"Masz 27 nieodebranych połączeń od: Marcin" powiedziała metalicznym, sztucznym głosem (czyt. jak robot) sekretarka poczty głosowej.
"Masz 8 nieodebranych wiadomości od: Mar..."
- Spierdalaj! - wrzasnęłam, z całej siły ciskając telefonem w podłogę. Komórka rozpadła się na kilka części, a ja nie musiałam już słuchać tego denerwującego głosu. Siedziałam na brzegu łóżka i, wściekła, szarpałam rozpuszczone, mokre włosy, starając się zahamować napływające łzy. Zaciskałam zęby, powstrzymując się od wykrzyczenia paru soczystych słów lub, co gorsza, ponownego wybuchnięcia płaczem.
Od rozmowy z Baku minęły cztery dni, jutro piątek i tym samym - powrót ukochanej rodzinki. A ja nadal nie potrafiłam kontrolować swoich zachowań. Wystarczyła jedna myśl o... wiecie kim (i nie mam tu na myśli Lorda Voldemorta (jak mogłaś wymówić to imię?!(nie wymówiłam, tylko napisałam, geniuszu (ano tak, zwracam honor (jaki honor?(tak się mówi (aa, ok. :D))))))*, a w oczach pojawiały się łzy wściekłości. Jako już prawie szesnastolatka, którą przecież jestem, powinnam przestać zachowywać się jak smarkacz i odebrać ten telefon, pozwolić Marcinowi skontaktować się ze mną. Ale nie myślałam racjonalnie. Emocje wzięły górę.
- Wiesz, że to nic nie da. - usłyszałam głos. I to nie był ten cichutki głos w mojej głowie.
Otworzyłam zaciśnięte wcześniej oczy i spojrzałam spod rzęs w kierunku drzwi. Po raz kolejny Baku widział, jak użalam się nad sobą. Niby byliśmy przyjaciółmi, ale ta jego ciągła troska onieśmielała mnie. Zachowywałam się jak rozpieszczony bachor, ale nie potrafiłam... Nie nie potrafiłam. Nie chciałam, po prostu nie chciałam inaczej. Wolałam całymi dniami beczeć niż przez tą jedną krótką chwilę porozmawiać z moim byłym chłopakiem. A Piotrek powoli wkurzał mnie swoją opiekuńczością. Chociaż ostatnio wszystko mnie wkurzało.
- Wiem - to nie był mój głos. Odchrząknęłam - Ale ja nie chcę inaczej.
Spuściłam wzrok i nerwowo bawiłam się nitką mojego swetra.
- Przynajmniej umiesz się do tego przyznać. Co nie zmienia faktu, że jesteś tchórzem.
Cóż, miał rację. Ale nie musiał mi o tym przypominać. Ze smutkiem wpatrywałam się w swoje kolana. "W takim razie może zamiast pocieszania dasz jakąś dobrą radę?"
- Baku, co ja mam zrobić?
Nie patrzyłam na niego, więc nie widziałam jego reakcji. I to chyba nawet lepiej.
- Ty dobrze wiesz, co.
Westchnęłam i bez słowa pozbierałam części mojego telefonu. Obudowa była trochę zniszczona, ekran na szczęście cały. Po złożeniu komórki włączyłam ją i w milczeniu czekałam, aż się uruchomi. Wpisałam kod PIN i zadzwoniłam na pocztę głosową. Najpierw chciałam odsłuchać wiadomości, może dowiem się z nich czegoś ważnego. Postępując zgodnie z poleceniami robota-sekretarki wpisałam kilka cyferek i już po chwili usłyszałam nieco zniekształcony głos Marcina: "Hej, Mary, tu Marcin. Dlaczego nie odbierasz, chcę porozmawiać. Odezwij się, proszę." "To znowu ja. Słońce, co się dzieje, martwię się. Proszę, oddzwoń." "Odbierz ten cholerny telefon i porozmawiaj ze mną!" to tylko trzy z ośmiu... już dziewięciu wiadomości. Odsłuchałam wszystkie z grobową miną. Wreszcie wyłączyłam pocztę i na chwilę odsunęłam komórkę od ucha. Baku stał w progu, opierając się o framugę drzwi i przyglądał mi się z tajemniczym uśmiechem (normalnie jak Mona Lisa :P). Nie wiem, co miał on wyrażać - zadowolenie? triumf? Nie przejmując się Piotrem ponownie skupiłam się na telefonie. W spisie kontaktów wyszukałam numer Marcina, odetchnęłam głęboko dla uspokojenia i połączyłam się. Przyłożyłam komórkę do ucha i wsłuchiwałam się w pojedyncze kilkusekundowe dźwięki. Po drugim sygnale usłyszałam to tak dobrze mi znane:
- Halo?
- Cześć, Marcin...
Jego reakcja była dość zaskakująca:
- Mary, to naprawdę ty? Dlaczego nie odbierałaś, dzwoniłem tyle razy. Myślałem, że coś się stało, bałem się o ciebie... - wsłuchiwałam się w jego melodyjny, miękki głos, a na moją twarz wypłynął lekki uśmiech. Jednak po chwili dotarła do mnie okrutna prawda.
- Marcin, wiesz co... - w tym momencie cieszyłam się, że nie muszę rozmawiać z nim w rzeczywistości - Przepraszam, że nie odbierałam. Wiele sobie przemyślałam i... musiałam z tobą porozmawiać. Wiem, że ten wyjazd nie był z twojej winy, więc...
- Wiesz, Mary... Nie do końca byłem z tobą szczery...
Wytrzeszczyłam oczy. "Czy to znaczy, że...?!"
- Tak naprawdę, to... - słyszałam jak cicho westchnął i po chwili kontynuował - o wyjeździe wiedziałem już dawno. Nie powiedziałem ci o nim, bo stchórzyłem, przyznaję się bez bicia. Ale nie to jest istotne. Sęk w tym, że nie musiałem lecieć do tego Los Angeles. Mogłem zostać w Polsce. Ale tam była też Wila...
Odebrało mi mowę. Siedziałam jak posąg z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami i wpatrywałam się w ścianę. Zapomniałam o wszystkim dookoła, o Piotrku stojącym w drzwiach, o telefonie, który wyślizgnął mi się z palców i spadł na podłogę, o oddychaniu. Wila... To teraz wszystko jasne.
Po dłuższej chwili ocknęłam się z odrętwienia i mrugnęłam kilka razy, by wrócić do rzeczywistości. Obok łóżka leżały części mojego telefony (biedny, już drugi raz dzisiaj oberwał, chociaż w niczym nie zawinił). Niczym maszyna po raz kolejny złożyłam komórkę. W głowie miałam pustkę.
- I? - na sam dźwięk tych słów podskoczyłam i natychmiast wyrwałam się z odrętwienia.
Spojrzała na Piotrka, uśmiechając się jak zła wiedźma z bajki o "Jasiu i Małgosi", której zawsze się bałam.
- Już wszystko wiem.
Nic nie czułam. Ani smutku, ani złości, ani żalu. Jakbym nie miała serca. Baku patrzył na mnie zdezorientowany. Na widok jego zmarszczonych brwi, pełnego troski spojrzenia i cienkiej kreski zamiast ust zaśmiałam się radośnie.
