wiele sobie przemyślałam i... musiałam z tobą porozmawiać. Wiem, że ten wyjazd nie był z twojej winy, więc...
- Wiesz, Mary... Nie do końca byłem z tobą szczery...
Wytrzeszczyłam oczy. "Czy to znaczy, że...?!"
- Tak naprawdę, to... - słyszałam jak cicho westchnął i po chwili kontynuował - o wyjeździe wiedziałem już dawno. Nie powiedziałem ci o nim, bo stchórzyłem, przyznaję się bez bicia. Ale nie to jest istotne. Sęk w tym, że nie musiałem lecieć do tego Los Angeles. Mogłem zostać w Polsce. Ale tam była też Wila...
Odebrało mi mowę. Siedziałam jak posąg z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami i wpatrywałam się w ścianę. Zapomniałam o wszystkim dookoła, o Piotrku stojącym w drzwiach, o telefonie, który wyślizgnął mi się z palców i spadł na podłogę, o oddychaniu. Wila... To teraz wszystko jasne.
Po dłuższej chwili ocknęłam się z odrętwienia i mrugnęłam kilka razy, by wrócić do rzeczywistości. Obok łóżka leżały części mojego telefony (biedny, już drugi raz dzisiaj oberwał, chociaż w niczym nie zawinił). Niczym maszyna po raz kolejny złożyłam komórkę. W głowie miałam pustkę.
- I? - na sam dźwięk tych słów podskoczyłam i natychmiast wyrwałam się z odrętwienia.
Spojrzała na Piotrka, uśmiechając się jak zła wiedźma z bajki o "Jasiu i Małgosi", której zawsze się bałam.
- Już wszystko wiem.
Nic nie czułam. Ani smutku, ani złości, ani żalu. Jakbym nie miała serca. Baku patrzył na mnie zdezorientowany. Na widok jego zmarszczonych brwi, pełnego troski spojrzenia i cienkiej kreski zamiast ust zaśmiałam się radośnie.
- Nie myśl tyle, bo myśliwym zostaniesz.
Piotrek już chyba nic nie rozumiał. Ja natomiast z całkowitym spokojem i luzem podeszłam do szafy, wyciągnęłam spod niej torbę podróżną i otworzyłam drewniane drzwi. Wybierałam różne ciuchy i wkładałam je spokojnie do torby. Po pięciu minutach zamknęłam do połowy opróżnioną szafę, podniosłam się z klęczek i podreptałam do biurka. Jak leci wyciągałam z jego szuflad wszystko, co uznałam za potrzebne: portfel, legitymację, ładowarkę i słuchawki do telefonu i iPoda, latarkę, kalendarz, zegarek, jakieś stare zdjęcia, ulubioną książkę, mały aparat fotograficzny, czysty zeszyt i piórnik. Wszystko to wsadziłam do mojej czarnej, skórzanej torebki. Sięgnęłam po zawsze spakowaną kosmetyczkę i włożyłam ją do torby. Byłam gotowa.
Rozejrzałam się po pokoju i jakież było moje zdziwienie, kiedy spostrzegłam, że na łóżku siedzi otępiały i zdezorientowany Piotrek i przygląda mi się.
- O, ty ciągle tu jesteś. Przykro mi, ale będę musiałam cię wyprosić.
Uśmiechnęłam się miło i w podskokach wyszłam z pokoju. Zbiegłam radośnie po schodach i skierowałam się do kuchni. Tam otworzyłam drzwiczki jednej z półek i zajrzałam do niej z ciekawością. Z jednoczesną ulgą i zadowoleniem wyjęłam z niej gruby pliczek stuzłotowych banknotów. Szybko je przeliczyłam. 50 stówek. Nie za dużo, ale na razie musi wystarczyć. Z wspomnianej wcześniej półki wyjęłam paszport ("nigdy nic nie wiadomo") i książeczkę zdrowia. Rozejrzałam się po kuchni i starałam się przypomnieć,
co jeszcze powinnam zabrać. Sięgnęłam do lodówki i wyjęłam z niej kilka batonów. Pogrzebałam w kilku szufladach i wyjmowałam z nich różne artykuły spożywcze - to jakaś bułka, to owoce, to jakieś słodycze. Wszystko schowałam do torebki.
