sobota, 12 stycznia 2013

Rozdział 4.


Pustka.

Smutek. 
Żal.
Rozczarowanie.
...
Złość.
Tak, czułam złość. Dlatego, że mnie zostawił, choć sam zapewne nie miał na to wpływu. Dlatego, że powiedział mi o wyjeździe w ostatniej chwili, chociaż sam dowiedział się niewiele wcześniej. Dlatego, że wyjeżdżając, zabrał cząstkę mnie, choć sam nie miał o tym pojęcia. Dlatego czułam złość. Bo był niewinny.
Nie chciałam płakać, naprawdę nie chciałam. Ale nie potrafiłam inaczej. 
Siedziałam na tej sofie... Patrzyłam na tą podłogę... A łzy leciały wodospadem. Płynęły, jakby moje oczy były krawędzią nad urwiskiem. Zapobiegawczo położyłam na podłodze pod swoją twarzą niewielki ręcznik, żeby nie musieć później wycierać podłogi. Ale jeden ręcznik nie wystarczył.
"Pierwszy szok" trwał jakieś dwie godziny. Tak mi się wydaje, bo nie patrzyłam na zegarek. Dom był pusty - rodzice wraz z siostrą wyjechali do Chorwacji (dość nietypowy wyjazd w kwietniu) na trzy tygodnie. Wracają w przyszły weekend, już po egzaminach. Uważają, że jestem wystarczająco dojrzała i inteligentna, żeby można było mi zaufać. I nie pomylili się, można mi zaufać. Tylko nie wtedy, kiedy ktoś złamał mi serce.
Musiałam jakoś odreagować. I na co wpadła genialna Mary? Na upicie się, oczywiście! "Ciąć się nie ma dla kogo, ale napić... czemu nie." Nie myślałam racjonalnie (choć, przyznaję, wcześniej też nie zdarzało się to zbyt często), miałam myśli samobójcze, zachowywałam się jakbym była już po sporej dawce alkoholu, więc co za różnica, czy wypiję, czy nie. "W końcu kiedyś musi być ten pierwszy raz" śmiałam się w duchu. "Najwyżej się zapijesz, i tak straciłaś sens życie, czyż nie?"
Nigdy wcześniej nie wzięłam alkoholu do ust. Szampana nie znoszę, piwo odstrasza mnie samym zapachem. A teraz miałam wreszcie dobrą okazję do spróbowania, jak to jest. Czemu nie skorzystać?
Wiedziałam, gdzie rodzice trzymają wino, to nie była żadna tajemnica. Wzięłam z szafki w salonie trzy pełne butelki, wygrzebałam z kuchni korkociąg i poszłam na górę. Usiadłam u mnie na łóżku i chwilę mocowałam się z pierwszym korkiem. Otwartą butelkę trzymałam pod światło, tym samym przyglądając się jej zawartości, i próbowałam opanować drżenie rąk. Sama nie wiem, czego się bałam. Ale ręce mi się trzęsły.
Otoczyłam otwór ustami i pociągnęłam pierwszy łyk. Z trudem powstrzymałam się od wyplucia go. "Bleee, co za ohyda." Krzywiąc się, przełknęłam. Mimowolnie poczułam się lepiej. "Teraz będzie łatwiej." uśmiechnęłam się.
Drugi raz przyłożyłam butelką do warg i przechyliłam ją. Na języku poczułam mocny smak czerwonego wina. Rzeczywiście, było łatwiej. Bez oporów przełknęłam i wypiłam kolejny łyk. I kolejny, i kolejny, i kolejny.
Opróżniłam pierwszą butelkę i już czułam się raźniej, ale byłam na tyle trzeźwa, że wiedziałam, że muszę wypić więcej. Byłam z siebie dumna, bo nie miałam jeszcze odruchów wymiotnych. Bez zastanowienia otworzyłam drugą butelką i zaczęłam drugi etap zabawy. Piłam coraz więcej i chciałam coraz więcej. Nie wiem, jakim cudem potrafiłam wtedy jako-tako myśleć.
Nie zeszłam po kolejną butelkę, bo mogłoby to wzbudzić podejrzenia rodziców, dlatego zaprzestałam na trzech flaszkach. Trochę kręciło mi się w głowie, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy, bo cały czas się śmiałam. Śmiałam się z siebie, z własnych uczuć, z Marcina, z rodziców, ze wszystkiego. Byłam w fantastycznym humorze, bo alkohol działał mocno. Gdy próbowałam zrobić chociażby dwa kroki, zaraz wpadałam na jakąś półkę i leciałam na podłogę, wybuchając przy tym niepohamowanym śmiechem. Jak jakaś psychopatka.
Spodziewałam się, że za chwilę usłyszę dzwonek do drzwi i krzyki sąsiada o zakłócanie spokoju. Nic takiego nie miało miejsca. Było mi trochę przykro z tego powodu, bo nikt nie zobaczył, jak osiągam pierwszy winny sukces, ale długo się tym nie przejmowałam. Rzuciłam się na łóżko w ubraniu, brzuch i policzki bolały mnie od śmiechu, w skroni czułam pulsującą krew. W jednej chwili zasnęłam.