- Nie myśl tyle, bo myśliwym zostaniesz.
Piotrek już chyba nic nie rozumiał. Ja natomiast z całkowitym spokojem i luzem podeszłam do szafy, wyciągnęłam spod niej torbę podróżną i otworzyłam drewniane drzwi. Wybierałam różne ciuchy i wkładałam je spokojnie do torby. Po pięciu minutach zamknęłam do połowy opróżnioną szafę, podniosłam się z klęczek i podreptałam do biurka. Jak leci wyciągałam z jego szuflad wszystko, co uznałam za potrzebne: portfel, legitymację, ładowarkę i słuchawki do telefonu i iPoda, latarkę, kalendarz, zegarek, jakieś stare zdjęcia, ulubioną książkę, mały aparat fotograficzny, czysty zeszyt i piórnik. Wszystko to wsadziłam do mojej czarnej, skórzanej torebki. Sięgnęłam po zawsze spakowaną kosmetyczkę i włożyłam ją do torby. Byłam gotowa.
Rozejrzałam się po pokoju i jakież było moje zdziwienie, kiedy spostrzegłam, że na łóżku siedzi otępiały i zdezorientowany Piotrek i przygląda mi się.
- O, ty ciągle tu jesteś. Przykro mi, ale będę musiałam cię wyprosić.
Uśmiechnęłam się miło i w podskokach wyszłam z pokoju. Zbiegłam radośnie po schodach i skierowałam się do kuchni. Tam otworzyłam drzwiczki jednej z półek i zajrzałam do niej z ciekawością. Z jednoczesną ulgą i zadowoleniem wyjęłam z niej gruby pliczek stuzłotowych banknotów. Szybko je przeliczyłam. 50 stówek. Nie za dużo, ale na razie musi wystarczyć. Z wspomnianej wcześniej półki wyjęłam paszport ("nigdy nic nie wiadomo") i książeczkę zdrowia. Rozejrzałam się po kuchni i starałam się przypomnieć,
co jeszcze powinnam zabrać. Sięgnęłam do lodówki i wyjęłam z niej kilka batonów. Pogrzebałam w kilku szufladach i wyjmowałam z nich różne artykuły spożywcze - to jakaś bułka, to owoce, to jakieś słodycze. Wszystko schowałam do torebki.
Nagle przypomniałam sobie słowa mamy sprzed prawie miesiąca: "Karta kredytowa, tak w razie czego. Masz na niej 10 tysięcy, ale mam nadzieję, że ci się nie przydadzą." Westchnęłam na wspomnienie o mamie, ale czym prędzej odsunęłam od siebie tę myśl. Z szafki z lekami wzięłam jakieś tabletki przeciwbólowe, kilka plastrów, bandaż i tym podobne.
Gdy spakowałam już wszystko pobiegłam do łazienki. Wzięłam kilka kosmetyków i innych niezbędników każdej kobiety. Wróciłam do pokoju po torbę, w myślach szukając najlepszego miejsca na nocleg. Baku nadal siedział na moim łóżku, choć mnie nie było w pokoju prawie pół godziny. Pociągnęłam go za rękaw i wyprowadziłam z pokoju, jakby był drucianą lalką. Na ramię założyłam pasek torebki, podróżną niosłam w ręce i pewnym krokiem opuszczałam dom. Piotrek nadal jak zahipnotyzowany szedł posłusznie za mną. Gdy znaleźliśmy się już za drzwiami przekręciłam dwa razy klucz w zamku i skierowałam się do furtki.
Nie czułam zupełnie nic. Radości ani smutku. Miłości ani nienawiści. Żadnego kłucia w sercu, żadnego skurczu żołądka. Jakbym była duchem.
A Piotrek nagle się ocknął:
- Mała, co ty robisz?
Spojrzałam na niego z politowaniem.
- Ale ty masz tempo. Tylko pogratulować.
Piotrek nie miał jednak nastroju do żartów. Złapał mnie za oba nadgarstki i trzymał w stalowym uścisku. Miał tą przewagę, że był silniejszy.
- Nie denerwuj mnie, Mary. Co ten cały Marcin ci powiedział, hę?
Chciał znaleźć mój czuły punkt, ale nie udawało mu się to. Jeszcze.
- A nic takiego - skłamałam lekko, nadając swojemu głosowi beztroski ton. Czułam się, jakbym była naćpana.
- Nic takiego, tak... To dlaczego się spakowałaś i wiejesz z domu?
- Po pierwsze nie wieję, tylko się wyprowadzam. Po drugie nie twój interes, co Marcin mi powiedział - mój spokojny dotychczas ton głosu zmienił się nagle w ostry, nieco piskliwy głosik.
Dobry był, oj, dobry.
- Owszem, mój interes. Jakbyś zapomniała jesteśmy przyjaciółmi i po prostu martwię się o ciebie.
Trafiony - zatopiony. Znalazł ten czuły punkt.
Czułam, jak pod powiekami gromadzi się woda, a z lewej strony pod żebrami poczułam lekkie ukłucie, jakby szpilkę. Szpilkę o imieniu przyjaźń.
Przez dłuższą chwilę milczałam, układając w myślach odpowiedź. Wreszcie się odezwałam:
- Wiem, Piotrek, masz rację. Przepraszam cie...
- A po gówno mi twoje przeprosiny, skoro i tak i tak wyjedziesz - przerwał mi swoim donośnym, mocnym barytonem. - Nie chcę, żebyś wyjeżdżała. Nie beze mnie.
Czy chciał wzbudzić we mnie poczucie winy? Oczywiście.
Czy osiągnął swój cel? Jakże by inaczej.
Czy dam mu tak łatwo wygrać? Nie ma takiej opcji.
- Przykro mi, ale wyjechać muszę. Sama. Chcę zacząć wszystko od zera.
Patrzyłam twardo w jego głębokie, ciemnobrązowe tęczówki.
"Jeszcze chwila i ulegnę."
- Tylko jak już zostaniesz tą sławną piosenkarką, to wyślij mi chociaż pocztówkę, co? - próbował zażartować, ale żadnemu z nas nie było do śmiechu.
Bez słowa zbliżyłam się do niego i mocno przytuliłam, nie wiem jakim cudem powstrzymując łzy. Baku natychmiast mnie objął i z całych sił uścisnął, jakby chciał mnie ochronić przed złem całego świata.
- Odezwę się - wyszeptałam, kiedy już wypuścił mnie ze swojego uścisku. Spojrzałam ponad jego ramieniem i zauważyłam stojącą po drugiej stronie ulicy taksówkę. Ostatni raz uśmiechnęłam się do niego i odeszłam, nie oglądając się za siebie, do czekającego pojazdu. Wsiadłam do białego mercedesa i powiedziałam cicho:
- Na Roosevelta 95 proszę.
Odwróciłam głowę w stronę okna i zauważyłam stojącego tam, gdzie go zostawiłam Piotrka. Wpatrywał się w przestrzeń, a po jego twarzy spływały strumyki łez. Szybko odwróciłam wzrok, bo nie chciałam po raz kolejny dzisiaj się rozpłakać. Mimo ogromnego bólu w sercu nie było już odwrotu.
Czas zamknąć za sobą wszystkie drzwi i zacząć nowy rozdział życia.
Pojechałam do hotelu. Planowałam tam zamieszkać i skończyć gimnazjum (Baku nie chodził ze mną do szkoły - na szczęście), bo i tak już niewiele zostało, a nie ma po co marnować całego roku harówki.
Wszystko zaplanowałam.
Zaraz po skończeniu roku szkolnego wyjeżdżam do Krakowa, tam złoże dokumenty do trzech liceów - będą musieli mnie gdzieś przyjąć. Zmienię nazwisko (imię też), image, numer telefonu. Będę musiała wytłumaczyć się rodzicom, ale o tym staram się jeszcze nie myśleć. Postaram znaleźć sobie jakąś pracę na wakacje, jak chociażby sprzątanie czy roznoszenie ulotek, żaby zarobić trochę grosza. Wynajmę jakiś pokój.Wiem, że nie będzie łatwo, ale muszę spróbować. W tym mieście jest zbyt wiele cudownych i jednocześnie raniących wspomnień. Nie mogę tu dłużej zostać.
Pewnie myślicie, że zwariowałam i że po tygodniu wrócę do domu, jak syn marnotrawny, gdy roztrwonił majątek po ojcu. Ja jednak ciągle mam nadzieję, że mi się uda. Muszę stąd wyjechać, póki wierzę.
Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.
__________________
* Wytłumaczę te wygłupy. :P Podczas pisania rozdziału działa tylko jedna półkula (nieważne która, ważne że jedna!), a druga się w tym czasie nudzi. Dlatego żaby znaleźć sobie zajęcie ta nudząca się część mózgu podszeptuje coś pracującej półkuli tak natrętnie, że ona (aczkolwiek niechętnie) przyjmuje te szepty jako swoje i wysyła przez palce do komputera. Tak powstają "nawiasowe nawiasy w nawiasach". ;D [przyp. autorki]
Kolejna notka za nami. ;)
Zamierzałam dodać wczoraj, ale musiałam ponadrabiać zaległości bloggerowe (blogów czytam całkiem sporo, a przez te trzy dni nie zajrzałam na żaden ani razu) i nie miałam do tego głowy. Potem jeszcze pisałam te przemyślenia końcowe, bo czegoś mi brakowało i wyszło, co wyszło. Mogło być lepiej, zwłaszcza ta beznadziejna końcówka, ale szczerze już mam dość tego rozdziału. Siedziałam nad nim, czytałam mnóstwo razy do znudzenia i dzisiaj wreszcie dodaję.
Dobra, skończę to marudzenie. :D Dziękuję za wszystkie wejścia, za komentarze i w ogóle. Uwielbiam Was wszystkich i każdego z osobna. ;**
Pozdrawiam cieplutko. xx
Historia życia pewnej nastolatki, która pragnie spełniać swoje marzenia.
piątek, 25 stycznia 2013
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Notka
Rozdziału dzisiaj nie dodam, choć jest już gotowy (czyt. napisany w komórce), ale nie zdążę go przepisać, bo za jakieś dwadzieścia minut wyjeżdżam, a jestem dopiero w połowie. Wątpię, żebym do czwartku miała możliwość korzystania z internetu, dlatego jak tylko wrócę (24 około 12-13) postaram się go szybko dodać. To tak gwoli wyjaśnienia. ;)
Pozdrawiam i udanych ferii, śpiochy. ;** xx
Pozdrawiam i udanych ferii, śpiochy. ;** xx
sobota, 12 stycznia 2013
Rozdział 4.
Pustka.
Smutek.
Żal.
Rozczarowanie.
...
Złość.
Tak, czułam złość. Dlatego, że mnie zostawił, choć sam zapewne nie miał na to wpływu. Dlatego, że powiedział mi o wyjeździe w ostatniej chwili, chociaż sam dowiedział się niewiele wcześniej. Dlatego, że wyjeżdżając, zabrał cząstkę mnie, choć sam nie miał o tym pojęcia. Dlatego czułam złość. Bo był niewinny.
Nie chciałam płakać, naprawdę nie chciałam. Ale nie potrafiłam inaczej.
Siedziałam na tej sofie... Patrzyłam na tą podłogę... A łzy leciały wodospadem. Płynęły, jakby moje oczy były krawędzią nad urwiskiem. Zapobiegawczo położyłam na podłodze pod swoją twarzą niewielki ręcznik, żeby nie musieć później wycierać podłogi. Ale jeden ręcznik nie wystarczył.
"Pierwszy szok" trwał jakieś dwie godziny. Tak mi się wydaje, bo nie patrzyłam na zegarek. Dom był pusty - rodzice wraz z siostrą wyjechali do Chorwacji (dość nietypowy wyjazd w kwietniu) na trzy tygodnie. Wracają w przyszły weekend, już po egzaminach. Uważają, że jestem wystarczająco dojrzała i inteligentna, żeby można było mi zaufać. I nie pomylili się, można mi zaufać. Tylko nie wtedy, kiedy ktoś złamał mi serce.
Musiałam jakoś odreagować. I na co wpadła genialna Mary? Na upicie się, oczywiście! "Ciąć się nie ma dla kogo, ale napić... czemu nie." Nie myślałam racjonalnie (choć, przyznaję, wcześniej też nie zdarzało się to zbyt często), miałam myśli samobójcze, zachowywałam się jakbym była już po sporej dawce alkoholu, więc co za różnica, czy wypiję, czy nie. "W końcu kiedyś musi być ten pierwszy raz" śmiałam się w duchu. "Najwyżej się zapijesz, i tak straciłaś sens życie, czyż nie?"
Nigdy wcześniej nie wzięłam alkoholu do ust. Szampana nie znoszę, piwo odstrasza mnie samym zapachem. A teraz miałam wreszcie dobrą okazję do spróbowania, jak to jest. Czemu nie skorzystać?
Wiedziałam, gdzie rodzice trzymają wino, to nie była żadna tajemnica. Wzięłam z szafki w salonie trzy pełne butelki, wygrzebałam z kuchni korkociąg i poszłam na górę. Usiadłam u mnie na łóżku i chwilę mocowałam się z pierwszym korkiem. Otwartą butelkę trzymałam pod światło, tym samym przyglądając się jej zawartości, i próbowałam opanować drżenie rąk. Sama nie wiem, czego się bałam. Ale ręce mi się trzęsły.
Otoczyłam otwór ustami i pociągnęłam pierwszy łyk. Z trudem powstrzymałam się od wyplucia go. "Bleee, co za ohyda." Krzywiąc się, przełknęłam. Mimowolnie poczułam się lepiej. "Teraz będzie łatwiej." uśmiechnęłam się.
Drugi raz przyłożyłam butelką do warg i przechyliłam ją. Na języku poczułam mocny smak czerwonego wina. Rzeczywiście, było łatwiej. Bez oporów przełknęłam i wypiłam kolejny łyk. I kolejny, i kolejny, i kolejny.
Opróżniłam pierwszą butelkę i już czułam się raźniej, ale byłam na tyle trzeźwa, że wiedziałam, że muszę wypić więcej. Byłam z siebie dumna, bo nie miałam jeszcze odruchów wymiotnych. Bez zastanowienia otworzyłam drugą butelką i zaczęłam drugi etap zabawy. Piłam coraz więcej i chciałam coraz więcej. Nie wiem, jakim cudem potrafiłam wtedy jako-tako myśleć.
Nie zeszłam po kolejną butelkę, bo mogłoby to wzbudzić podejrzenia rodziców, dlatego zaprzestałam na trzech flaszkach. Trochę kręciło mi się w głowie, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy, bo cały czas się śmiałam. Śmiałam się z siebie, z własnych uczuć, z Marcina, z rodziców, ze wszystkiego. Byłam w fantastycznym humorze, bo alkohol działał mocno. Gdy próbowałam zrobić chociażby dwa kroki, zaraz wpadałam na jakąś półkę i leciałam na podłogę, wybuchając przy tym niepohamowanym śmiechem. Jak jakaś psychopatka.
Spodziewałam się, że za chwilę usłyszę dzwonek do drzwi i krzyki sąsiada o zakłócanie spokoju. Nic takiego nie miało miejsca. Było mi trochę przykro z tego powodu, bo nikt nie zobaczył, jak osiągam pierwszy winny sukces, ale długo się tym nie przejmowałam. Rzuciłam się na łóżko w ubraniu, brzuch i policzki bolały mnie od śmiechu, w skroni czułam pulsującą krew. W jednej chwili zasnęłam.
Obudziłam się, kiedy na dworze było już jasno. Gdy tylko podniosłam się z łóżka, poczułam nagły, przeszywający ból w czaszce. Chwyciłam się za głowę i syknęłam z bólu. "No tak, poranny kac. Tego nie wzięłam pod uwagę." Powoli wstałam z łóżka i podreptałam do łazienki, po drodze wyjmując z szafy jakieś ubrania. Nalałam do wanny gorącej wody, wlałam mnóstwo płynu do kąpieli, zrzuciłam z siebie ciuchy z poprzedniego dnia i zanurzyłam się w pianie. "Jak rozkosznie" uśmiechałam się jak najedzony, wyspany niemowlak. Leżałam w gorącej wodzie, nucąc pod nosem jakieś melodyjki. Było mi tak dobrze.
Po godzinie odświeżona, ubrana i uczesana wyszłam z łazienki. Ból głowy nadal doskwierał, ale nie było już tak źle. Zrobiłam sobie naleśniki i dwa kubki ulubionej herbaty o smaku pomarańcza-mango na śniadanie. Posiłek zjadłam przed telewizorem, oglądając Phineasa i Ferba. Przez cały ranek nawet nie pomyślałam o Marcinie.
Musiałam się zdrzemnąć albo bardzo głęboko zamyślić, bo nagły dzwonek do drzwi spowodował, że podskoczyłam na fotelu, prawie z niego spadając. Szybko wstałam, wyłączyłam TV i raźnym krokiem pomaszerowałam do drzwi. Nie wyglądając przez wizjer, otworzyłam je na oścież. Kto stał na zewnątrz? Nie, nie Marcin. Przede mną stał Baku - sąsiad z naprzeciwka. Skinieniem głowy przywitałam go, zapraszając tym samym do wejścia. Bez wahania przekroczył próg, i nie czekając za mnę, udał się do kuchni. Ja przekręciłam zamek w drzwiach i udałam się za chłopakiem. Piotrek siedział przy stole, w rękach trzymał szklankę z Colą, a jego twarz rozświetlał śnieżnobiały uśmiech.
- Cześć, Baku. - uśmiechnęłam się lekko i usiadłam na krześle na przeciwko niego, zabierając mu szklankę. - Co tam?
Piotrek zrobił minę urażonego dziesięciolatka, ale zaraz odpowiedział:
- A tak przyszedłem. Czemu nie powiedziałaś, że robisz imprezę?
Zmarszczyłam brwi. Imprezę? "Chwila, czy ja o czymś nie wiem?" Widząc moje zdezorientowanie, Baku pospieszył z wyjaśnieniami.
- Wczoraj wieczorem [dla Piotrka nie istnieje coś takiego jak "noc" - najpierw jest wieczór, a zaraz potem rano] z Twojego domu dochodziły różne odgłosy. - spojrzał na mnie, znacząco unosząc brwi. "To jesteśmy w domu" skojarzyłam.
- Aaaa, o tą imprezkę chodzi. Tak, urządzałam małą bibę, ale wstęp był ograniczony, więc nie mogłam ciebie zaprosić.
Zrobiłam minę piszczącego szczeniaczka, ale nie zaprzestawał przesłuchania:
- A z jakiej okazji ta "biba"?
W jednej chwili uśmiech zniknął z mojej twarzy, ramiona się przygarbiły, a do oczu napłynęły łzy.
- Z okazji zerwania.
Piotrek przez chwilę marszczył czoło, jakby nie rozumiał, o czym mówię, gdy nagle doznał olśnienia. Zmrużył oczy i zacisnął zęby. Bynajmniej nie było mu do śmiechu.
Po chwili ciszy odezwał się:
- Chcesz pogadać?
Pokiwałam tylko głową. Baku podniósł się z krzesła, pomógł mi wstać i pociągnął za rękę w stronę sofy. Posadził mnie na niej, a sam zniknął na moment w kuchni. Po chwili wyszedł z niej z pudełkiem chusteczek i dwiema tabliczkami czekolady. Uśmiechnęłam się leciutko. "Przynajmniej jemu można ufać."
-... i potem się odwrócił... i powiedział "Zapomnij... zapomnij o mnie", tak powiedział... A potem poszedł... Zostawił mnie... - zdania, przerywane krótkimi napadami szlochu, a na końcu długi jęk i puszczenie tamy. Objęłam nogi ramionami i schowałam spuchniętą i czerwoną od płaczu twarz w kolanach, na nowo wybuchając płaczem. Kiwałam się na boki i moczyłam sobie spodnie coraz to nowymi potokami łez. "Jak długo będę jeszcze przez niego płakać?" Chlipałam, z trudem nabierając powietrza, a Baku trzymał mnie w ramionach i nic nie mówił, tylko delikatnie gładził moje włosy. "Prawdziwy przyjaciel."
Wystarczyło, że przy mnie był. Zawsze mnie wspierał i rozweselał. Nigdy się na nim nie zawiodłam. Kochałam go jak brata, a on traktował mnie jak siostrę. Zawsze umiał doradzić, pocieszyć. Zawsze pozwolił się wypłakać.
Prawdziwy przyjaciel.
Jemu mogłam ufać.
Masakra, wiem, ale musiałam to dzisiaj napisać. A że jest już po pierwszej, to więcej proszę się po mnie nie spodziewać. ;)
niedziela, 6 stycznia 2013
Rozdział 3.
Trzeba to przyznać - zdecydowanie nie był nieśmiałą lub pokorną osobą. Nie jestem jakaś mega otwarta, ale potrafię grać duszę towarzystwa. Kiedyś na jakimś badaniu psychologicznym dowiedziałam się, że łatwo nawiązuję kontakt z innymi ludźmi. Co ciekawe, wystarczyło tylko patrzenie w oczy.
Tak czy owak czasami żałowałam, że nie jestem nieśmiała. Zawsze mówiłam to, co myślałam, bez owijania w bawełnę, przez co traciłam wielu znajomych. Miałam kilku przyjaciół, ale nigdy nie byłam popularna. A teraz...
Odkąd jesteśmy z Marcinem razem, zaraz otoczyło mnie grono jego "kumpli" i ich "lasek". To strasznie irytujące. Ja, przywykła do niewielkiego grona znajomych, stałam się obiektem zainteresowania wszystkich wokół. A to tylko dlatego, że chodzę z kapitanem szkolnej drużyny koszykówki.'
Najgorsze jest to, że kiedy znaleźliśmy się wśród znajomych Marcina, chłopak jakby przestał mnie zauważać. Nie patrzył już na mnie z tym ciepłym uśmiechem, z iskierkami w oczach, tylko śmiał się głośno śmiechem wywołującym dreszcze. Oczywiście, gdy byliśmy już sami, wszystko wracało do wcześniejszego stanu. Nie byłam na niego zła, bo widziałam (a przynajmniej tak mi się wydawało), że jego uczucie względem mnie nie słabnie. Tylko przy tych swoich "kumplach" stawał się zupełnie inny, a ja nie wiedziałam dlaczego.
Tak przeminęły dwa miesiące szkoły. Nagle z lutego zrobił się kwiecień, a razem z nim coraz bliżej egzaminy. Można powiedzieć, że uczę się lepiej, niż większość moich rówieśników (gwoli ścisłości - druga średnia w szkole). Nie bałam się, że źle mi pójdzie, myślałam z optymizmem o dalszej nauce w liceum, nie czułam strachu. Byłam beztroska i pełna energii. Martwiła mnie tylko jedna rzecz... O co chodzi z tymi kumplami Marcina?
Musiałam to jak najszybciej wyjaśnić, już i tak za długo zwlekałam. Przez te dwa miesiące nie zrobiłam w kwestii "zmiana Marcina" najmniejszego kroczku do przodu. Nie ma na co czekać, i tak i tak będę musiała z nim porozmawiać.
Siedzę przy oknie w moim pokoju, jest sobota. Kwiecień kwitnie - słońce świeci na błękitnym, bezchmurnym niebie, delikatny wiatr porusza gałązkami cienkich brzóz rosnących w ogrodzie. Opieram głowę o dłonie i wyczekująco patrzę w kierunku furtki. Marcin powinien przybyć lada moment.
Moje rozmyślania przerywa brzęczenie telefony. Podnoszę się z pufy, podchodzę do biurka i sięgam po komórkę.
Od: Marcin
Treść: Czekam w parku.
No tak, standard. Już nie raz w ostatnim momencie zmieniał miejsce spotkania. Chociaż gdyby się tak zastanowić to nawet będzie mi to na rękę. Wyszłam tak, jak stałam - rozczochrane włosy, przetarte na kolanach wąskie jeansy, zwykły brązowy sweter. Wsunęłam tylko czarne trampki na stopy i wyszłam z pustego domu, zakluczając za sobą drzwi. Niespiesznie szłam chodnikiem, wdychając świeże powietrze, i nuciłam jakąś wymyśloną melodię. Dzień był taki piękny, nie było powodu przedwcześnie psuć sobie humoru. Doszłam do parku w niecałe pięć minut - był rzut beretem od mojego domu. Poszłam doskonale znaną mi już trasą (mimo mojej jakże perfekcyjnie rozwiniętej orientacji w terenie) do NASZEJ ławki. Marcin już na mnie czekał. Gdy tylko mnie zobaczył, poderwał się z miejsca i uśmiechnął czule. Podszedł do mnie i pocałował delikatnie w policzek. Zaczerwieniłam się i odwzajemniłam uśmiech. Pociągnął mnie za rękę do ławki i usiedliśmy obok siebie. Zapadła między nami krótka, pełna oczekiwania cisza. "To przecież ty chciałaś rozmawiać" zganiałam siebie w myślach. "No powiedz coś wreszcie, geniuszu."
- Muszę cię o coś spytać - wydusiłam z siebie po długiej ciszy, patrząc z niego zza zasłony opadających na twarz włosów. W odpowiedzi Marcin uśmiechnął się tylko, jakby dając mi pozwolenie na zadanie tego pytania. Odetchnęłam głęboko i zaczęłam niepewnie:
- Bo jest taka sprawa... Chodzi mi o to, że... Kiedy jesteśmy... A... Yym... - zacięłam się i nie powiedziałam już nic. Marcin patrzył na mnie z niekrytym rozbawieniem i... czułością?
- Tak, tak, wszystko rozumiem. Przypomnij mi tylko, o czym rozmawialiśmy?
"Nie pomagasz mi." Byłam spięta i on to czuł, dlatego próbował jakoś rozładować atmosferę. Jednak nie dawałam mu na to możliwości. No cóż, ze mną nie ma tak lekko.
"Dobra, weź się w garść."
- Chodzi o to, że...- jest piękny wstęp, może przejdziemy do rzeczy - jak jesteś z kumplami... - uchylamy rąbka tajemnicy, teraz kurtyna w górę - zachowujesz się jakoś... - już chciałam powiedzieć "dziwnie", ale ugryzłam się w język - ...inaczej, niż jak jesteś ze mną. I ja nie wiem dlaczego. - podniosłam oczy, dotąd uważnie śledzące wzorki na chodniku, i przygryzłam wargę. Marcin wydawał się być zaskoczony. "Nie spodziewał się, że wystrzelę z czymś takim."
- To przyzwyczajenie - odparł jakby bez namysłu, a zdziwienie w ułamku sekundy zniknęło z jego twarzy - Wiesz, znam ich trochę dłużej niż ciebie, przywykłem do nich.
Powiedział to tak jakoś... jak nie on. Kurczę, o co w tym wszystkim chodzi.
"Już nic nie rozumiem."
- OK. - uśmiechnęłam się sztucznie, jednak wcale nie czuła się lepiej. - Wiesz co, ja będę lecieć, trzeba by było trochę pouczyć się do tych egzaminów. -"Brawo, Mary. Fantastyczna, doprawdy wspaniała wymówka." Marcin od razu wiedział, że ściemniam, ale nie ciągnął tematu. Pożegnał mnie tylko całusem w czubek głowy i odszedł w swoją stronę. Czułam się jakaś taka... pusta. Jakaś cząstka mnie nagle niepostrzeżenie oderwała się i uciekła z mojej podświadomości. Nie wiedziałam, co takiego straciłam, ale było mi bez tego "czegoś" bardzo samotnie. Ruszyłam powoli, oglądając chodnik pod moimi stopami. Wcisnęłam ręce w kieszenie i szłam, nie zwracając na nic uwagi. Miałam szczęście, że na mojej drodze nie rosło żadne drzewo.
Doszłam do domu, mechanicznie otworzyłam drzwi i przeszłam korytarz i schody, nie do końca świadoma swoich czynów. Znalazłam się w swoim pokoju. Zaczęłam rozmyślać. Pogrążałam się w marzeniach, z każdą chwilą coraz bardziej się zagłębiałam.
Nie wiedząc kiedy, usnęłam. Obudził mnie nagły podmuch wiatru - na dworze... szalała burza. Ze zdziwienia szeroko otworzyłam oczy.
"A przecież ten dzień zapowiadał się tak pięknie" pomyślałam z żalem. Nagle usłyszałam brzęk telefonu. "To jakieś déjà vu czy co?" Sięgnęłam po komórkę (znowu) i odczytałam treść wiadomości:
Od: Marcin
Treść: Musimy się spotkać. Za 5 minut pod Twoim domem.
Uniosłam jedną brew ze zdziwienia.
"No, no. Tego się nie spodziewałam."
Podniosłam się leniwie z wyrka i przeciągnęłam, ziewając jak niedźwiedź po półrocznym śnie. Nie miałam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek spotkania, ale już niech mu będzie.
Poszłam na korytarz, włożyłam swoje fioletowo-czarne kalosze i wyjęłam parasol z szafy. Gdy tylko otworzyłam drzwi wejściowe, zadrżałam z zimna od przeszywającego na wskroś wiatru. Kuląc głowę w ramionach, przeciwstawiłam się wiatrowi i wyszłam na zewnątrz. Spojrzałam na furtkę, ale chłopaka jeszcze nie było. Zakluczyłam drzwi, zbiegłam po schodach i dopadłam furtki. Zamknęła się za mną z lekkim jękiem. Stałam bezradnie na chodniku i rozglądałam się na wszystkie strony.
"Albo pomyliły mu się cyferki, albo to jakiś głupi żart." zastanawiałam się "Tylko o co w tym wszystkim chodzi?"
Z każdą chwilą miałam coraz więcej wątpliwości i pytań. Po 10 minutach czekania, jak gdyby nigdy nic, ruszyłam chodnikiem w stronę parku.
"Skoro już wyszłam, to nie będę marnować czasu na czekanie."
Po chwili znalazłam się przed bramą wejściową. Szłam powoli alejkami, wiatr - tłumiony trochę przez drzewa - plątał mi włosy, z zielonych liści dębów spadały pojedyncze krople deszczu i przyjemnie ochładzały moją twarz. Po krótkim spacerze doszłam do "mojego drzewa". Był to piękny, rozrośnięty dąb, rosnący w zapomnianej części parku, jak na ten gatunek bardzo nietypowo zbudowany. Przy samej ziemi konar rozwidlał się na dwa mniejsze, które - nie mam pojęcia, jakim cudem - splatały się ze sobą i były połączone przez dwa metry, a następnie rozłączały sie i tworzyły własne korony.
Piękny okaz. Od zawsze uwielbiałam rośliny, sama hodowałam wiele gatunków małych roślin, w ogrodzie miałam pełno drzew i krzewów różnej wielkości, maści i gatunku. Ten dąb był jednak najpiękniejszym drzewem, jakie kiedykolwiek widziałam.
Obeszłam drzewo dookoła i usiadłam pomiędzy wystającymi z ziemi korzeniami, opierając się plecami o pień. Było cicho... Zbyt cicho.
Coś w mojej głowie, jakiś cichutki głosik, radził mi, żebym jak najszybciej stamtąd poszła. Szybko podniosłam się z miejsca i wróciłam na ścieżką, którą doszłam do drzewa. Wyszłam, prawie wybiegłam, z parku i odetchnęłam z ulgą. Jak się jednak okazało, przedwcześnie. Przez całą drogę do domu czułam na sobie czyjeś spojrzenie. Ktoś mnie śledził! Z sercem na ramieniu dotarłam do domu. Tam czekał na mnie... Marcin?! Wybałuszyłam oczy.
"Przecież zakluczyłam drzwi. Więc jak...?"
- Wszedłem tylnym wyjściem. - odpowiedział na moje niezadane pytanie. Zmarszczyłam brwi, z trudem przyswajając nową informację. Byłam taka... spowolniona.
- Musimy porozmawiać - odezwał się po chwili ciszy. Te słowa nigdy w niczyich ustach nie zwiastowały nic dobrego. Gestem poprosił mnie, żebym usiadła obok niego na kanapie. Podeszłam tam na trzęsących się nogach i, z mocno bijącym sercem, usiadłam. Po raz kolejny w dniu dzisiejszym zapadła cisza. Atmosfera była tak gęsta, że można było kroić ją nożem.
"Coś musi przerwać tą ciszę" myślałam, łamiąc sobie palce.
- Wyjeżdżam - jedno słowo. Jedno wyszeptane proste słowo. Jedno słowo, które sprawiło, że oczy wyszły mi z orbit, serce na chwilę stanęło, a żołądek podszedł do gardła.
Co on powiedział?! Że WYJEŻDŻA?!
- Jutro rano mam samolot do Los Angeles. Dowiedziałem się godzinę temu. - próbował się usprawiedliwiać, ale ja już go nie słuchałam. Los Angeles? LOS ANGELES?!
- Ziemia do Mary! Halo, jesteś tam? - Marcin pomachał mi dłonią przed oczami. Zamrugałam odruchowo. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że wyjeżdża. Do LOS ANGELES!
- Wiem, że to może być dla ciebie trochę szokujące, ale...
- Trochę szokujące?! - wybuchnęłam, przerywając mu w pół słowa. - Marcin, przed chwilą się dowiedziałam, że mój chłopak wyjeżdża do Stanów! I to na dzień przed odlotem! I ma to być dla mnie "trochę szokujące"?! Nie zdążę nawet przyswoić tej wiadomości, a co dopiero zaakceptować, bo lot masz już jutro. Ja... nie wiem, co mam o tym myśleć...
Oparłam łokcie o kolana i wplotłam palce we włosy. W głowie cały czas słyszałam tylko to jedno słowo, odbijające się echem od ścian mojego pustego mózgu: "wyjeżdżam... wyjeżdżam... wyjeżdżam..."
Po chwili nadpłynęło też pytanie: "A co z nami?"
I zaraz potem krótka odpowiedź: "To koniec."
- To koniec - po okropnie długiej ciszy powiedziałam te straszne słowa. - Koniec z "nami".
Marcin spojrzał na mnie, w jego oczach widziałam smutek i coś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać.
- Może lepiej już idź - ostatkiem sił powstrzymywałam łzy. Chłopak pokiwał delikatnie głową i bez słowa udał się do wyjścia. Ja nie ruszałam się z miejsca. Marcin już otwierał drzwi, gdy nagle odwrócił się w progu i powiedział cicho:
- Zapomnij o mnie.
Wytrzeszczyłam oczy. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Marcin tylko patrzył na mnie, kiwając leciutko głową. Postał jeszcze chwilę, a potem... po prostu odszedł.
Ja siedziałam na kanapie jak sparaliżowana i nie mogłam się ruszyć. A łzy za nic nie chciały przestać płynąć.
Wiem, wiem - strasznie długi. Obiecuję, poprawię się.
Tak czy owak czasami żałowałam, że nie jestem nieśmiała. Zawsze mówiłam to, co myślałam, bez owijania w bawełnę, przez co traciłam wielu znajomych. Miałam kilku przyjaciół, ale nigdy nie byłam popularna. A teraz...
Odkąd jesteśmy z Marcinem razem, zaraz otoczyło mnie grono jego "kumpli" i ich "lasek". To strasznie irytujące. Ja, przywykła do niewielkiego grona znajomych, stałam się obiektem zainteresowania wszystkich wokół. A to tylko dlatego, że chodzę z kapitanem szkolnej drużyny koszykówki.'
Najgorsze jest to, że kiedy znaleźliśmy się wśród znajomych Marcina, chłopak jakby przestał mnie zauważać. Nie patrzył już na mnie z tym ciepłym uśmiechem, z iskierkami w oczach, tylko śmiał się głośno śmiechem wywołującym dreszcze. Oczywiście, gdy byliśmy już sami, wszystko wracało do wcześniejszego stanu. Nie byłam na niego zła, bo widziałam (a przynajmniej tak mi się wydawało), że jego uczucie względem mnie nie słabnie. Tylko przy tych swoich "kumplach" stawał się zupełnie inny, a ja nie wiedziałam dlaczego.
Tak przeminęły dwa miesiące szkoły. Nagle z lutego zrobił się kwiecień, a razem z nim coraz bliżej egzaminy. Można powiedzieć, że uczę się lepiej, niż większość moich rówieśników (gwoli ścisłości - druga średnia w szkole). Nie bałam się, że źle mi pójdzie, myślałam z optymizmem o dalszej nauce w liceum, nie czułam strachu. Byłam beztroska i pełna energii. Martwiła mnie tylko jedna rzecz... O co chodzi z tymi kumplami Marcina?
Musiałam to jak najszybciej wyjaśnić, już i tak za długo zwlekałam. Przez te dwa miesiące nie zrobiłam w kwestii "zmiana Marcina" najmniejszego kroczku do przodu. Nie ma na co czekać, i tak i tak będę musiała z nim porozmawiać.
Siedzę przy oknie w moim pokoju, jest sobota. Kwiecień kwitnie - słońce świeci na błękitnym, bezchmurnym niebie, delikatny wiatr porusza gałązkami cienkich brzóz rosnących w ogrodzie. Opieram głowę o dłonie i wyczekująco patrzę w kierunku furtki. Marcin powinien przybyć lada moment.
Moje rozmyślania przerywa brzęczenie telefony. Podnoszę się z pufy, podchodzę do biurka i sięgam po komórkę.
Od: Marcin
Treść: Czekam w parku.
No tak, standard. Już nie raz w ostatnim momencie zmieniał miejsce spotkania. Chociaż gdyby się tak zastanowić to nawet będzie mi to na rękę. Wyszłam tak, jak stałam - rozczochrane włosy, przetarte na kolanach wąskie jeansy, zwykły brązowy sweter. Wsunęłam tylko czarne trampki na stopy i wyszłam z pustego domu, zakluczając za sobą drzwi. Niespiesznie szłam chodnikiem, wdychając świeże powietrze, i nuciłam jakąś wymyśloną melodię. Dzień był taki piękny, nie było powodu przedwcześnie psuć sobie humoru. Doszłam do parku w niecałe pięć minut - był rzut beretem od mojego domu. Poszłam doskonale znaną mi już trasą (mimo mojej jakże perfekcyjnie rozwiniętej orientacji w terenie) do NASZEJ ławki. Marcin już na mnie czekał. Gdy tylko mnie zobaczył, poderwał się z miejsca i uśmiechnął czule. Podszedł do mnie i pocałował delikatnie w policzek. Zaczerwieniłam się i odwzajemniłam uśmiech. Pociągnął mnie za rękę do ławki i usiedliśmy obok siebie. Zapadła między nami krótka, pełna oczekiwania cisza. "To przecież ty chciałaś rozmawiać" zganiałam siebie w myślach. "No powiedz coś wreszcie, geniuszu."
- Muszę cię o coś spytać - wydusiłam z siebie po długiej ciszy, patrząc z niego zza zasłony opadających na twarz włosów. W odpowiedzi Marcin uśmiechnął się tylko, jakby dając mi pozwolenie na zadanie tego pytania. Odetchnęłam głęboko i zaczęłam niepewnie:
- Bo jest taka sprawa... Chodzi mi o to, że... Kiedy jesteśmy... A... Yym... - zacięłam się i nie powiedziałam już nic. Marcin patrzył na mnie z niekrytym rozbawieniem i... czułością?
- Tak, tak, wszystko rozumiem. Przypomnij mi tylko, o czym rozmawialiśmy?
"Nie pomagasz mi." Byłam spięta i on to czuł, dlatego próbował jakoś rozładować atmosferę. Jednak nie dawałam mu na to możliwości. No cóż, ze mną nie ma tak lekko.
"Dobra, weź się w garść."
- Chodzi o to, że...- jest piękny wstęp, może przejdziemy do rzeczy - jak jesteś z kumplami... - uchylamy rąbka tajemnicy, teraz kurtyna w górę - zachowujesz się jakoś... - już chciałam powiedzieć "dziwnie", ale ugryzłam się w język - ...inaczej, niż jak jesteś ze mną. I ja nie wiem dlaczego. - podniosłam oczy, dotąd uważnie śledzące wzorki na chodniku, i przygryzłam wargę. Marcin wydawał się być zaskoczony. "Nie spodziewał się, że wystrzelę z czymś takim."
- To przyzwyczajenie - odparł jakby bez namysłu, a zdziwienie w ułamku sekundy zniknęło z jego twarzy - Wiesz, znam ich trochę dłużej niż ciebie, przywykłem do nich.
Powiedział to tak jakoś... jak nie on. Kurczę, o co w tym wszystkim chodzi.
"Już nic nie rozumiem."
- OK. - uśmiechnęłam się sztucznie, jednak wcale nie czuła się lepiej. - Wiesz co, ja będę lecieć, trzeba by było trochę pouczyć się do tych egzaminów. -"Brawo, Mary. Fantastyczna, doprawdy wspaniała wymówka." Marcin od razu wiedział, że ściemniam, ale nie ciągnął tematu. Pożegnał mnie tylko całusem w czubek głowy i odszedł w swoją stronę. Czułam się jakaś taka... pusta. Jakaś cząstka mnie nagle niepostrzeżenie oderwała się i uciekła z mojej podświadomości. Nie wiedziałam, co takiego straciłam, ale było mi bez tego "czegoś" bardzo samotnie. Ruszyłam powoli, oglądając chodnik pod moimi stopami. Wcisnęłam ręce w kieszenie i szłam, nie zwracając na nic uwagi. Miałam szczęście, że na mojej drodze nie rosło żadne drzewo.
Doszłam do domu, mechanicznie otworzyłam drzwi i przeszłam korytarz i schody, nie do końca świadoma swoich czynów. Znalazłam się w swoim pokoju. Zaczęłam rozmyślać. Pogrążałam się w marzeniach, z każdą chwilą coraz bardziej się zagłębiałam.
Nie wiedząc kiedy, usnęłam. Obudził mnie nagły podmuch wiatru - na dworze... szalała burza. Ze zdziwienia szeroko otworzyłam oczy.
"A przecież ten dzień zapowiadał się tak pięknie" pomyślałam z żalem. Nagle usłyszałam brzęk telefonu. "To jakieś déjà vu czy co?" Sięgnęłam po komórkę (znowu) i odczytałam treść wiadomości:
Od: Marcin
Treść: Musimy się spotkać. Za 5 minut pod Twoim domem.
Uniosłam jedną brew ze zdziwienia.
"No, no. Tego się nie spodziewałam."
Podniosłam się leniwie z wyrka i przeciągnęłam, ziewając jak niedźwiedź po półrocznym śnie. Nie miałam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek spotkania, ale już niech mu będzie.
Poszłam na korytarz, włożyłam swoje fioletowo-czarne kalosze i wyjęłam parasol z szafy. Gdy tylko otworzyłam drzwi wejściowe, zadrżałam z zimna od przeszywającego na wskroś wiatru. Kuląc głowę w ramionach, przeciwstawiłam się wiatrowi i wyszłam na zewnątrz. Spojrzałam na furtkę, ale chłopaka jeszcze nie było. Zakluczyłam drzwi, zbiegłam po schodach i dopadłam furtki. Zamknęła się za mną z lekkim jękiem. Stałam bezradnie na chodniku i rozglądałam się na wszystkie strony.
"Albo pomyliły mu się cyferki, albo to jakiś głupi żart." zastanawiałam się "Tylko o co w tym wszystkim chodzi?"
Z każdą chwilą miałam coraz więcej wątpliwości i pytań. Po 10 minutach czekania, jak gdyby nigdy nic, ruszyłam chodnikiem w stronę parku.
"Skoro już wyszłam, to nie będę marnować czasu na czekanie."
Po chwili znalazłam się przed bramą wejściową. Szłam powoli alejkami, wiatr - tłumiony trochę przez drzewa - plątał mi włosy, z zielonych liści dębów spadały pojedyncze krople deszczu i przyjemnie ochładzały moją twarz. Po krótkim spacerze doszłam do "mojego drzewa". Był to piękny, rozrośnięty dąb, rosnący w zapomnianej części parku, jak na ten gatunek bardzo nietypowo zbudowany. Przy samej ziemi konar rozwidlał się na dwa mniejsze, które - nie mam pojęcia, jakim cudem - splatały się ze sobą i były połączone przez dwa metry, a następnie rozłączały sie i tworzyły własne korony.
Piękny okaz. Od zawsze uwielbiałam rośliny, sama hodowałam wiele gatunków małych roślin, w ogrodzie miałam pełno drzew i krzewów różnej wielkości, maści i gatunku. Ten dąb był jednak najpiękniejszym drzewem, jakie kiedykolwiek widziałam.
Obeszłam drzewo dookoła i usiadłam pomiędzy wystającymi z ziemi korzeniami, opierając się plecami o pień. Było cicho... Zbyt cicho.
Coś w mojej głowie, jakiś cichutki głosik, radził mi, żebym jak najszybciej stamtąd poszła. Szybko podniosłam się z miejsca i wróciłam na ścieżką, którą doszłam do drzewa. Wyszłam, prawie wybiegłam, z parku i odetchnęłam z ulgą. Jak się jednak okazało, przedwcześnie. Przez całą drogę do domu czułam na sobie czyjeś spojrzenie. Ktoś mnie śledził! Z sercem na ramieniu dotarłam do domu. Tam czekał na mnie... Marcin?! Wybałuszyłam oczy.
"Przecież zakluczyłam drzwi. Więc jak...?"
- Wszedłem tylnym wyjściem. - odpowiedział na moje niezadane pytanie. Zmarszczyłam brwi, z trudem przyswajając nową informację. Byłam taka... spowolniona.
- Musimy porozmawiać - odezwał się po chwili ciszy. Te słowa nigdy w niczyich ustach nie zwiastowały nic dobrego. Gestem poprosił mnie, żebym usiadła obok niego na kanapie. Podeszłam tam na trzęsących się nogach i, z mocno bijącym sercem, usiadłam. Po raz kolejny w dniu dzisiejszym zapadła cisza. Atmosfera była tak gęsta, że można było kroić ją nożem.
"Coś musi przerwać tą ciszę" myślałam, łamiąc sobie palce.
- Wyjeżdżam - jedno słowo. Jedno wyszeptane proste słowo. Jedno słowo, które sprawiło, że oczy wyszły mi z orbit, serce na chwilę stanęło, a żołądek podszedł do gardła.
Co on powiedział?! Że WYJEŻDŻA?!
- Jutro rano mam samolot do Los Angeles. Dowiedziałem się godzinę temu. - próbował się usprawiedliwiać, ale ja już go nie słuchałam. Los Angeles? LOS ANGELES?!
- Ziemia do Mary! Halo, jesteś tam? - Marcin pomachał mi dłonią przed oczami. Zamrugałam odruchowo. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że wyjeżdża. Do LOS ANGELES!
- Wiem, że to może być dla ciebie trochę szokujące, ale...
- Trochę szokujące?! - wybuchnęłam, przerywając mu w pół słowa. - Marcin, przed chwilą się dowiedziałam, że mój chłopak wyjeżdża do Stanów! I to na dzień przed odlotem! I ma to być dla mnie "trochę szokujące"?! Nie zdążę nawet przyswoić tej wiadomości, a co dopiero zaakceptować, bo lot masz już jutro. Ja... nie wiem, co mam o tym myśleć...
Oparłam łokcie o kolana i wplotłam palce we włosy. W głowie cały czas słyszałam tylko to jedno słowo, odbijające się echem od ścian mojego pustego mózgu: "wyjeżdżam... wyjeżdżam... wyjeżdżam..."
Po chwili nadpłynęło też pytanie: "A co z nami?"
I zaraz potem krótka odpowiedź: "To koniec."
- To koniec - po okropnie długiej ciszy powiedziałam te straszne słowa. - Koniec z "nami".
Marcin spojrzał na mnie, w jego oczach widziałam smutek i coś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać.
- Może lepiej już idź - ostatkiem sił powstrzymywałam łzy. Chłopak pokiwał delikatnie głową i bez słowa udał się do wyjścia. Ja nie ruszałam się z miejsca. Marcin już otwierał drzwi, gdy nagle odwrócił się w progu i powiedział cicho:
- Zapomnij o mnie.
Wytrzeszczyłam oczy. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Marcin tylko patrzył na mnie, kiwając leciutko głową. Postał jeszcze chwilę, a potem... po prostu odszedł.
Ja siedziałam na kanapie jak sparaliżowana i nie mogłam się ruszyć. A łzy za nic nie chciały przestać płynąć.
Wiem, wiem - strasznie długi. Obiecuję, poprawię się.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)