Nagle przypomniałam sobie słowa mamy sprzed prawie miesiąca: "Karta kredytowa, tak w razie czego. Masz na niej 10 tysięcy, ale mam nadzieję, że ci się nie przydadzą." Westchnęłam na wspomnienie o mamie, ale czym prędzej odsunęłam od siebie tę myśl. Z szafki z lekami wzięłam jakieś tabletki przeciwbólowe, kilka plastrów, bandaż i tym podobne.
Gdy spakowałam już wszystko pobiegłam do łazienki. Wzięłam kilka kosmetyków i innych niezbędników każdej kobiety. Wróciłam do pokoju po torbę, w myślach szukając najlepszego miejsca na nocleg. Baku nadal siedział na moim łóżku, choć mnie nie było w pokoju prawie pół godziny. Pociągnęłam go za rękaw i wyprowadziłam z pokoju, jakby był drucianą lalką. Na ramię założyłam pasek torebki, podróżną niosłam w ręce i pewnym krokiem opuszczałam dom. Piotrek nadal jak zahipnotyzowany szedł posłusznie za mną. Gdy znaleźliśmy się już za drzwiami przekręciłam dwa razy klucz w zamku i skierowałam się do furtki.
Nie czułam zupełnie nic. Radości ani smutku. Miłości ani nienawiści. Żadnego kłucia w sercu, żadnego skurczu żołądka. Jakbym była duchem.
A Piotrek nagle się ocknął:
- Mała, co ty robisz?
Spojrzałam na niego z politowaniem.
- Ale ty masz tempo. Tylko pogratulować.
Piotrek nie miał jednak nastroju do żartów. Złapał mnie za oba nadgarstki i trzymał w stalowym uścisku. Miał tą przewagę, że był silniejszy.
- Nie denerwuj mnie, Mary. Co ten cały Marcin ci powiedział, hę?
Chciał znaleźć mój czuły punkt, ale nie udawało mu się to. Jeszcze.
- A nic takiego - skłamałam lekko, nadając swojemu głosowi beztroski ton. Czułam się, jakbym była naćpana.
- Nic takiego, tak... To dlaczego się spakowałaś i wiejesz z domu?
- Po pierwsze nie wieję, tylko się wyprowadzam. Po drugie nie twój interes, co Marcin mi powiedział - mój spokojny dotychczas ton głosu zmienił się nagle w ostry, nieco piskliwy głosik.
Dobry był, oj, dobry.
- Owszem, mój interes. Jakbyś zapomniała jesteśmy przyjaciółmi i po prostu martwię się o ciebie.
Trafiony - zatopiony. Znalazł ten czuły punkt.
Czułam, jak pod powiekami gromadzi się woda, a z lewej strony pod żebrami poczułam lekkie ukłucie, jakby szpilkę. Szpilkę o imieniu przyjaźń.
Przez dłuższą chwilę milczałam, układając w myślach odpowiedź. Wreszcie się odezwałam:
- Wiem, Piotrek, masz rację. Przepraszam cie...
- A po gówno mi twoje przeprosiny, skoro i tak i tak wyjedziesz - przerwał mi swoim donośnym, mocnym barytonem. - Nie chcę, żebyś wyjeżdżała. Nie beze mnie.
Czy chciał wzbudzić we mnie poczucie winy? Oczywiście.
Czy osiągnął swój cel? Jakże by inaczej.
Czy dam mu tak łatwo wygrać? Nie ma takiej opcji.
- Przykro mi, ale wyjechać muszę. Sama. Chcę zacząć wszystko od zera.
Patrzyłam twardo w jego głębokie, ciemnobrązowe tęczówki.
"Jeszcze chwila i ulegnę."
- Tylko jak już zostaniesz tą sławną piosenkarką, to wyślij mi chociaż pocztówkę, co? - próbował zażartować, ale żadnemu z nas nie było do śmiechu.
Bez słowa zbliżyłam się do niego i mocno przytuliłam, nie wiem jakim cudem powstrzymując łzy. Baku natychmiast mnie objął i z całych sił uścisnął, jakby chciał mnie ochronić przed złem całego świata.
- Odezwę się - wyszeptałam, kiedy już wypuścił mnie ze swojego uścisku. Spojrzałam ponad jego ramieniem i zauważyłam stojącą po drugiej stronie ulicy taksówkę. Ostatni raz uśmiechnęłam się do niego i odeszłam, nie oglądając się za siebie, do czekającego pojazdu. Wsiadłam do białego mercedesa i powiedziałam cicho:
- Na Roosevelta 95 proszę.
Odwróciłam głowę w stronę okna i zauważyłam stojącego tam, gdzie go zostawiłam Piotrka. Wpatrywał się w przestrzeń, a po jego twarzy spływały strumyki łez. Szybko odwróciłam wzrok, bo nie chciałam po raz kolejny dzisiaj się rozpłakać. Mimo ogromnego bólu w sercu nie było już odwrotu.
Czas zamknąć za sobą wszystkie drzwi i zacząć nowy rozdział życia.
Pojechałam do hotelu. Planowałam tam zamieszkać i skończyć gimnazjum (Baku nie chodził ze mną do szkoły - na szczęście), bo i tak już niewiele zostało, a nie ma po co marnować całego roku harówki.
Wszystko zaplanowałam.
Zaraz po skończeniu roku szkolnego wyjeżdżam do Krakowa, tam złoże dokumenty do trzech liceów - będą musieli mnie gdzieś przyjąć. Zmienię nazwisko (imię też), image, numer telefonu. Będę musiała wytłumaczyć się rodzicom, ale o tym staram się jeszcze nie myśleć. Postaram znaleźć sobie jakąś pracę na wakacje, jak chociażby sprzątanie czy roznoszenie ulotek, żaby zarobić trochę grosza. Wynajmę jakiś pokój.Wiem, że nie będzie łatwo, ale muszę spróbować. W tym mieście jest zbyt wiele cudownych i jednocześnie raniących wspomnień. Nie mogę tu dłużej zostać.
Pewnie myślicie, że zwariowałam i że po tygodniu wrócę do domu, jak syn marnotrawny, gdy roztrwonił majątek po ojcu. Ja jednak ciągle mam nadzieję, że mi się uda. Muszę stąd wyjechać, póki wierzę.
Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.
__________________
* Wytłumaczę te wygłupy. :P Podczas pisania rozdziału działa tylko jedna półkula (nieważne która, ważne że jedna!), a druga się w tym czasie nudzi. Dlatego żaby znaleźć sobie zajęcie ta nudząca się część mózgu podszeptuje coś pracującej półkuli tak natrętnie, że ona (aczkolwiek niechętnie) przyjmuje te szepty jako swoje i wysyła przez palce do komputera. Tak powstają "nawiasowe nawiasy w nawiasach". ;D [przyp. autorki]
Kolejna notka za nami. ;)
Zamierzałam dodać wczoraj, ale musiałam ponadrabiać zaległości bloggerowe (blogów czytam całkiem sporo, a przez te trzy dni nie zajrzałam na żaden ani razu) i nie miałam do tego głowy. Potem jeszcze pisałam te przemyślenia końcowe, bo czegoś mi brakowało i wyszło, co wyszło. Mogło być lepiej, zwłaszcza ta beznadziejna końcówka, ale szczerze już mam dość tego rozdziału. Siedziałam nad nim, czytałam mnóstwo razy do znudzenia i dzisiaj wreszcie dodaję.
Dobra, skończę to marudzenie. :D Dziękuję za wszystkie wejścia, za komentarze i w ogóle. Uwielbiam Was wszystkich i każdego z osobna. ;**
Pozdrawiam cieplutko. xx
Co Ty gadasz, że beznadziejna końcówka?!
OdpowiedzUsuńWłaśnie mi się bardzo podoba! :)
Coś się dzieje chociaż!
Awww, rozdział świetny! ♥
Pozdrawiam ciepło i życzę dalszej weny! ♥
marrymeharrystyles.blogspot.com/
Kiedy kolejny rozdział?! ♥
UsuńHmm, dobre pytanie. ;))
UsuńRozdział już rozpoczęty, ale nie mogę znaleźć ani jednej wolnej chwili na pisanie. A gdy już znajdę, to nie mam żadnych pomysłów. Oj, przydałyby się drugie ferie. ;))
Postaram się napisać coś w piątek, ale nie obiecuję. Przepraszam za taką zwłokę, ale w szkole mam teraz taki zapie*rz, że to się nie dzieje. Codziennie jakiś sprawdzian albo coś tego typu, ponadto w weekendy próby. No masakra. Serio postaram się dodać, bo sama jestem ciekawa co bd dalej, ale nic na 100%.
Pozdrawiam cieplutko. xx