Obudziłam się, kiedy na dworze było już jasno. Gdy tylko podniosłam się z łóżka, poczułam nagły, przeszywający ból w czaszce. Chwyciłam się za głowę i syknęłam z bólu. "No tak, poranny kac. Tego nie wzięłam pod uwagę." Powoli wstałam z łóżka i podreptałam do łazienki, po drodze wyjmując z szafy jakieś ubrania. Nalałam do wanny gorącej wody, wlałam mnóstwo płynu do kąpieli, zrzuciłam z siebie ciuchy z poprzedniego dnia i zanurzyłam się w pianie. "Jak rozkosznie" uśmiechałam się jak najedzony, wyspany niemowlak. Leżałam w gorącej wodzie, nucąc pod nosem jakieś melodyjki. Było mi tak dobrze.

Po godzinie odświeżona, ubrana i uczesana wyszłam z łazienki. Ból głowy nadal doskwierał, ale nie było już tak źle. Zrobiłam sobie naleśniki i dwa kubki ulubionej herbaty o smaku pomarańcza-mango na śniadanie. Posiłek zjadłam przed telewizorem, oglądając Phineasa i Ferba. Przez cały ranek nawet nie pomyślałam o Marcinie.

Musiałam się zdrzemnąć albo bardzo głęboko zamyślić, bo nagły dzwonek do drzwi spowodował, że podskoczyłam na fotelu, prawie z niego spadając. Szybko wstałam, wyłączyłam TV i raźnym krokiem pomaszerowałam do drzwi. Nie wyglądając przez wizjer, otworzyłam je na oścież. Kto stał na zewnątrz? Nie, nie Marcin. Przede mną stał Baku - sąsiad z naprzeciwka. Skinieniem głowy przywitałam go, zapraszając tym samym do wejścia. Bez wahania przekroczył próg, i nie czekając za mnę, udał się do kuchni. Ja przekręciłam zamek w drzwiach i udałam się za chłopakiem. Piotrek siedział przy stole, w rękach trzymał szklankę z Colą, a jego twarz rozświetlał śnieżnobiały uśmiech.

- Cześć, Baku. - uśmiechnęłam się lekko i usiadłam na krześle na przeciwko niego, zabierając mu szklankę. - Co tam?
Piotrek zrobił minę urażonego dziesięciolatka, ale zaraz odpowiedział:
- A tak przyszedłem. Czemu nie powiedziałaś, że robisz imprezę?
Zmarszczyłam brwi. Imprezę? "Chwila, czy ja o czymś nie wiem?" Widząc moje zdezorientowanie, Baku pospieszył z wyjaśnieniami.
- Wczoraj wieczorem [dla Piotrka nie istnieje coś takiego jak "noc" - najpierw jest wieczór, a zaraz potem rano] z Twojego domu dochodziły różne odgłosy. - spojrzał na mnie, znacząco unosząc brwi. "To jesteśmy w domu" skojarzyłam.
- Aaaa, o tą imprezkę chodzi. Tak, urządzałam małą bibę, ale wstęp był ograniczony, więc nie mogłam ciebie zaprosić. 
Zrobiłam minę piszczącego szczeniaczka, ale nie zaprzestawał przesłuchania:
- A z jakiej okazji ta "biba"?

W jednej chwili uśmiech zniknął z mojej twarzy, ramiona się przygarbiły, a do oczu napłynęły łzy.
- Z okazji zerwania. 
Piotrek przez chwilę marszczył czoło, jakby nie rozumiał, o czym mówię, gdy nagle doznał olśnienia. Zmrużył oczy i zacisnął zęby. Bynajmniej nie było mu do śmiechu.
Po chwili ciszy odezwał się:
- Chcesz pogadać?
Pokiwałam tylko głową. Baku podniósł się z krzesła, pomógł mi wstać i pociągnął za rękę w stronę sofy. Posadził mnie na niej, a sam zniknął na moment w kuchni. Po chwili wyszedł z niej z pudełkiem chusteczek i dwiema tabliczkami czekolady. Uśmiechnęłam się leciutko. "Przynajmniej jemu można ufać."


-... i potem się odwrócił... i powiedział "Zapomnij... zapomnij o mnie", tak powiedział... A potem poszedł... Zostawił mnie... - zdania, przerywane krótkimi napadami szlochu, a na końcu długi jęk i puszczenie tamy. Objęłam nogi ramionami i schowałam spuchniętą i czerwoną od płaczu twarz w kolanach, na nowo wybuchając płaczem. Kiwałam się na boki i moczyłam sobie spodnie coraz to nowymi potokami łez. "Jak długo będę jeszcze przez niego płakać?" Chlipałam, z trudem nabierając powietrza, a Baku trzymał  mnie w ramionach i nic nie mówił, tylko delikatnie gładził moje włosy. "Prawdziwy przyjaciel." 


Wystarczyło, że przy mnie był. Zawsze mnie wspierał i rozweselał. Nigdy się na nim nie zawiodłam. Kochałam go jak brata, a on traktował mnie jak siostrę. Zawsze umiał doradzić, pocieszyć. Zawsze pozwolił się wypłakać.

Prawdziwy przyjaciel.
Jemu mogłam ufać.

Masakra, wiem, ale musiałam to dzisiaj napisać. A że jest już po pierwszej, to więcej proszę się po mnie nie spodziewać. ;)


1 komentarz: